Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie Małpek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie Małpek. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Małpka nr 17 - Zadziora

    Zapoznam dziś Was, Drodzy Czytelnicy, z Karolinką, dość nowym nabytkiem z drugiej klasy zawodowej, której mam "zaszczyt" być wychowawcą. Dołączyła do nas dopiero z początkiem obecnego roku szkolnego, ale ponieważ we wrześniu wypadła jej kolejka na zajęcia w CKU, to de facto poznajemy ją w Zoo od października, czyli raptem przez 5 tygodni.


    Nim przejdę dalej, to należy Wam się mała dygresja, bo chyba nie wyjaśniałam do tej pory, szto eta CKU, czyli Centrum Kształcenia Ustawicznego. Otóż nasza zawodówka ma profil wielozawodowy i w starych murach Zoo zajmujemy się uczeniem przedmiotów ogólnokształcących, a także pomagamy w znalezieniu podopiecznym praktyk u pracodawców. Nie mamy już jednak ani warunków, ani odpowiedniej kadry, by wykładać teorię kilkunastu przedmiotów zawodowych [bo mniej więcej tyle możliwości zdobycia zawodu daje nasza szkoła]. W związku z tym mamy podpisane porozumienie z Centrum Kształcenia Ustawicznego, gdzie cyklicznie dla różnych szkół z okolicy prowadzone są stosowne zajęcia, które uzupełniają ofertę danej zawodówki o teorię związaną z przedmiotami zawodowymi. W praktyce wygląda to tak, że raz w roku szkolnym przez 3 lata nauki każdy z uczniów dostaje skierowanie do CKU i jest zobowiązany chodzić tam przez miesiąc, uczyć się, a na koniec zdać na miejscu stosowny egzamin. Rokroczne zaliczenie CKU jest warunkiem uzyskania promocji do następnej klasy. Skierowania wydaje się według klucza zawodów - czyli np. do Zoo przychodzi zawiadomienie, że we wrześniu mają się zgłosić elektrycy, mechanicy i ślusarze, w październiku sprzedawcy i fryzjerzy, a w listopadzie dajmy na to piekarze i cukiernicy. Idą więc  i przez jeden miesiąc przestają być naszymi uczniami, a stają się podopiecznymi CKU.

    Wracam jednak do Karoliny. Muszę od razu uprzedzić , że niestety nie wiem o niej tak dużo, jak o poprzednio szczegółowo opisywanych małpkach, co ma swoją przyczynę. Mianowicie jeśli przyjmujemy delikwenta do naszego gimnazjum, to wcześniej przechodzi on "rozmowę kwalifikacyjną" prowadzoną przez Wiceszefową lub Pedagożycę, które to zbierają szczegółowy wywiad o kandydacie oraz jego sytuacji rodzinnej. Mamy do tego prawo, ponieważ jest to gimnazjum, w którym nie obowiązuje rejonizacja, a zatem ostateczna decyzja, czy ucznia przyjmujemy czy nie, należy do nas. Zatem o każdej małpce, którą pozyskaliśmy na etapie gimnazjum, wiemy naprawdę bardzo dużo - zdecydowanie więcej, niż nauczyciele o uczniach w przeciętnych, zwyczajnych szkołach. Z zawodówką sprawa nie wygląda już tak fajnie, bowiem w teorii jest to normalna placówka i tylko jakoś "przypadkiem" trafiają do niej wykolejeńcy... Tutaj przyjmujemy na dobrą sprawę każdego, kto jest chętny i ma umowę o praktykę. Nie ma żadnej rozmowy kwalifikacyjnej, a więc nasza wiedza o delikwencie jest dokładnie taka sama, jak w przypadku innych zawodówek czy liceów - czyli szczątkowa - choć oczywiście sam fakt, że młody człowiek trafił do nas, już daje sporo do myślenia.
    Kiedy Karolina do nas trafiła, była jeszcze podopieczną MOW-u, czyli Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. W drugiej połowie września skończyła jednak 18 lat, więc ją wypuszczono do domu rodzinnego. Jak każą wszystkie szanujące się podręczniki, każdą porządną charakterystykę wypada zacząć od wyglądu zewnętrznego, który w jej przypadku można ująć w pytaniu retorycznym: "A wpierdol chcesz?!". Karolina jest niską, chudą blondynką z włosami spiętymi w niedbały kucyk, ubierającą się wyłącznie w sportowe ciuchy [czyli rozciągnięte, luźne bluzy i spodnie dresowe], nie będące najczęściej pierwszej czystości. Ma rozbiegane oczka i generalnie jest typem niespokojnym, który nie umie usiedzieć kilku minut bez ruchu. Taka chłopczyca, której faceci schodzą z drogi, bo ma w zwyczaju ostro walczyć o swoje, nie myśląc przesadnie o konsekwencjach.
    Pierwsze co się rzuca w oczy, kiedy patrzymy na Karolinę, to nerwowość w ruchach i bardzo wysoki poziom agresji. Zdaje się też, że ma kompletnie za nic ogólnie przyjęte normy społeczne, a jako taki respekt czuje tylko w obliczu siły. Podam przykład. Na jednej z pierwszych lekcji polskiego miałam z nią nieprzyjemną scysję, bowiem panna weszła na zajęcia gadając w najlepsze przez telefon, a moje stanowcze polecenia, by skończyła rozmowę, zupełnie ignorowała. Natomiast kiedy odłożyła słuchawkę, to... wyleciała NA MNIE z mordą, że śmiem jej przeszkadzać w rozmowie, że jestem bezczelna i w ogóle co ja sobie wyobrażam. Tjaaa, słodkie... Cała historia skończyła się tym, że zadzwoniłam po lekcji do jej szanownej rodzicielki, z którą omówiłam całe zdarzenie i uświadomiłam, że nie mam zamiaru pozwalać na takie zachowanie i jeśli podobne wybryki będą się powtarzały, to Karolina szybko opuści mury naszej szkoły z przyczyn dyscyplinarnych [jest w końcu pełnoletnia]. Efekt jest taki, że wobec mnie dziewczę jest od tej pory ultragrzeczne [choć kiedy do mnie mówi, to słychać, jak zaciska zęby, żeby nie wybuchnąć], bo najwidoczniej uznała, że zadzieranie ze mną nie jest najlepszym pomysłem. Za to zaczęła podskakiwać do pani od angielskiego - widocznie do kogoś musi...
    Karoliny generalnie lepiej nie ruszać, bo o byle co reaguje złością i to zarówno w kontaktach z dorosłymi, jak i z kolegami z klasy. Jeśli sama z siebie nie ma ochoty pracować na lekcji, to nie ma siły, która by ją do tego zmusiła, zwłaszcza że - jak sama stwierdziła - kompletnie nie interesuje ją, jakie ma oceny, a na dopalacza i tak się jakoś wygrzebie. Jeśli nie jest w nastroju do nauki, to szczerze mówiąc bezpieczniej zostawić ją w spokoju i pozwolić słuchać muzyki przez słuchawki lub grać na telefonie, bo upominanie ją, że powinna zająć się lekcją, nieuchronnie zaowocuje potokiem bluzgów, rzuceniem zeszytem albo innym prowokacyjnym wyskokiem, który skutecznie rozwali zajęcia na dłuższą chwilę. 

    W tym miejscu chciałam Wam, Drodzy Czytelnicy zdać jeszcze relację z nader interesującego monologu Karoliny na dzisiejszej godzinie wychowawczej, spojrzałam jednak, że niniejszy post jest i bez tego już całkiem obszerny. Uraczę Was zatem tą historią za kilka dni [postaram się w piątek], bowiem jestem świadoma, że publiczność ma swoje prawa i czytanie zbyt długich postów męczy i osłabia koncentrację. Przygotujcie się zatem na Zadziory Odsłonę Drugą - a na razie życzę wszystkim miłego wieczoru :)

niedziela, 2 marca 2014

Małpka nr 16 - Kibolek

    Proszę państwa - oto Krzyś. Krzyś rozwala lekcje dziś...
    Od tej jakże niewinnej parafrazy znanej i lubianej piosenki z "Akademii Pana Kleksa" chcę rozpocząć prezentację kolejnego małpiszona, który tak wszystkim daje w dupę, że z pewnością zasługuje na osobny post.
    Krzyś został zapisany w połowie grudnia do pierwszej gimnazjalnej - gdzie na nieszczęście uczę języka polskiego. Jest to też nota bene ta sama klasa, z którą siłuję się z powodu ich biernego oporu przeciw jakimkolwiek działaniom - oraz ta sama, w której przed końcem półrocza nastąpiła próba sił między Dragonką a Kasią i Sandrą. Jak widać, są tam zatem wprost wymarzone warunki dla rozwoju każdego pyskatego rozrabiaki. Na domiar złego przypomnę, że wychowawcą jest tam wspominana też wielokrotnie Grażynka, której kłopoty rodzinne wyraźnie rzutują na ocenę sytuacji w pracy. W przypadku Krzysia w jednym należy oddać sprawiedliwość - chłopak jest obiektywnie trudny i niezależnie od tego, pod czyją opiekę by trafił, to i tak mielibyśmy z nim kłopoty.
    Przejdźmy do prezentacji delikwenta. Ma 15 lat, jest więc lekko opóźniony edukacyjnie [zdaje się, że powtarzał którąś klasę w podstawówce], ale jak na realia Zoo nie jakoś jeszcze ekstremalnie. Wywalono go do nas z rejonowego gimnazjum dlatego, że nie dawali sobie z nim rady - ale też miał z niemal każdego przedmiotu [chyba tylko z wyjątkiem w-fu] po kilka czy kilkanaście jedynek. Krzyś wygląda bardzo niepozornie: chudy, mały, niczym się z tłumu niewyróżniający, do tego jeszcze z lekką wadą wymowy. Idealny materiał albo na klasową ofiarę, albo na bandziora w myśl reguły, że małe psy są najbardziej hałaśliwe. Chłopak wybrał tę drugą opcję, tym bardziej, że ma się na kim wzorować. Jego tatuś mianowicie jest kibolem odsiadującym wyrok za pobicia, obecnie natomiast ma "przerwę", bo nie wrócił z którejś z przepustek i poszukuje go policja. Oficjalnie już kilka lat temu porzucił rodzinę [dostają alimenty z funduszu] - nieoficjalnie jednak utrzymuje nieregularne kontakty z synem, co małemu z pewnością nie wychodzi na dobre. Matka Krzysia - Kibolka Juniora - nie jest zdaje się zła, tylko kompletnie nie potrafi sobie z nim dać rady, kiedy mu odbija. A o tym, że i ona problemy ma spore, świadczy najlepiej fakt, iż z własnej nieprzymuszonej woli zaciągnęła go kilka lat temu na badania neurologiczne i psychiatyczne, które niestety nic nie wykazały. Może należałoby je powtórzyć...?
    No dobrze - co zatem Krzysio wyprawia? Generalnie pyskuje i podskakuje do wszystkich - i do równieśników, i do dorosłych. Jego hobby to wyprowadzanie ludzi z równowagi. Na lekcjach najmniej szkodliwą postawą, na jaką go stać, jest siedzenie przez całe zajęcia i ozdabianie zeszytu kibolskimi napisami i rysunkami, bo oczywiście o jakiejkolwiek pracy poleconej przez nauczyciela można zapomnieć. Niestety, u mnie taki stan zdarzył się zaledwie kilka razy - przypuszczam, że mam zbyt wyrazistą i silną osobowość, by Krzyś dał radę się po prostu wyłączyć i zająć swoimi malunkami. Jak sam zresztą otwarcie przyznał któregoś razu - uwielbia mnie denerwować. No cóż, staram się jak mogę, by nie wyprowadził mnie z równowagi, ale też i on wyraźnie staje na uszach, by mnie wkurzyć.
    W tym celu jest zdaje się w stanie powiedzieć chyba wszystko. Przykłady? Opierdzielić mnie, że mówię do niego po imieniu [sprawdzałam listę obecności] - "Dla pani to ja jestem PAN Krzysztof Szewczyk!". Zapytać, jak mi się żyło za czasów okupacji, bo przecież jestem tak stara, że z pewnością to pamiętam. Wołać na zajęciach z częstotliwością co 5 minut: "Skuuun, maihuanaaaa, LSD...!" naśladując osiedlowych sprzedawców kartofli i cebuli. Śpiewać niecenzuralne stadionowe piosenki. Zaproponować mi całowanie się z po francusku [po tym, jak kilka sekund wcześniej odmówiła mu koleżanka z ławki obok]. A poza tym - okraszać każdą wypowiedź niewybrednymi wulgaryzmami i wstawiać przy każdej możliwej okazji głupie, obrzydliwe komentarze...

(Kibolek wysmarował pół ławki mazakiem, więc po objechaniu go z góry na dół kazałam mu iść do woźnej po ścierkę)
KIBOLEK: A mogę iść z Kacprem?
JA: Po co ci Kacper?
KIBOLEK: Żeby mi obciągnął w kiblu... 

    Poza wkurzaniem mnie uwielbia też prowokować kolegów i koleżanki z klasy. Obraża wszystkich dookoła, więc jak trafi na kogoś równie niezrównoważonego, to rzuca się na Krzysia z pięściami i rzecz jasna to ja muszę towarzystwo rozdzielać. A jeśli akurat nikogo konkretnego nie obraża, to "tylko" przeszkadza - zagadując, zabierając zeszyty i inne szkolne przybory, rzucając w kolegów kulkami z papieru i samolocikami. Totalne przedszkole. I weź tu normalnie prowadź lekcje...
    
    Co z nim będzie dalej? Sprawę zgłaszałam Pedagożycy - wiem od niej, że Krzyś ma dwie sprawy w sądzie, jedną o demoralizację, drugą o jakieś bójki i pyskówki. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że chłopak ma dopiero 15 lat. Oznacza to, że jeśli nie uda się go ani spacyfikować, ani załatwić biletu do MOW-u w jedną stronę, to będziemy się z nim męczyć jeszcze ze 3-4 lata, nim wywalimy go po osiągnięciu pełnoletności. Szykuje się kolejny typ kiblujący w pierwszej klasie, bo przy takich układach nie ma szans, by zaliczył rok.
    A może mu się znudzi i przestanie chodzić do szkoły? Choć na razie na to się nie zanosi, bo najwyraźniej dobrze się u nas bawi... 


 UPDATE 

    Dziś [3 marca, poniedziałek] Kibolek tylko pobił się z kolegą (którego ewidentnie czymś najpierw sprowokował), a potem dopytywał mnie, czy wiem, do czego służy kutas... Uroczo, prawda? 

sobota, 12 stycznia 2013

Małpki nr 14 i 15 - Sid i Nancy

    Dziś będzie o Dorocie i Sławku i uprzedzam lojalnie z góry - nie będzie to ani historia wesoła, ani z happy endem, przynajmniej jak na razie.
    Ową parę uczę już trzeci rok [czyli odkąd jestem w Zoo]. Chodzili do pamiętnej klasy Jadzi, czyli tej, która - jak może pamiętacie - była przez wychowawczynię potwornie rozpuszczona i w związku z tym pozwalała sobie na przeróżne, mniej lub bardziej chamskie numery. Ale to tak w ramach dygresji, bo akurat dla sprawy Doroty i Sławka nie ma to większego znaczenia. Oboje są nawet jak na realia Zoo starymi końmi, mają już bowiem po 19 lat. On wysoki, nawet dość przystojny, szczupły i bez wątpienia inteligentny. Ona niska, niezbyt ładna i niestety też z wyraźnie ograniczonymi możliwościami umysłowymi. Są razem "od zawsze" [a na pewno jeszcze wcześniej, niż zaczęłam uczyć w naszej przeszanownej placówce]. Żeby było jeszcze ciekawiej, to mieszkają też razem u Sławka i to od dłuższego czasu, zanim oboje osiągnęli pełnoletniość. Powodem ich opóźnienia edukacyjnego od początku było niechodzenie do szkoły [bo przecież jeśli dwoje nastolatków będących w związku "legalnie" mieszka ze sobą, to mają ciekawsze rzeczy do roboty, niż zawracanie sobie głowy szkołą...], ale jakoś udawało im się prześlizgnąć z klasy do klasy w trybie kilku egzaminów poprawkowych i klasyfikacyjnych. Sławek przy swojej inteligencji zdawał je bez trudu, a Dorota uwieszając się na nim i niejako siłą rozpędu wyrabiała się na "dopalacze". I tak to się toczyło do zeszłego roku, kiedy to dziewczyna zaszła w ciążę. Poród i opieka nad noworodkiem całkowicie ją wykosiły z życia szkolnego [czemu akurat trudno się dziwić], ale że przy okazji uczęszczanie na zajęcia całkowicie olał też i młody tatuś, to oboje na koniec roku nałapali tyle enkaeli, że w żaden sposób nie dało się nic z tym zrobić. W efekcie powtarzają trzecią klasę gimnazjum - a tak się złożyło, że wszystkie "spady" po Jadzi wylądowały w mojej Muppeciarni. Nota bene do szkoły nie chodzą dalej [z jakich powodów - o tym będzie niżej], wszystko więc wskazuje na to, że historia się powtórzy.

    Brzmi romantycznie? Młodzi, zakochani, którzy są ze sobą od zawsze, a teraz jeszcze mają w domu różowiutki, słodziutki i pulchniutki owoc swojej wielkiej miłości? Tjaaa... Gdyby to był film amerykański, to pewnie tak by to wyglądało. Ale tu jest Zoo, Polska, szkoła dla trudnej młodzieży. Tu życie nie głaszcze po główce, tylko daje z plaskacza w twarz. Albo nawet z całej pięści.
    Przyjrzyjmy się zatem, jak ta historia wygląda od środka. Zacznijmy od Dorotki - której ojciec-alkoholik długie lata znęcał się nad żoną i córką, dopóki połowicy nie udało się go wykopać z domu [nie znam szczegółów dotyczących tego, jak się to stało]. Dziewczę zatem wzorzec mężczyzny z domu rodzinnego wyniosło nader nieciekawy, a do tego - jak już wspomniałam - nie grzeszy ani przesadną urodą, ani inteligencją. No i rzecz jasna sama też nie stroni od alkoholu, bo i po co...
    A Sławek? Oboje rodzice alkoholicy. Tatuś nie zdążył się zapić, bo miał śmiertelny wypadek w pracy [swoją drogą, o co zakład, że był wtedy pod wpływem...?]. Mamusia żyje i ma się świetnie. Sławek natomiast wyrósł na sprytnego [inteligencja!], a wręcz cwanego młodego człowieka, mającego wyraźne problemy z hamowaniem agresji. Czemu wybrał Dorotę, skoro jest głupia i ma bardzo przeciętny wygląd? Przypuszczam, że właśnie dlatego - ponieważ stawia ją to na niższej pozycji, a w tej sposób bardzo łatwo mógł sobie ją owinąć wokół małego palca. I rzeczywiście, partnerka wpatrzona jest w niego jak w obrazek i nie daje powiedzieć o nim złego słowa.
    A byłoby co powiedzieć - ponieważ mówiąc bez owijania w bawełnę, Sławek ją bije. Sama kilka razy widziałam, jak przychodziła do szkoły z podbitymi oczami albo z sińcami na przedramionach - i to nawet wówczas, gdy była w ciąży. Nikomu jednak nie da się pomóc na siłę, a Dorota, najwyraźniej uzależniona emocjonalnie od Sławka, nie jest zainteresowana zmianą swojej sytuacji. Próbowały jej przemówić do rozumu i Wiceszefowa, i obie panie pedagog, żeby chociaż dała sobie założyć Niebieską Kartę na policji - bez skutku. Dorota zawsze, jak na typową ofiarę przemocy przystało, znajdzie sposób, aby Sławka usprawiedliwić, a jeśli ją się przyprze do muru, to sama robi się agresywna i wulgarna, byle by ją tylko rozmówca szybciej zostawił w spokoju. I tak to się ciągnie swoim tempem: mieszkają sobie wspólnie razem Sławek, jego mamusia i Dorota, przepijając pieniądze, które dostają z pomocy społecznej lub zarobią na czarno. A malutka Marysia obserwuje wszystko przez szczebelki łóżeczka...

    Wspominałam, że ani Sławek, ani Dorota również w tym roku szkolnym nie uczęszczają na zajęcia, bowiem w wakacje miało miejsce bardzo przykre wydarzenie:
    - wersja oficjalna: kiedy wracali wieczorem do domu, napadła ich grupa wyrostków, którzy ich dotkliwie pobili i zabrali wszystkie wartościowe rzeczy, które para miała przy sobie,
    - wersja nieoficjalna: [którą znam od Wiceszefowej, posiadającej swój wiarygodny wywiad środowiskowy...] grupa bandziorów, która ich napadła, nie była przypadkowa, tylko miała porachunki ze Sławkiem. A żeby było jeszcze ciekawiej, to w trakcie całego zdarzenia Sławek uciekł, zostawiając Dorotę samą. Nota bene dziewczyna w wyniku pobicia lekko kuleje do dziś, bo napastnicy pocięli jej nożem nogi.

    Do listopada oboje byli na zwolnieniach lekarskich, które do szkoły dostarczyła matka Sławka, ten okres mają zatem legalnie usprawiedliwiony. Potem jednak zwolnienie się skończyło, a parka się w szkole nie pojawiła - i to pomimo toczącego się przeciw nim postępowania o ograniczenie praw rodzicielskich wobec córki [tę wiadomość mam od Pedagożycy].
    Czas na epilog. Otóż w pierwszych dniach stycznia zjawiła się u mnie matka Sławka usilnie dopytując, jaka jest w tym momencie szansa, by Sławek i Dorota uratowali rok szkolny. Okazuje się bowiem, że MOPS chce im zakręcić kurek z pieniędzmi - są pełnoletni, więc albo się uczą, albo im żadna pomoc nie przysługuje... [a do tego przecież nie można dopuścić, bo za co cała trójka będzie piła?]. Ze łzami w oczach - dosłownie, bo nie macie pojęcia, jakie ta kobieta potrafi robić teatrum koło siebie - odmalowała mi ich trudną sytuację materialną i zdrowotną oraz zapewniała, że już ona przypilnuje, by w drugim semestrze chodzili do szkoły.
    Tjaaa... Od tamtego czasu w Zoo pojawiła się tylko Dorota, chociaż też tylko na wybranych zajęciach - w sumie uzbierałoby się wszystkiego może 2-3 pełne dni. Siedziała cicho, grzecznie, nie odzywała się i tylko karnie gryzmoliła w zeszycie. Jeśli zacznie pojawiać się częściej, to może jakimś cudem się ją przepchnie na "dopalaczach". Ale mówiąc szczerze to wątpię, by wystarczyło jej zapału do końca czerwca.
    Sławek natomiast nie pokazał się ani razu. Bo i po co?

    Mój komentarz? Mam nadzieję, że jak najszybciej zabiorą im prawa rodzicielskie do Marysi - tak, aby dziecko miało szansę na adopcję i normalne życie. A jeśli nie, to pewnie będę ją uczyła w Zoo za te kilkanaście lat.

środa, 21 listopada 2012

Małpka nr 13 - Hiszpan

    Po Europie grasuje groźny zwierz z ogromnymi zębami, ostrymi szponami i oddechem zalatującym siarką. Zwie się KRYZYS. Owo monstrum rozmaicie daje się we znaki w różnych krajach europejskich, do niektórych ledwo zaglądając, a w innych rozgaszczając się na dobre. Dość jednak zauważyć, że blady strach przed nim padł na cały kontynent. Gdyby tylko na strachu się skończyło, to nie byłoby większego problemu - gorzej jednak, że obecność Kryzysu realnie wpływa na obniżenie poziomu jakości życia ludzi, zmuszając Europejczyków do podejmowania trudnych decyzji, byle jakoś przetrwać. I w tym miejscu zaczyna się historia o kolejnej Małpce, którą chcę Wam bliżej przedstawić.
    Marcin miał ledwie kilka miesięcy, kiedy jego rodzice wyemigrowali z naszego uroczego miasta do słonecznej Hiszpanii w poszukiwaniu lepszego życia. I nic dziwnego - w tamtych czasach bowiem, czyli w połowie lat '90,  to w Polsce szalało bezrobocie i generalnie było szaro, smutno, ponuro oraz bez perspektyw na poprawę sytuacji. Za to Hiszpania wydawała się rajem na ziemi, bo pomijając nawet wizję upalnego lata przez większość miesięcy w roku oraz straganów pękających w szwach od przepysznych i tanich owoców i warzyw, to przede wszystkim kraj ten uchodził za miejsce, gdzie stosunkowo łatwo można znaleźć pracę i utrzymać rodzinę na przyzwoitym poziomie. Rodzicie Marcina zabrali więc małego synka i przeprowadzili się do Hiszpanii w nadziei na lepsze jutro. I owszem - ich plan sprawdzał się w 100% przez 16 lat... dopóki w Europie nie rozgościło się owo straszne zwierzę zwane Kryzysem. A jak wiadomo, Hiszpania była jednym z pierwszych krajów, w którym się ta bestia zadomowiła. Przestało być tak fajnie i różowo, zaczęły się cięcia budżetowe, obniżanie pensji, masowe zwolnienia przy jednoczesnym braku nowych miejsc pracy. Problem ten trwa do dziś, a kto ma co do tego wątpliwości, niech posłucha o falach protestów społecznych, które co jakiś czas przewalają się przez ten skądinąd piękny kraj.
    Co na to wszystko rodzice Marcina? Próbowali sobie z początku jakoś radzić, ale w sytuacji, w której dla rodowitych Hiszpanów brakuje zatrudnienia, to co dopiero mają powiedzieć emigranci...? Zmuszeni więc byli podjąć dramatyczną decyzję - po 16 latach zwinęli manatki i z dumą schowaną głęboko na dno kieszeni wrócili do Polski, którą notabene Kryzys nie doświadczył aż tak mocno w porównaniu do innych, południowych krajów Europy. I tutaj przechodzimy do dramatu Małpki nr 13, która musi z dnia na dzień odnaleźć się w nieznanej sobie rzeczywistości, bo Polskę jak dotąd znał tylko z opowiadań tudzież sporadycznych wyjazdów wakacyjnych.
    Hiszpan - bo tak chłopca wszyscy w Zoo nazywają - ma 16 lat i jak dotąd nie odnotował żadnych opóźnień edukacyjnych. Chodził do zwyczajnej szkoły, uczył się przeciętnie i nie sprawiał problemów wychowawczych. U nas, z racji wieku i poziomu, zapisany został do 3 klasy gimnazjum. Nadmieniam, że nie jestem akurat jego polonistką, ale - podobnie jak to było w przypadku Miszy - spotykam się z nim raz w tygodniu na dodatkowych zajęciach pod hasłem "język polski dla obcokrajowców".
    Jak się prezentuje polszczyzna Marcina? Z grubsza można powiedzieć, że jest dwujęzyczny, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Polskim na szczęście posługiwał się w domu przy rodzicach [i całe szczęście, bo gdyby go nie nauczyli w ogóle naszej mowy, to teraz byłby dramat...], ale na tym koniec. Na podwórku, z kolegami, w sklepie, w szkole - tylko hiszpański. W rezultacie on sam instynktownie traktuje język polski jako "ten drugi" i można obrazowo stwierdzić, że "myśli po hiszpańsku". To oczywiście da się zmienić - chłopak pomieszka tu trochę i role się odwrócą - ale póki co musi minąć pewien etap przejściowy, który łatwy dla Marcina z pewnością nie będzie.
    Chłopak ma lekkie kłopoty z wymową ["sepleni" w charakterystyczny, hiszpański sposób, wymawiając głoski szczelinowe], ale większym problemem są braki w słownictwie. Zna podstawowe znaczenia wyrazów, ale wszelkiego rodzaju przenośnie, powiedzonka, idiomy, związki frazeologiczne po prostu leżą i kwiczą. Musi też się podciągnąć z ortografii, ale na tle innych uczniów w Zoo i tak nie pisze najgorzej. Siedzę z nim więc i ładuję mu do głowy rozmaite zasady pisowni, a potem robię wredne dyktanda. Do tego przynoszę stosy ćwiczeń poszerzających słownictwo tematyczne i uczę, jak się poprawnie buduje w języku polskim wyrazy. No wiecie: jaką końcówkę doczepić, żeby zrobił się czasownik dokonany,albo rzeczownik odczasownikowy, albo wykonawca czynności, albo imiesłów taki czy siaki tudzież przymiotnik... Pisać-napisać-pisanie-pisarz-piszący-pisany. I tak do puszczenia pawia :)
    Z Marcinem jest jeszcze jeden, na pierwszy rzut oka zabawny problem, a mianowicie różnice kulturowe. Otóż chłopak, mimo że jest synem rodowitych Polaków, to wychował się w Hiszpanii, ma więc zakodowaną typowo południową mentalność, którą obrazowo można określić "maniana" [czyli - później :)]. Jak na polskie warunki jest zdecydowanie za bardzo wyluzowany, bezpośredni i beztroski, nie zdając sobie oczywiście z tego sprawy. Nie rozumie na przykład, że do nauczycieli [czy w ogóle osób starszych] nie wypada zwracać się na "ty", a wchodząc do gabinetu Głównej Szefowej nie powinno się wołać od progu roześmianego "Cześć!". Musi się też nauczyć, że kolegów z klasy nie klepie się jowialnie bez powodu po plecach, że nie należy śmiać się AŻ tak głośno i że generalnie w Polsce mówi się odrobinę cichszym tonem, mniej się gestykuluje, a facet powinien powściągać mimikę twarzy. Ot, zwykła mowa ciała południowca, ale w Polsce nie do przełknięcia bez uniesienia brwi w wyrazie zdziwienia.
    Realny kłopot będzie miał niestety Hiszpan wiosną, bowiem jako uczeń trzeciej klasy gimnazjum z polskim obywatelstwem będzie musiał zdać normalny egzamin gimnazjalny na takich samych zasadach, jak wszyscy jego koledzy. O ile z przedmiotami ścisłymi z pewnością sobie poradzi - ostatecznie matematyka nie zmienia się wraz z szerokością geograficzną - to naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem zda test z języka polskiego. Naprawdę nie wiem. A nie ma żadnego paragrafu, który pozwoliłby mu zaliczać inny materiał, skoro w papierach jest Polakiem. Jedyne, co możemy dla niego zrobić, to wydłużyć mu czas pisania egzaminu, tak jak dyslektykom. Tylko że to Hiszpanowi naprawdę niewiele pomoże.

piątek, 26 października 2012

Małpka nr 12 - Smrodek

    W ramach wiwisekcji kolejnej małpki zajmiemy się dziś Grzesiem z 1B, którego w jednym z poprzednich postów nazwałam Smrodkiem. Miałam na myśli jego konkretne zachowanie na owych zajęciach i na tamten moment ksywka pasowała jak ulał. Teraz już jest zdecydowanie inaczej, więc może i nie powinnam go dalej nazywać Smrodkiem, tyle, że jakoś mi to przylgnęło... Nawet kiedy opowiadając w domu Hipkowi zdarzenia ze szkoły użyję tego pseudonimu, to on wie już od razu, o którego ucznia mi chodzi. Niech więc na razie będzie Smrodek z wydźwiękiem życzliwości, dopóki szkolna rzeczywistość nie sprawi, że znajdzie mu się inna ksywka.
    Na moje nauczycielsko-wychowawcze oko Grześ jest typowym przykładem dziecka zagubionego w brutalnym świecie dorosłych. Swoim wyglądem wywołuje macierzyńskie instynkty i proszę mi wierzyć, skoro JA to mówię [czyli osoba niezbyt hojnie przez naturę takimi instynktami obdarzona], to znaczy, że tak jest w istocie. Ma jakieś 15-16 lat [nie sprawdzałam dokładnie daty urodzenia], ale nie wszedł jeszcze w okres dojrzewania, więc wygląda góra na 13 - czyli jest chudym krasnalem z buzią i głosem małego chłopczyka. Jego zachowanie natomiast to mieszanka dziecinności z cwaniactwem i wulgarnością. I nie trzeba być wybitnym znawcą psychologii rozwojowej czy schematu funkcjonowania rodziny dysfunkcyjnej, by domyślić się, że jest to efekt strategii obronnej obliczonej na to, by przetrwać. Ja obstawiam podręcznikowy casus Dziecka-Maskotki, ale rzecz jasna szufladkowanie nie ma większego znaczenia.
    Skoro już jesteśmy w tym temacie, to przyjrzyjmy się najpierw rodzinie Smrodka. Te informacje mam od jego wychowawczyni, historyczki Marzenki [tej samej, która kiedyś nieświadomie wywołała furię u Fanki Metalu], notabene świetnej kobitki, pracującej w Zoo już ósmy rok [a to już wielce wymowna informacja...] z którą się znakomicie dogaduję. Wracając do ucznia, to sprawa jest tak banalna, jak tylko może być - czyli oboje rodzice alkoholicy. Pociąga to za sobą wszelkie zwyczajowe konsekwencje, jak bieda [bo może nie być na podręczniki czy ubranie i jedzenie, ale wódkę kupić trzeba], puszczenie dzieci samopas oraz przemoc jako odpowiedź na każdy realny lub wymyślony problem. Pamiętacie post o książkach do polskiego i moją umowę z Grzesiem, że przyniesie podręcznik pod koniec miesiąca, jak ojciec dostanie wypłatę? No, to teraz już wiem, że ten moment raczej nie nastąpi i to naprawdę nie z przyczyn zależnych od chłopca, bo pewnie prędzej piekło zamarznie, niż Smrodek-Senior odżałuje synowi te 20 złotych na używaną książkę. Mam więc lekki dylemacik, jak to mądrze rozwiązać - bo muszę go w końcu zacząć karać jedynkami, skoro tak traktuję resztę, a z drugiej strony wiem, że on nic nie może na to poradzić.
    Wracając do rodziny Grzesia, to ma on u nas w szkole jeszcze starszą o rok siostrę, wychowankę doświadczonej matematyczki Ireny [też o niej kilka razy wspominałam przy różnych okazjach - naprawdę bardzo mądra kobieta, coś w stylu Smoczycy-Seniorki :)]. A właściwie w tym momencie ma już tylko teoretycznie, bo dziewczynę zwinięto we wtorek do ośrodka wychowawczego. Notabene odbyło się w związku z tym całe polowanie, bo rodzina ukrywała córkę przed policją, kiedy tylko funkcjonariusze podjeżdżali pod dom. Dziewczyna przestała też rzecz jasna pojawiać się w szkole, więc Irena wezwała pisemnie jej matkę na rozmowę, a ta tłumaczyła się z rozbrajającą szczerością, że przecież nie może chodzić, bo ją z Zoo zgarną psy... Irenie pozostało tylko zrugać rodzicielkę i delikatnie kazać jej się puknąć w głowę za takie podejście do sprawy, choć i tak nie sądzę, by coś dotarło do jej pijackiego mózgu. Co do siostry Grzesia natomiast, to dla niego samego dobrze się stało, że ją zabrali - co najmniej z dwóch powodów. Primo - zobaczył wyraźnie, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów, więc może odrobi lekcję i sam się trochę opamięta. Secundo - ta jego siostra to, mówiąc wprost i brutalnie, typowy egzemplarz zdemoralizowanej, młodocianej galerianki [bo nie chcę tu używać słowa na "k", które mi się ciśnie na usta]. Odseparowanie od niej dobrze młodszemu bratu zrobi.
    Sam Smrodek przede wszystkim rozpaczliwie poszukuje akceptacji i uwagi, wszystko jedno jakiej i od kogo. Kiedy więc idzie na łatwiznę i chce się przypodobać kolegom, to wyłazi z niego kawał cynicznego, wulgarnego chama - nie bez powodu zresztą sam ma mieć sprawę w sądzie 31 października. Nie jest jednak przypadkiem straconym, bo widać wyraźnie, że stara się nad sobą panować i chyba powolutku zaczyna docierać do niego, że jest na najlepszej drodze, by spieprzyć sobie życie tak, jak jego rodzice, a teraz także siostra. Pamiętam np. taką sytuację na polskim, którą mi bardzo zaimponował [co mu rzecz jasna wprost i otwarcie przy kolegach powiedziałam]. Mianowicie uzbierało mu się od początku roku szkolnego już sporo uwag negatywnych, więc Marzenka zapowiedziała mu, że każda następna zaowocuje pisemną Naganą Wychowawcy, co się na pewno sędziemu nie spodoba. Chłopak walczy więc sam ze sobą, żeby się jakoś opanować. No i była taka sytuacja, że na mojej lekcji w jego klasie pojawił się taki jeden zdemoralizowany bandziorek, który robił wszystko, żeby rozłożyć zajęcia oraz rzecz jasna nakręcał pozostałych uczniów. Co natomiast zrobił Grześ, kiedy zobaczył, co się święci? Zabrał swoje rzeczy i przeniósł się do pierwszej ławki koło mojego biurka z komentarzem: "Kurwa, idę od was, bo nie chcę mieć potem przejebane przez to, że się zachowujecie jak debile". Pomijając bluzgi - których w tej sytuacji nawet nie skomentowałam - to aż mi szczęka opadła, więc go pochwaliłam, oczywiście nie patetycznie, żeby się potem z niego koledzy nie nabijali na przerwie, tylko tekstem w stylu: "No bracie, masz ode mnie szacun na dzielni" :)
    Grześ, jako się rzekło, przede wszystkim szuka akceptacji. Jest więc pierwszym uczniem, który podleci do nauczyciela na dużej przerwie, ot tak, żeby sobie z nim pogadać. Do Marzenki przylepia się wręcz niemożebnie - do tego stopnia, że kiedy zgarnęli mu siostrę, to przyszedł się do niej wypłakać przed lekcjami [i to dosłownie!]. A po szkole wcale nie ma ochoty wracać do domu [czemu się absolutnie nie dziwię...], tylko siedzi jak długo się da w salce warsztatowej, do której wstawiono w tym roku stary, prowizoryczny stół do ping-ponga i gra z każdym, kto mu się nawinie. Ja - po "ustawieniu" go sobie na pierwszej, pamiętnej lekcji - mam z nim święty spokój i wiem też, że Smrodek mnie bardzo lubi [bo mówił to Marzenie]. Po kredę pójdzie, tablicę zetrze, pomoce naukowe do pokoju nauczycielskiego zaniesie, jak ma lepszy dzień, to się zgłasza, a jak ma gorszy, to spokojnie leży na ławce i nie przeszkadza [wtedy daję mu spokój].
    Gdyby urodził się w normalnej rodzinie, to byłby grzecznym, choć trochę żywym chłopcem, pożytkującym swoją energię na zawody sportowe czy inne kółka zainteresowań. Ale ponieważ jest synem alkoholików, to w efekcie zaniedbania wylądował u nas. Choć na dobrą sprawę taki komentarz można napisać pod niemal każdą małpką - czyli gdyby nie nawalili dorośli, to dziecko nie miałoby problemów.
 

wtorek, 24 stycznia 2012

Małpka nr 11 - Fanka Metalu

    Muszę powiedzieć, że moja osobista małpiarnia mnie wzruszyła. Mam z nimi zajęcia dopiero jutro, więc najpierw podpytywali innych nauczycieli, "czy nasza pani zdała egzamin?", a w końcu wysłali do mnie delegację na przerwie, kiedy miałam lekcję z inną klasą. Twierdzą zgodnie, że oczywiście kciuki trzymali. No cóż, cukierki kupione - czekają na pożarcie...
    Swoją drogą, odkąd udało mi się wyekspediować z tej klasy najbardziej hardcorowe egzemplarze, to zrobili się całkiem fajną gromadką. Najlepiej o tym świadczą słowa Księdza Dobrodzieja, który - jak przypominam - ma to niesamowite szczęście, że uczy wszystkie klasy, a więc ma do czynienia z każdym trafiającym do nas delikwentem. Otóż ksiądz zagadnął mnie ostatnio, że w mojej klasie mu się w tym roku najlepiej prowadzi zajęcia :) A że Dobrodziej naprawdę nie ma u nas lekko, toteż cieszę się, że przynajmniej u moich podopiecznych może trochę odetchnąć. A właśnie - pomyślałam sobie, że może w związku z ich socjalizacją zasłużyli na to, by na łamach tego bloga otrzymać jakąś specjalną "małpią nazwę", która by ich odróżniała od reszty Zoo? Macie pomysł na coś sympatycznego? Mnie po głowie chodzą "kapucynki" (są chyba dość miłe), ale jestem otwarta na sugestie :) To taki mój zwyczaj jeszcze z poprzedniej szkoły - tam ulubioną klasę licealną nazywałam "królikarnią", a młodzież "króliczkami". Notabene, kiedy im jakiś sprawdzian nie poszedł, to zwykłam im mawiać, że przerobię ich na pasztet albo że im ogonki pourywam...:)

    Skoro już jesteśmy przy mojej osobistej małpiarni, to nie pisałam Wam jeszcze o "nowym nabytku". Jeszcze przed świętami przeniesiono do nas dziewuszkę z równoległej klasy, Joasię. Powodem było to, że wyjątkowo nie mogła dogadać się z koleżankami - a zważywszy na to, że tu jest Zoo, a nie zwyczajna szkoła, to poważne konflikty mają duże szanse, by przerodzić się w prawdziwą wojnę, która może mieć groźne skutki. Tutaj jeśli uczniowie naprawdę się nie lubią, to może nie skończyć się na wyzwiskach i wzajemnym dokuczaniu sobie, tylko na rękoczynach i prześladowaniu po szkole z zaangażowaniem znajomych dresów, kiboli oraz niebezpiecznych narzędzi. W przypadku Joasi mediacje poprzedniej wychowawczyni nie zdały egzaminu, więc dyrekcja zdecydowała o przeniesieniu uczennicy do nas.
     Pojawia się pytanie: co było nie tak? Joasia, mówiąc ogólnie, różni się od reszty dzieciaków - przede wszystkim dlatego, że słucha metalu i ubiera się jak najbardziej adekwatnie do swojej subkultury, czyli wyłącznie na czarno z metalowymi dodatkami. Do tego dołóżcie czerwone włosy a'la Wiśniewski, mocny makijaż oraz czarne paznokcie. Samo to wystarczyłoby w Zoo do traktowania jak kosmitę, ale - co chyba jeszcze gorsze - Joasia jest przy tym dość pyskata i dumna ze swojej inności, a tego już pozostałe dzieciaki wybaczyć jej nie mogą. Zrobiło się więc perpetuum mobile: koleżanki z klasy pogardzały Joasią-metalówą, a sama zainteresowana pogardzała koleżankami właśnie dlatego, że są ograniczone i słuchają kapel dyskotekowych. Samonapędzająca się machina.
     Jak jest w mojej małpiarni? Póki co Joasia siedzi sama na drugim końcu klasy, ale zaobserwowałam ostatnio, że na przerwach już nie odchodzi na bok, tylko stoi ze wszystkimi, a to już coś. Zintegrować się niestety muszą sami, a jedyne, co ja mogę zrobić, to jakoś tym próbować sterować na lekcjach. Przede wszystkim bardzo ostro reaguję na wszelkie nieprzyjemne odzywki pojawiające się po obu stronach. Dla przykładu: zgromiłam Joasię, kiedy zaczęła nabijać się z nowej fryzury Emilki - przychodzi ostatnio do szkoły uczesana w długie warkocze, w których wyglądałaby jak Indianka gdyby nie to, że jest blondynką. Owszem, sprawia to nieco infantylne wrażenie, ale "nowa" dostała jasny komunikat, że różne rzeczy mogą się podobać, ale negatywne komentarze ma zachować dla siebie, bo może kogoś urazić. Z drugiej strony jednak miała też miejsce sytuacja, że klasa karnie przepisuje notatkę z tablicy - a Joasia rysuje sobie w najlepsze i ani myśli wziąć się do pracy. Upomniałam ją raz, drugi, a kiedy to nie poskutkowało, w mojej obronie stanęła Sylwia, zwracając się do "nowej" w słowach:
    - Głucha jesteś czy co? Nie słyszysz, co pani mówi? Przepisuj kretynko!
    Moja reakcja była natychmiastowa (chodziło o to, by nie dawać okazji klasie do wyżycia się na Joasi, ale jednocześnie by dziewczę otrzymało sygnał, że pewnych reguł u mnie trzeba przestrzegać):
    - Sylwia, spokojnie, od upominania jest nauczyciel. A ciebie Joasiu informuję, że jeśli pod koniec lekcji nie będziesz miała notatki, to wyjdziesz na przerwę z jedynką.
    Co jeszcze mogę zrobić dla "klimatyzacji" Joasi? Otóż zadbałam, by dowiedziała się, że sama lubię mocniejsze brzmienia. Na którejś z lekcji zadałam w związku z omawianym tekstem pytanie, czy zdarzyło im się usłyszeć na swój temat jakąś krzywdzącą, stereotypową opinię.
    - Wiele razy słyszałam, że jak lubię metal, to na pewno jestem satanistką i palę koty. - stwierdziła Joasia.
    - Wiem, co czujesz, w liceum też się na mnie krzywo patrzyli, kiedy przychodziłam do szkoły w koszulce Iron Maiden albo Moonspella. - odparłam współczującym tonem. A Joasię najpierw zatkało, a potem spytała rozpromieniona:
    - To pani TEŻ słucha metalu???
    Hie hie hie... Efekt jest taki, że praktycznie co przerwę podlatuje do mnie pytać, czy znam taki a taki zespół, a raz mi koniecznie chciała dać posłuchać czegoś na swoim telefonie [ale akurat mi się nie spodobało, za dużo ryku].
    Nie łudzę się, idealnie to tam nie będzie, ale może dziewczynki w mojej klasie krzywdy sobie jednak nie zrobią. Zresztą, niech tylko spróbują, to sama je pogonię :)

niedziela, 30 października 2011

Małpka nr 10 - Młoda Gniewna

     Dziś przyjrzymy się bliżej kolejnej Małpce. Wspominałam o niej już mimochodem w tym poście, ale postać tej uczennicy jest na tyle ciekawa, że postanowiłam przedstawić jej charakterystykę osobno.

    Panie i Panowie, oto Sylwia. Trafiła do mojej osobistej małpiarni w drugim półroczu poprzedniej klasy. Dla porządku nadmienię, że jeśli jakiś uczeń zostaje do nas przeniesiony w trakcie roku szkolnego, oznacza to najczęściej, że tak narozrabiał w poprzednej placówce, że stał się tam persona non grata. Aby zatem ukończyć w ogóle klasę, to owa persona musi się zabierać w tempie ekspresowym [wraz z "gratami" :)] i szukać jakiejkolwiek innej szkoły, która zgodziłaby się ją przyjąć. A jak wiadomo - Zoo wszystkie Małpki kocha, więc w naszym mieście takie dzieciaki najczęściej lądują w naszych murach. Nie inaczej było z Sylwią. Przestudiowanie jej dokumentów rysuje mi obraz dość zdolnej [jak na warunki tej placówki...] młodej osoby - mającej cholerne trudności z trzymaniem nerwów na wodzy. Z opinii poprzedniej wychowawczyni, a także notatek szkolnego pedagoga wiem,  że zaczęło się od wagarów i pyskówek w stronę nauczycieli, a skończyło na pobiciu jednej z uczennic oraz zastraszeniu drugiej do tego stopnia, że bidula bała się wyjść z domu [mieszkają na jednym osiedlu]. Historia ta notabene jeszcze się nie zakończyła, bo właśnie na początku listopada Sylwia ma na tę okoliczność kolejną sprawę w sądzie rodzinnym.
    Przy tym wszystkim rozbrajająca jest dla mnie jedna informacja, do której dogrzebałam się w papierach mojej wychowanki. Mam na myśli postawę rodziców wobec tego bajzlu. Otóż przyznają oni z rozbrajającą szczerością, że nie mają wpływu na córkę, nie wiedzą, jak z nią rozmawiać, bo się ich w ogóle nie słucha. Z notatek pracowników poprzedniego gimnazjum Sylwii wynika, że stawiają się na rozmowy tylko na wyraźne życzenie, a wtedy owszem, słuchają o jej wyczynach ze spuszczonymi uszami, po czym oświadczają, że oni nie mają pojęcia, co robić i już. No jasne, tak jest najlepiej... Do mnie zresztą nie pofatygowali się ani razu, odkąd dziewczę trafiło do Zoo. Widocznie nie dość wyraźnie ich wzywałam...
    Jak Sylwia sprawuje się u nas? No cóż, do tej pory jeszcze nikogo nie pobiła, ale pyskówek zaliczyła już dość sporo. Jeśli jest spokojna, to mamy do czynienia z całkiem sympatyczną i biorącą udział w lekcjach dziewczyną - ale kiedy ją coś ugryzie, to kompletnie nie panuje nad językiem. Faktem jest, że jak do tej pory do mnie osobiście jeszcze nie podskoczyła, co tłumaczę sobie dwojako: albo jest na tyle inteligentna, by nie podpadać wychowawcy, albo mimo wszystko jakoś udało mi się zyskać jej sympatię. Wiem natomiast, że z innymi nauczycielami już tak różowo nie jest. Tylko w tym roku szkolnym ma już zatarg z naszą nową Panią Pedagog, z której się nabijała na korytarzu [jak sama Sylwia stwierdziła w rozmowie ze mną - "bo jakoś jej nie lubię"], a także z jedną z polonistek, która kazała jej na przerwie zejść z parapetu okiennego [względy bezpieczeństwa], na co Sylwia odkrzyknęła - cytuję - "Niech pani lepiej zamknie mordę!". Uroczo, prawda?
    Dziewczę kłopotów z myśleniem nie ma, stąd bez większych problemów radzi sobie z nauką na takim poziomie, jaki jest w Zoo. A że szczególnie dobrze idzie jej z przedmiotów humanistycznych, zaryzykowałam więc i nieśmiało wspomniałam jej o organizowanym przez jeden z Domów Kultury w naszym mieście konkursie recytatorskim poezji współczesnej. Nie chcę zapeszać, ale chyba okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo Sylwia dość chętnie się zgodziła. Nie muszę chyba tłumaczyć, że bardzo się z tego powodu cieszę - przede wszystkim ze względu na "funkcje resocjalizacyjne", jakie to może dla niej mieć. Nawet jeśli nie zostanie w żaden sposób nagrodzona, to i tak będzie musiała się przygotować, opracować interpretację utworów [w czym jej rzecz jasna pomogę, na ile potrafię], a potem pokonać zdenerwowanie i wyjść na scenę. Po wszystkim mam zamiar zabrać ją do cukierni na kawę i ciacho, byśmy mogły zwyczajnie, bo babsku pogadać o emocjach związanych z konkursem.
    Do Sylwii staram się też dotrzeć w jeszcze inny sposób. Otóż do pierwszej klasy zawodówki, którą uczę, chodzi jej chłopak, Wiktor - a jest to dość porządny, prawie dwudziestoletni facet, mający jako tako poukładane w głowie. Korzystając ze sposobności - bo na ostatnim wtorkowym polskim zostaliśmy we dwoje - zagadnęłam go o Sylwię, odgrywając chyba dość przekonująco rolę stroskanej wychowawczyni. A że to taka fajna i inteligentna dziewczyna, tylko jak jej czasem coś do głowy strzeli, to nie daj Boże... A że się martwię, żeby sobie kłopotów nie narobiła przez te wybuchy... A że przed tą sprawą w sądzie muszę jej, jako wychowawczyni, napisać opinię... A że bardzo Sylwię lubię i nie chciałabym, żeby przez swoje zachowanie wyleciała od nas do poprawczaka... I tak dalej, i tak dalej :) Wiktor pokiwał głową i obiecał, że będzie z nią rozmawiał, żeby "hamowała wrotki". Dobrze by było, swojego faceta może posłucha...
    Wkleję Wam jeszcze te dwa wiersze, które ma dziewczątko recytować. Wybór reperturaru odbył się tak, że przyniosłam kilka stron różnych liryków [oczywiście umiejętnie dobranych...], ale decyzję rzecz jasna podjęła sama i przyjęłam to bez komentarza. No cóż, wiersze w sumie do niej pasują. Zresztą, zobaczcie sami:

     Andrzej Bursa
[***]

Jaki miły mądry facet
naprawdę mądry
nie z tych przemądrzałych
obieżyświat
co to z niejednego pieca chleb  jadł
wyrozumiały i uprzejmy
cała anatomia jego twarzy
zdradza lekki wysiłek
ust:
...by mądrzej i grzeczniej
do mnie mówić
oczu:
...by uważniej i uprzejmiej
mnie słuchać

Taaak…
naprawdę nie mogłem
nie napluć mu w mordę.


Marcin Świetlicki
„Palenie”

Pytam: dlaczego niepalący
wsiadają bez skrupułów do przedziałów
dla palących? Czemu chcą dominować?
Czemu są wiecznie urażeni?

Mój mały przyjacielu, papierosie.
Spędziłem z tobą więcej czasu niż z kimkolwiek.
Niszczymy sie nawzajem,
czule zobowiązani.

Pytam: dlaczego niepalący
nie doceniają naszej samotności,
naszej niemądrej odwagi,
naszego żaru, popiołu?

czwartek, 22 września 2011

Małpka nr 9 - polski Oliver Twist

    Może to zabrzmi okrutnie, ale z punktu widzenia "nadzorcy małpek" cieszy mnie na ogół informacja, że któryś z moich podopiecznych przebywa w tzw. bidulu. Nim mnie odsądzicie od czci i wiary chcę zaznaczyć, że nie mam tu na myśli sierot biologicznych, czyli uczniów, którzy trafili do Domu Dziecka, bo oboje rodzice nie żyją, a żadna rodzina nie może [lub nie chce] się nimi zająć. Jeśli do Zoo trafi taki delikwent, to jako nauczycielowi, czyli - jak by nie patrzeć - urzędnikowi państwowemu, szczególnie otwiera mi się nóż w kieszeni. Taka "klasyczna sierota" została bowiem powierzona opiece państwa, które w takim razie ma w zastępstwie nieżyjących rodziców psi obowiązek zapewnić jej optymalne warunki rozwoju. Jeśli więc takie dziecko trafia do nas, czyli do "szkoły ostatniej szansy", to znaczy, że to państwo - mówiąc bardzo delikatnie - dało ciała na każdej linii. Jako dowód można przytoczyć tu historię Adasia, czyli Małpki Bum-Bum, którego jedyną "winą" był pech do rodzin zastępczych [zainteresowanych odsyłam tutaj].
   Do Domów Dziecka trafiają jednak nie tylko biologiczne sieroty, ale przede wszystkim dzieci, których rodzice z różnych powodów nie nadają się, by sprawować nad nimi opiekę. I właśnie tego typu przypadki miałam na myśli w pierwszym zdaniu, pisząc, że taka wiadomość jako nauczyciela mnie cieszy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że za każdą decyzją o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczej kryje się rodzinna tragedia. Z mojej perspektywy jednak lepiej, żeby taki uczeń mieszkał w bidulu - mam przynajmniej pewność, że nie jest głodny, nikt się nad nim nie znęca, mógł się wyspać i miał warunki, by odrobić lekcje. Innymi słowy - zaspokojono jego najbardziej elementarne potrzeby.

    Dziś jednak będzie niestety o wyjątku od tej reguły. Uczę w trzeciej gimnazjalnej chłopca - nazwijmy go Darek - który od kilku lat jest wychowankiem Domu Dziecka. Nie jestem jego wychowawczynią, nie wiem więc, dlaczego tam trafił, mam jedynie informację, że jego rodzice żyją [w dzienniku znajduje adres ich zameldowania]. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym bardziej mam wrażenie, że patrzę na jakiegoś bohatera literackiego rodem z powieści XIX-wiecznych o dzieciach z zapchlonych sierocińców, przymierających głodem i wykorzystywanych do nieludzkiej pracy. Przesadzam rzecz jasna, ale niestety nie do końca.
    Przede wszystkim - ktoś zaniedbał "diagnostykę", bo po kilku lekcjach z nim nie mam wątpliwości, że chłopak powinien być w szkole specjalnej. Kompletnie nie radzi sobie z nauką czegokolwiek i nawet jak na standardy Zoo wyraźnie odstaje intelektualnie od reszty małpiątek. Jest w stanie jedynie siedzieć na lekcji i kopiować notatkę z tablicy do zeszytu, a i to nie bez błędów, bo pisze i czyta z wyraźną trudnością. A już jasne jest, że o zrozumieniu czegokolwiek nie ma co marzyć. Chcecie przykładu? Trafiło się, że byłam z nim sama na lekcji - ósma rano w poniedziałek, tylko on dotarł. Pomyślałam, że to świetna okazja, bym z nim popracowała indywidualnie i w rezultacie by zrobił coś na tyle konstruktywnego, by zdobyć jakąś pozytywną ocenę. Zaczęłam go więc najpierw całkiem spokojnie, "na luzie" pytać z ostatniej lekcji, która odbyła się poprzedniego dnia i na której był. Miałam nadzieję, że coś mu w głowie zostało, tym bardziej, że omawialiśmy akurat fragment z Biblii o Adamie, Ewie i jabłku - no darujcie, ale w naszym [czytaj: katolickim] kręgu kulturowym każdy słyszał tę historię... Okazało się jednak, że Darek z całego opowiadania zapamiętał tylko finał, czyli wygnanie z raju, ale już świadomość jak do tego doszło zaginęła w mrokach umysłu ucznia. Wzięłam więc głęboki oddech i zarządziłam inne ćwiczenie. Dałam mu do przeczytania króciutki [pół strony w podręczniku!] mit o genezie wojny trojańskiej, czyli o sądzie Parysa w sprawie najpiękniejszej boginii. Dałam mu 20 minut na zapoznanie się z tekstem, a po upływie czasu poleciłam, żeby mi go opowiedział. Wiecie, że nic nie zapamiętał? Dosłownie NIC. Nie był nawet w stanie wymienić imion bohaterów, łącznie z imieniem Parysa, które przecież było w tytule... Przyznam, że opadły mi ręce. Co ten chłopak w ogóle tu robi? Jakim cudem ja mam dać mu pozytywną ocenę z polskiego? Mimo najszczerszych chęci - no jak???
    Notabene - Darek, jak można się domyślić, jest pośmiewiskiem całej klasy. Koledzy śmieją się z niego niemiłosiernie, podbudowując sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, bo oto znalazł się "prawdziwy debil", głupszy niż ktokolwiek dookoła. A on biedny nie ma jak się bronić...
    To jednak nie koniec zaniedbań, jeśli chodzi o tego chłopca. Jak wiadomo, jesień to czas zachorowań na wszelkie możliwe infekcje. Kilku nauczycieli już jest na zwolnieniach, a połowa uczniów charczy i smarka. Darek też się doprawił - siedział na polskim i całe 45 minut kaszlał tak, że mało nie zostawił płuc na ławce. Naprawdę aż serce się ściskało, ale to pikuś, bo w pewnym momencie zauważyłam, że na chusteczce, którą zasłonił sobie usta... jest krew! Nikt mi nie wmówi, że dorobił się tego w przeciągu kilku dni. Jeśli pluje krwią, to znaczy, że sprawa jest po pierwsze poważna, po drugie - trwa już długo. W takim razie pojawia się pytanie: co do jasnej cholery robią jego opiekunowie w bidulu?! Grają w szachy korespondencyjne?!
    Po zakończonej lekcji poleciałam do wychowawczyni Darka i kazałam jej zadzwonić do Domu Dziecka, by zabrali chłopaka do lekarza. I rzeczywiście, następnego dnia nie pojawił się w szkole, a faksem przyszło jego zwolnienie lekarskie. No rychło w czas, może nie pozaraża całego Zoo...
    Naprawdę nie sądziłam, że w XXI wieku w środku Europy mogą funkcjonować tak ewidentnie olewające swoich wychowanków placówki opiekuńcze. Co to ma być, powieść Dickensa? Chyba wciąż jestem zbyt wielką idealistką mającą zaufanie do państwa polskiego, bo gdybym nie widziała tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła.

piątek, 8 lipca 2011

Małpi epilog

   Witam po tygodniowej przerwie. Czym jest ona spowodowana, to uprzedzałam - wakacje...
   Próbowałam w międzyczasie zrobić osobną galerię Hipopotamich zdjęć makro - uwierzcie, skubany doszedł do perfekcji, wychodzą mu takie perełki, że zapiera dech w piersi. Na dobrą sprawę więc powinnam cały czas wstawiać do postu "Makrokosmos" nowe fotografie, ale w ten sposób moi drodzy czytelnicy w końcu by posnęli. Galeria z odnośnikiem z boku strony byłaby optymalnym rozwiązaniem [kto chciałby sobie pooglądać, co biedronka ma od spodu lub ile zarysowań mają kamienie moich kolczyków, to mógłby to spokojnie zrobić]. Niestety, jak do tej pory nie rozgryzłam, jak wykonać miniaturowy pokaz slajdów - niby Blogger posiada taką możliwość za pośrednictwem programu Picasa, ale jakoś mi kurna nie wychodzi. A jako że Dragonka do najcierpliwszych osób nie należy, to po maksymalnie dwóch próbach szlag mnie trafia i zaczynam miotać bluzgami, Jej Wysokość zaś patrzy się na mnie okrągłymi ze zdziwienia ślepiami, a Hipcio trzyma się za brzuch ze śmiechu. A pokazu slajdów jak nie było, tak nie ma. Ech...
  
   Nic to. Czas mija, a post popełnić trzeba, bo jak widzę wejścia na stronę cały czas są - czytelnik się niecierpliwi, a czytelnik "rzecz święta". Pomyślałam, że nie uraczę Was dziś historią o kolejnej Małpce [choć nosiłam się z takim zamiarem], ale w zamian zajrzymy, co się dzieje u tych, które już zdążyliście poznać. Od momentu opisania co niektórych sporo wody w rzece upłynęło, więc coś się mogło pozmieniać. Ano zobaczmy...

- Małpka "Bum Bum"  [zajrzyj tutaj] - czyli Adaś. No cóż, zimą był trochę spokojniejszy, ale z nadejściem wiosny znów zaczął udowadniać, że nie wszystko ma z głową w porządku. Na polskim w sumie rzadko się pokazywał [ku mojej uldze, bo uwierzcie - w jego obecności raczej nie dało się zajęć prowadzić], ale na innych przedmiotach wyrabiał swoją dzienną normę, a zeszyt uwag puchł. Gorzej jednak, że podpadł na praktykach zawodowych, a przecież pracodawca nie ma żadnego obowiązku tolerowania ucznia, któremu wyraźnie zakład pracy pomylił się z zakładem psychiatrycznym... W międzyczasie Adaś osiągnął pełnoletność - no i po którymś numerze dostał ultimatum, że albo odbiera papiery dobrowolnie, albo go wywalamy... Nie jest więc już uczniem Zoo. Przykre, ale nie było wyjścia. Nie każdemu delikwentowi daje się pomóc.

- "Psychopatka" [zajrzyj tutaj] - Ania też do szkoły nie wróci. Po pamiętmym numerze, który zaowocował założeniem jej sprawy o znieważenie funkcjonariusza państwowego na służbie [czyli mnie], pojawiła się na zajęciach raz. Przyszła mianowicie po to, by mi grozić, że wie, gdzie mieszkam i że zrobi mi "wjazd na chatę...". Tjaa, już się boję, mniejsza z tym. Potem natomiast w ogóle przestała się w Zoo pojawiać. Zgodnie z powinnością wychowawcy po miesiącu absencji zadzwoniłam do jej matki, od której usłyszałam, że Aneczka do szkoły chodzić nie będzie, bo... się na mnie obraziła. No jak mi przykro, naprawdę... Efekt był taki, że w następnym miesiącu wysłałam z ramienia szkoły oficjalne pismo do matki informujące, że jeśli nie dopilnuje, by córka realizowała obowiązek szkolny, to będziemy musieli powiadomić o tym fakcie stosowne służby. A ponieważ rodzicielka nie ma żadnego wpływu na pociechę, to takie pismo do sądu rodzinnego poszło. Machina ruszyła i z końcem maja Anię umieszczono w ośrodku zamkniętym. Pozostaje mieć nadzieję, że tam otrzyma stosowną pomoc - lub że przynajmniej dopilnują, by nie wyrządziła nikomu krzywdy.

- "Innastraniec" [zajrzyj tutaj] - Misza ma niestety problem. Nie z językiem, bo tu zrobił w ciągu roku naprawdę duże postępy, w związku z czym jego wymarzone liceum plastyczne zgodziło się go przyjąć od września. Niestety, w okolicach ferii skończyła mu się wiza do Polski i musiał pojechać "w dzikie wschodnie strony", by osobiście tę sprawę załatwić. Tam jednak wyniknęły komplikacje, bo Miszę prześwietlono od końcówek włosów aż po opuszki palców u stóp, czy aby na pewno jest przykładnym uczniem, a nie przemytnikiem/terrorystą/seryjnym mordercą. W rezultacie do Polski mógł wrócić dopiero w połowie maja. My rzecz jasna nie robilibyśmy mu problemów z zaliczeniem semestru z powodu tej absencji, ale cała sprawa rozbiła się o praktyki zawodowe. Mimo interwencji najpierw wychowawczyni chłopca, a potem samej Wice-Szefowej w centrum szkoleniowym rozłożono ręce - przepisy są jasne, jesli uczeń opuści tyle a tyle zajęć [bez względu na powód], to nie ma możliwości klasyfikowania. Misza zatem z powodu niezaliczenia praktyk ma rok do tyłu, a w takim wypadku raczej wątpliwe, by to liceum go przyjęło... Niewykluczone niestety więc, że od września znów zasiądzie w po drugiej stronie mojego biurka. Piszę "niestety", mimo że uczenie go jest prawdziwą przyjemnością.

- "Zły pies" [zajrzyj tutaj] - Dawid ma dwa egzaminy poprawkowe w sierpniu, z polskiego i z fizyki. Z trzeciej jedynki się wywinął. Jeśli zda, to będę się z nim męczyła jako wychowawca kolejny rok. No, chyba że w końcu przegnie i władują go do poprawczaka. Nie ukrywam, że trzymam kciuki - a oburzonych w tym momencie odsyłam do tekstu poświęconemu temu chłopcu.

- "Ciężarówka" [zajrzyj tutaj] - udało jej się ukończyć gimnazjum, ale nie wiem, czy już urodziła. Jedno jest pewne, więcej jej u siebie nie zobaczę. Jestem przekonana, że ku radości i mojej, i jej.

- "Bida z Nędzą" [zajrzyj tutaj] - zdał do trzeciej gimnazjum i jak wiecie zadbałam, by dostał na zakończenie roku "nagrodę specjalną". Pozostaje mi mieć nadzieję, że wytrwałości mu od września wystarczy, nie wywinie żadnego numeru i skończy szkołę bez dodatkowych komplikacji. Miałam z nim okazję porozmawiać prywatnie któregoś dnia, bo natknęłam się na niego w tramwaju [swoją drogą musieliśmy wyglądać uroczo - młoda, dość sztywno i oficjalnie ubrana kobieta plus ogolony na łyso wyrostek z rozbieganymi oczkami...]. Zamierzał przez cały lipiec zaiwaniać na jakiejś budowie, bo jak pisałam, z kasą u niego wiecznie kiepsko.

   No i tak to moi mili. A Dragonka siedzi i zawija w sreberka... :)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Małpka nr 8 - Alkonek

   Spieszę uspokoić moich wiernych czytelników - nie zamierzam na czas wakacji całkowicie zawieszać działalności bloga. Owszem, wpisy będą pewnie pojawiały się rzadziej, ponieważ jest to w założeniach witryna szkolna, a więc szkoła ma stanowić jej główny temat. Siłą rzeczy, jeśli nie ma lekcji i nie będę miała styczności z uczniami, to i inspiracji do pisania zrobi się mniej. Coś jednak na to poradzimy. W końcu niezależnie od wakacji nie przestałam być nauczycielem i patrzeć na otaczający mnie świat oczami belfra. Poza tym zawsze mogę uraczyć Was tekstem o Jej Wysokości - byle nie za często, bo co za dużo, to i świnia nie zje, a co dopiero kot...
   Kolejnym pomysłem - i tu ukłon w stronę Hipopotama, który podpowiedział mi takie rozwiązanie - jest wykorzystanie wakacji do opisania różnych zdarzeń, które miały miejsce w trakcie minionego roku szkolnego, a którym z różnych powodów nie poświęciłam jak dotąd uwagi, bo np. działo się akurat coś innego, bardziej emocjonującego. Teraz natomiast mamy "sezon ogórkowy", więc i takie odgrzewane kotlety mogą zostać zaserwowane. Cóż, pomyślę i nad tym. Mogę też naturalnie dodać kilka opisów postaci pojawiających się w Zoo, czy to uczniów, czy pedagogów. Jak do tej pory opisałam szczegółowo jedynie siedem Małpek, Księdza Dobrodzieja i po części Pana Psychologa - a to oczywiście nie oznacza, że w mojej szkole nie ma innych, równie godnych uwagi osób.
   I dziś właśnie nastąpi opowiastka o kolejnym uczniu, a raczej jej wstęp, bo moja smocza intuicja podpowiada mi, że to dopiero początek moich przygód z nim.
   Panie i Panowie, poznajcie Alberta. Został on przyjęty do mojej pierwszej klasy gimnazjum... w połowie maja. To nie pomyłka - Zoo prowadzi nabór przez CAŁY rok szkolny, nie jest więc niczym niezwykłym, że w trakcie semestru ląduje komuś w klasie całkiem nowa Małpka, która z takich czy innych powodów musiala w trybie natychmiastowym zabrać swoje zabawki i przenieść się do innej piaskownicy [czyli do nas]. Przychodzi zatem któregoś pięknego dnia Dragonka do pokoju nauczycielskiego, a tu czeka wiadomość, że oto w momencie, kiedy przymierzamy się właściwie już do wystawiania ocen końcowych, moja osobista małpiarnia powiększy się o jeszcze jedno stworzenie. Pofrunęłam więc do Wice-Dyry wypytać, "o co kaman", a tam wręczono mi dwie kartki z dotychczasowymi ocenami nowego podopiecznego. Uzyskałam też informację, że "jego papiery są w drodze", a co do klasyfikacji, to mamy wolną rękę. Czyli - czy go przepuścimy, czy każemy powtarzać klasę, to już sprawa do rozstrzygnięcia w sumieniu każdego nauczyciela. Nie mamy w każdym razie "obowiązku" go promować, skoro trafił do nas na miesiąc przed końcem roku szkolnego. Wszystko zależy od tego, jak się będzie sprawował.
   W kwestii ocen dotychczasowych to - jak wspomniałam - otrzymałam dwa przefaksowane dokumenty. Pierwszy był spisem ocen semestralnych Albercika z jednego z miejscowych gimnazjów. Wyniki, mówiąc delikatnie, najlepsze nie były: jedna pała (notabene z języka polskiego), trzy enkaele, reszta dopalacze. Zachowanie naganne, 26 uwag negatywnych. No ładnie pięknie... Drugi dokument natomiast był dość zastanawiający. Otrzymałam mianowicie wykaz ocen cząstkowych ucznia z "Zespołu Szkół Uzdrowiskowych" z gimnazjum mieszczącego się w jednym z typowych miast, do którego ludzie jeżdżą dla poratowania zdrowia. Oceny pochodziły z drugiego półrocza i były nad wyraz pozytywne - czwórki z piątkami. Cóż - pomyślałam - najwidoczniej chłopak w połowie roku wylądował w sanatorium, w którym jakoś doszedł ze sobą do ładu, ale zdążył już tak narozrabiać w dotychczasowej szkole, że go nie chcieli pod żadnym pozorem przyjąć z powrotem.
   Mój pierwszy kontakt z Albercikiem zdawał się potwierdzać te przypuszczenia. Akurat była godzina wychowawcza, na której karnie został - jako jedyny z całej klasy, co umożliwiło mi rozmowę z nim w cztery oczy. Potwierdził, że "trochę mu się wagarowało" [ładne mi trochę...], a na pytanie o uzdrowisko oświadczył,  że choruje na astmę i musiał wyjechać na leczenie, bo go dusiło. Pytał oczywście, co z nim będzie, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to zależy od każdego jednego nauczyciela, z którym ma lekcje, bo ja jako wychowawca nie zwykłam wpływać na oceny z przedmiotów wystawiane przez moich kolegów po fachu, co jest najszczerszą prawdą -  nie wchodzę w kompetencje matematykom czy innym geografom, bo uważam, że każdy nauczyciel sam odpowiada za ocenę, którą wystawia, a robienie nacisków w tej kwestii przez wychowawcę jest nieetyczne i dowodzi braku profesjonalizmu. Stwierdziłam, że przedstawię oczywiście jego sytuację, natomiast jeśli któryś z belfrów uzna za stosowne Alberta nie przepuścić, to ma do tego prawo. Co do języka polskiego, to posadziłam go z miejsca nad sprawdzianem z części mowy, który napisał z marszu na dostateczny, tak więc byłam pod wrażeniem. Umówiłam się zatem z chłopcem, że jeśli zda mi treść jednej z lektur, którą właśnie omawialiśmy, a także będzie chodził na lekcje, to z mojego przedmiotu go sklasyfikuję
   Pech chciał, że tydzień później Albert doznał poważnej kontuzji ręki, co wyłączyło go z uczestniczenia na zajęciach na długi czas, w wyniku czego zostało mu naprawdę niewiele czasu, by postarać się o zaliczenie semestru. I tak cała sprawa skończyła się dla niego szczęśliwie, bo nie uzyskał klasyfikacji tylko z geografii. Zdał już egzamin klasyfikacyjny, zatem na 100% zobaczę go od września w mojej osobistej małpiarni.
   Gdzie tkwi haczyk? Coś mi to wszystko nie pasowało - tak koncertowo zawalone pierwsze półrocze, potem szybciutko sanatorium i brak możliwości powrotu do macierzystego gimnazjum.No i skąd to naganne zachowanie, bo przecież nie wlepia się go za same wagary...? Na wyjaśnienie całej łamigłówki przyszło mi poczekać, aż nadeszły papiery Albercika. Otóż mamy niestety do czynienia z młodocianym alkoholikiem, a to "sanatorium" to nic innego, jak ośrodek terapeutyczny, do którego przymusowo na leczenie skierował go sąd... Bosko, czyż nie? Po wakacjach zapowiada się zatem dość ciekawie, Albercik ma jednak jak w banku, że będę go bacznie obserwować i na jego szczęście [lub pecha - w zależności od punktu widzenia oraz skuteczności dotychczasowego leczenia] o chorobie alkoholowej to jego nowa wychowawczyni akurat trochę wie :)
   Albercik nie pojawił się na zakończeniu roku, natomiast dziś, kiedy przyszłam do szkoły na radę plenarną, w pokoju nauczycielskim czekały na mnie piękne lilie i pudełko ptasiego mleczka opatrzone następującym liścikiem: "Dzień dobry. Przepraszam, że nie mogłem być na zakończeniu roku. Dziękuję za wszystko. Pozdrawiam. Albert XYZ". Pewnie jest przekonany, że to ja "załatwiłam" mu promowanie do klasy drugiej, choć z ręką na sercu, naprawdę nie wywierałam nacisków w tej sprawie na żadnego z nauczycieli.
   A czekoladki? No cóż, typowa wdzięczność alkona...

niedziela, 10 kwietnia 2011

Małpka nr 7 - Ofiara FAS

   Nie będzie grubą przesadą stwierdzenie, że 90% uczniów Zoo jest tam głównie z winy dorosłych, którzy zgotowali dorastającym dzieciakom takie piekło, że nie wyrobiły gdzieś po drodze i teraz nie nadają się do normalnej szkoły. Oczywiście, od pewnego momentu dokładają też "swoje cegiełki" - bo nikt nie kazał takiej Beatce ćpać i pić na umór, Halince z mojej klasy puszczać się po galeriach handlowych, a Dawidkowi wyrabiać sobie kartotekę na policji pobiciami. Można więc powiedzieć: owszem, mieliście przerąbane na starcie i nikt tego nie kwestionuje, ale część bagna, w którym teraz tkwicie, jest już efektem waszych własnych wyborów. Są jednak takie Małpki, które do końca życia będą płaciły tylko i wyłącznie za "błędy rodziców". Taki, kurna, grzech pierworodny - najbardziej niesprawiedliwe zjawisko, jakie można sobie wyobrazić - czyli ponoszenie odpowiedzialności za coś, na no ni cholery nie miało się wpływu. Taką grupą są dzieci z zespołem FAS.
   Dla tych moich Czytelników, którzy nie są w temacie, rąbnę teraz krótki, ale strawny wykład (od razu uprzedzam fachowców śledzących mojego bloga - zamierzam wyjaśniać z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego, unikając medycznego czy psychologicznego żargonu). FAS (Fetal Alcohol Syndrom - Płodowy Zespół Alkoholowy) - to nazwa choroby wrodzonej, którą określa się cały zespół zaburzeń, jakie występują u dziecka w wyniku tego, że jego matka w czasie ciąży piła alkohol. Nie stwierdzono dotychczas, jaka jest bezpieczna dawka alkoholu, którą można wypić kobiecie ciężarnej bez szkody dla płodu - jeśli w ogóle jest taka. Faktem jest natomiast, że alkohol, jak na truciznę przystało, uszkadza rozwijające się dziecko i jest to nieodwracalne, jak zespół Downa. FAS nie da się w żaden sposób wyleczyć. Jedyne, co można zrobić, to zacząć pracować z takim dzieckiem jak najwczesniej, by skutki uszkodzeń jak najmniej determinowały jego życie.

   W tym momecie przedstawię Wam Daniela, ucznia klasy zawodowej. Wspominałam już o nim w poście pt. "Powrót" - o tym, jak za pomocą Miszy udało mi się skłonić chłopaka do pracy. 
    To, że mamy do czynienia z ofiarą FAS, widać na pierwszy rzut oka (jeśli się wie, na co zwracać uwagę), bowiem ów syndrom wpływa między innymi na wygląd twarzy człowieka. Chłopak ma charakterystycznie wąskie, nieco skośne oczy i spłaszczony nos, z nienaturalnie dłuższą jego środkową częścią. Do tego dochodzą nietypowo skrojone usta, z górną wargą zdecydowanie bardziej wąską od dolnej. Cała twarz sprawia wrażenie "trollowatej", złośliwej, wiecznie "węszącej", choć to już pewnie moja własna interpretacja.
   Daniel potrafi być sympatyczny i czasami da się z nim  porozmawiać jak z normalnym, żywym nastolatkiem. Mimo wszystko na pewno nie jest głupi, a jak na realia Zoo nawet dość inteligentny. Oczywiście, w zwyczajnej szkole pewnie miałby u mnie problem z zaliczeniem semestru, tutaj jednak postawiłam mu na półrocze słabe cztery. Przy indywidualnym podejściu, tj. jeśli stanę nad nim i będę wszystko powoli, cierpliwie i łopatologicznie wyjaśniała, to jest w stanie poprawnie wykonać polecenie. Umie wyciągać wnioski i myśleć abstrakcyjnie, a nie tylko odtwórczo, posiada też pewien zasób podstawowej wiedzy ogólnej. Nie jest zatem "przypadkiem beznadziejnym" - i dlatego chyba tym bardziej mi go szkoda, bo są pewne kwestie, których nie przeskoczy, choć by nie wiem, co robił. A to tylko dlatego, że jego mamusia piła alkohol w czasie ciąży.
   Jakie problemy ma Daniel? Przede wszystkim, co nader częste u dzieci z FAS, cierpi na głęboką postać ADHD. Uwierzcie, naprawdę nie jest w stanie usiedzieć spokojnie, wyraźnie go "nosi". Pół biedy, jeśli w wyniku tego "tylko" maluje po ławce, chodzi po klasie, niszczy kwiatki w sali czy rzuca papierami w kolegów. Gorzej, jeśli przychodzą mu do głowy bardziej niebezpieczne pomysły, bo np. zaobserwowałam, że bardzo lubi się bawić ogniem... Nie umie skoncentrować się na żadnym zadaniu dłużej, niż kilka minut, co rzecz jasna uniemożliwia mu tak naprawdę zdobycia jakiejkolwiek konkretnej wiedzy czy umiejętności. Działa pod wpływem impulsu, robi to, co mu akurat wpadnie do głowy, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. To nie znaczy, że ich nie rozumie, ale mimo to nie potrafi nad sobą zapanować. Trochę tak, jak by w niego diabeł wstąpił (to jego własne określenie).  Ma problem z kontrolowaniem uczuć, zwłaszcza negatywnych - sprawia wrażenie, jak by mentalnie zatrzymał się w rozwoju na etapie przedszkolaka, który musi mieć wszystko "teraz, zaraz, natychmiast". Zero zdolności empatii. Jest bardzo chimeryczny: potrafi być na przemian miły, dowciny, a za chwilę się zniechęca, ciska zeszytem krzycząc, że "to jest pojeb***" i tego robił nie będzie, potem znów zaczyna, i znów się wkurza...
   Można powiedzieć, że jest z nim dość wesoło, rzecz jasna mając na myśli wisielczy typ humoru. Zalazł za skórę już chyba wszystkim nauczycielom, nawet Wice-Szefowa oraz Pedagog są na niego cięte. Ja go nawet lubię, co nie wyklucza faktu, że też jestem autorką kilku "płomiennych" wpisów do dziennika uwag pod jego adresem. On po prostu nie umie być normalny, nie jest to jednak typ perfidnego chama, jak w przypadku Dawida z mojej klasy.
   Nie jestem wychowawcą Daniela, nie miałam więc "przyjemności" poznać jego matki. Co może i dobrze - musiałabym naprawdę wspiąć się na wyżyny mojego zawodowego profesjonalizmu, żeby kobiecie nie wygarnąć, co o niej myślę w związku z tym, że zafundowała swojemu dziecku taki los. Tego by mi oczywiście nie wolno było zrobić, ale jak pomyślę o takich kobietach, to mi się drobne w kieszeni nie zgadzają, jak zwykł mawiać człowiek, będący powodem tego, że Was ostatnio zaniedbuję :)

wtorek, 22 marca 2011

Małpka nr 6 - Bida z Nędzą

   Dziś będzie o Sebastianku. Kto uważnie śledzi niniejszego bloga, ten kojarzy tę postać. Tak tak, to ów klient, który przypadkiem trafił na wycieczkę do Muzeum Lotnictwa, kiedy akurat zdarzyło się "święto państwowe" i raczył zawitać do szkoły.
   Chłopak ma 16 lat, nie jest więc już dzieckiem, ale patrząc na niego nie mogę powstrzymać się przed zdrabnianiem jego imienia, również kiedy zwracam się bezpośrednio do zainteresowanego. Ma niewinną buźkę i na pierwszy rzut oka wcale nie wygląda na typową Małpkę. Nawiasem mówiąc nie omieszkałam mu tego powiedzieć: ostatnio skończyliśmy zajęcia troszkę wcześniej, a że to była ich ostatnia lekcja, to spakowali się i już "luźno" czekali na dzwonek. Sebastianek wyjął papierosa, umieścił go sobie w ustach i siedział na ławce majtając nogami. Poprosiłam, żeby schował fajkę, co zrobił bez szemrania pytając: "A co, bardzo panią razi?". Na co odparłam zgodnie z prawdą: "Sam papieros nie, ale po prostu do ciebie nie pasuje. Masz bardzo miłą i sympatyczną twarz, a ta fajka wszystko psuje". Koledzy zaczęli się z niego nabijać, że pozory mylą, ale samemu chłopcu chyba zrobiło się przyjemnie. Mam przynajmniej taką nadzieję.
   Sebastian pochodzi z bardzo biednej rodziny [swoją drogą - ciekawe, od kogo wysępił tego szluga...?]. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, owszem, ubrany jest czysto i w "całe" ubrania, ale przecież wywiad szkolny działa... Zresztą, do Zoo chodziło też jego starsze rodzeństwo i inni nauczyciele mówili mi, że ich dyskretnie dożywiali. Nie inaczej jest z moim uczniem. Notabene takie działania wymagają dużego taktu. Pamiętam taką sytuację - przerwa między dwoma polskimi w ich klasie, zostałam w sali i wyjęłam kanapkę, pora była wczesnoobiadowa. Kiedy zaczęłam ją rozpakowywać, poczułam na sobie czyjś natarczywy wzrok, to było aż namacalne doświadczenie. I rzeczywiście - Sebastian siedzący w drugim rzędzie ławek wpatrywał się w tę kanapkę w taki sposób, w jaki ja zwykle gapię się na zabytkowe starodruki. Kiedy się zorientował, że widzę jego wzrok, grzecznie życzył mi smacznego a potem spytał lekkim tonem: "A z czym pani ma?". W tym momencie Dragonka uruchomiła pokłady swoich zdolności aktorskich i rzuciła tak niedbale, jak umiała: "Eee, z kiełbasą żywiecką i pomidorem... Wiesz co, a miałbyś ochotę? Po tej godzinie i tak jadę do domu na obiad, jak zwykle w pracy nie mam czasu zjeść kanapki i w sumie to mi się nie bardzo chce, ale szkoda, żeby się zmarnowała... To co, lubisz żywiecką...?" Nie muszę chyba dodawać, że wziął i pochłonął, natomiast zachował twarz i uwierzcie, to było nie mniej ważne, niż zapełnienie żołądka.
   Sebastian rzadko pojawiał się w szkole w pierwszym semestrze i ma coś około pięciu enkaeli, w tym z języka polskiego. Na pytanie, jak ma to zaliczyć odparłam, że przede wszystkim chodzić na zajęcia i nie łapać pał, to wtedy go puszczę. I trzeba przyznać, że jak na razie się wywiązuje - dostał nawet ostatnio 3 ze sprawdzianu z "Quo Vadis" i przeczytał "Małego Księcia". Pracuje tak, jak umie, widać, że się stara, a to mi wystarczy. Ma potwornie niewyparzony język i bluzga tak, że uszy puchną, choć kiedy "łapie się" na tym, że przeklął przy mnie, to się poprawia i w związku z tym mają miejsce tego typu zabawne wypowiedzi: "Psze pani, to kiedy znowu popierdalamy... to jest idziemy na jakąś wycieczkę?". Ostatnio uparł się, że chce się ze mną wybrać na kawę - i weź tu człowieku odmów, żeby się chłopak głupio nie poczuł... Najpierw stwierdziłam, że jestem zajęta, a poza tym zawsze wolałam facetów starszych ode mnie, na co odparł niewzruszony: "Ale to mena też pani weźmie, weselej będzie." W końcu stanęło na tym, że wrócimy do rozmowy, jak skończy szkołę, bo ja z głąbami się nie umawiam, nawet koleżeńsko. Ma teraz dodatkową motywację do nauki :)
   Co tu dużo mówić, lubię chłopaka. Nie twierdzę, że jest święty - sporo pije, zdaje się, że pali też nie tylko tytoń. Ma poza tym jakąś sprawę o kradzież, nie znam szczegółów, bo nie jestem jego wychowawcą. Potrafi wycinać brzydkie numery i nie panuje nad złością, jak typowa Małpka. Ale jeśli chce, umie być bardzo symatyczny i taki "normalny". A przy mnie na ogół chce.

   [Od lutego schudłam już łącznie 8,5 kg :) :) :)]

czwartek, 24 lutego 2011

Małpka nr 5 - Ciężarówka

   Małpka, którą dziś Wam opiszę, również ma nierówno pod kopułą, ale w znacznie mniejszym - tj. mniej szokującym - stopniu, niż Ania Psychopatka.
   Skoro już jestem przy Ani, to wtrącę dygresję. Otóż dziewczę od pamiętnego wybuchu, który skończył się moją wizytą na policji, pokazało się w szkole raz, a potem wszelki słuch po niej zaginął. Odczekałam miesiąc, po czym - zgodnie z powinnością wychowawcy - zadzwoniłam do jej rodzicielki, wypytać o powód nieobecności córki. Matka wzdychając ciężko stwierdziła, że Ania "obraziła się na Panią" i nie będzie chodziła do szkoły, a ona, matka, nie ma jak jej do tego zmusić. I że może wróci po comiesięcznej wizycie pani kurator w ich domu, która może przemówi małej do rozsądku [że do czego, przepraszam najmocniej...?] - "bo wie Pani, co ja mogę, ona mnie w ogóle nie słucha". No mamusia jest rozbrajająca po prostu... Jasne, tak najłatwiej, rozłożyć ręce i stwierdzić, że się nie ma wpływu na dziecko - Ania przypominam ma dopiero 15 lat. To kto ma mieć wpływ? Ta kobieta w takim razie powinna co najwyżej rybki hodować, a nie córkę wychowywać... Olewactwo, a potem umywanie rąk - i efekty widzimy.
   Ja natomiast spokojnie poinformowałam, że jeśli dziewczynka nie będzie chodziła do szkoły, to zgłosimy to odpowiednim służbom, a sama Ania będzie nieklasyfikowana i nie ukończy roku.
   Obraziła się na mnie, dobre sobie... Ojej ojej, chyba sobie żyły podetnę... :)

   Ale wracamy do kolejnej szalonej Małpki. Beatka chodzi do 3 klasy gimnazjum, ma 17 lat, ale jest tak zniszczona - alkoholem, papierosami oraz zapewne "lżejszymi" narkotykami - że wygląda starzej ode mnie. Ma rozbiegane oczka, jest wulgarna i kompletnie nie panuje nad gniewem. Jej krzyk jest słynny na całe Zoo, bo słychać go w promieniu dwóch pięter od sali, gdzie klasa ma lekcje: "Ooo, znów Beatka daje czadu...". Moja przygoda z tym dziewczęciem zaczęła się już na pierwszej lekcji - otóż razem z koleżankami postanowiły najwidoczniej urządzić nowej polonistce kocówę, pokazując jej, kto tu rządzi. To były pamiętne zajęcia - wyzwiska, obrzucanie mnie papierami, no mało brakowało, by założyły mi przysłowiowy już kosz na głowę. 
   Sama Beatka, kiedy podeszłam do sali, by otworzyć drzwi, powitała mnie okrzykiem: "Ja pier***, no ruda i w okularach, nie no, przejeb*** mamy!". Potem było tylko gorzej, od bluzgów buzia jej się nie zamykała. W skrócie - dosadnie dawała wyraz, gdzie mogę sobie wsadzić swoje polecenia, gdzie ją mogę pocałować oraz jaki zawód powinnam według niej wykonywać [rzecz jasna, ten ponoć najstarszy...]. Koszmar nie skończył się wraz z dzwonkiem, ponieważ Beatka przyszła na lekcję, którą miałam z inną klasą, rzecz jasna na polecenie wyjścia tylko się gromko zaśmiała, a następnie robiła na oczach innych dzieciaków dokładnie to samo, co wcześniej. Ukoronowaniem było napisanie na tablicy wiele mówiącego wezwania treści: "Jeb*** panią od polskiego".
   Do dziś nie wiem, jak wytrzymałam te zajęcia, a przypominam, że był to drugi dzień mojej pracy w tej szkole. Po wszystkim poszłam roztrzęsiona do pedagog, która spokojnie posadziła mnie za biurkiem, poleciła spisać notatkę służbową, a następnie wezwała do szkoły policję. Tego samego dnia jeszcze zostałam przesłuchała i tak oto Beatce założono sprawę o obrazę funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków służbowych.
   Dziewczę stawiało się w sposób tak wyraźny jeszcze tylko na następnej lekcji, wparowując jak burza i drąc się od progu: "Przez panią wezmą mnie do zakładu!". Okazało się bowiem, że Beatka ma już niejedno na sumieniu [trafiła do Zoo m.in. za podpalenie gablotki na korytarzu w poprzedniej szkole, a także za pobicia i notoryczne wagary], rozgrzebaną inna sprawę z powództwa cywilnego, więc zatarg ze mną może się okazać kroplą przepełniającą czarę. Rzecz jasna odparłam spokojnie, że to nie przeze mnie, bo to nie ja ją obraziłam, tylko ona mnie i że trzeba było pomyśleć o konsekwencjach wcześniej. Próbowała gróźb, potem próśb, wyłała do mnie nawet swojego ojca z przeprosinami [!] - wszystko, byle bym wycofała skargę. Rzecz jasna tego zrobić mi nie było wolno, bo wtedy pokazałabym, że jestem giętka i byłoby po mnie...
   W efekcie w końcu jej nie zamknęli [długa historia, dlaczego...]. Sama Beatka natomiast spokorniała tylko w tym względzie, że jej szał i ataki przestały być wymierzone we mnie. Bo tak to - przez CAŁE półrocze nie przepracowała normalnie ani jednej lekcji. Pół biedy, jeśli po prostu siadała i słuchała muzyki przez telefon na słuchawkach, ale zwykle nie było aż tak różowo. Ona lubi koncentrować uwagę i robić dużo hałasu wokół siebie. Jej pojawienie się w szkole zawsze oznaczało, że z zajęć nic nie wyjdzie. Jak prowadzić lekcje wobec uczennicy, która śpiewa na całe gardło, skacze po ławkach, tańczy, bije koleżanki albo zadaje nauczycielowi najbardziej intymne pytania, jakie jej tylko przyjdą do głowy?
   Semestr z języka polskiego zakończyła oceną niedostateczną [bo jakże by inną?], natomiast teraz zacznie się ciekawie. Otóż Beatka jest w ciąży - i to zagrożonej, musi więc jak najwięcej leżeć. Wiadomo, jeśli teraz nie skończy gimnazjum, to już pewnie nigdy tego nie zrobi. Będzie więc miała indywidualne nauczanie w domu. I kogo ubiorą w język polski...? No ba - to naturalne, że mnie, jako jej polonistkę, zwłaszcza, że akurat mieszkamy w tej samej dzielnicy miasta. Wesoło będzie, choć mam cichą nadzieję, że w warunkach domowych, nie mając się przed kim popisywać, będzie skłonna do jakiejkolwiek pracy i co najważniejsze, uda mi się ją przygotować do egzaminu gimnazjalnego.
   Hmmm... że niby nadzieja matką głupich? :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Małpka nr 4 - Uwaga, Zły Pies

    Czas na kolejną Małpkę, nie sądzicie?

   O Dawidku [imię jak zwykle "znane redakcji" :)] będzie mi się trudno pisało z prostego powodu: nie ma się co oszukiwać, po prostu szczerze chłopaka nie trawię. Chwila chwila, bo już słyszę głosy protestu - jak to Dragonka, a co z poprzednimi? No nie opowiadaj panna, ze lubisz Psychopatkę albo Małpkę Bum-Bum  (bo bujać to my, panowie szlachta...), a przecież jakoś ich opisałaś. Ano właśnie moi drodzy, jest tu różnica i zaraz wytłumaczę, na czym ona polega. Zarówno w przypadku Adasia jak i Ani moja niechęć wiąże się ściśle z ich zachowaniem, natomiast potrafię za ich "repertuarem artystycznym" dostrzec żywe istoty, które same w sobie odruchów wymiotnych już u mnie nie budzą. W przypadku Bum-Buma to pewnie kwestia tego, że za dużo wiem o jego przeszłości, by mu zwyczajnie, po ludzku nie współczuć. Ten chłopak przeszedł tyle, że dziwić by się należało, gdyby po tym wszystkim był normalny. Dodatkowo, udało mi sie kilka razy z nim zwyczajnie porozmawiać, dowiedzieć np. że ma psa, którego nie może trzymać w ośrodku [więc póki co opiekuje się nim kolega, ale Adaś odbierze zwierzaka, jak tylko się usamodzielni], albo że jak pracował latem we Włoszech, to miał okazję poskakać sobie ze spadochronem i bardzo mu się to podoba. Co to ma do rzeczy w sprawie braku odruchu wymiotnego? Ano to, że łatwiej mi o empatię wobec dziecka, o którym wiem kilka obiektywnie fajnych szczegółów. A jeśli czuję empatię, to wkurzać mnie może ZACHOWANIE danego człowieka, ale już raczej nie on sam. Z Anią jest troszkę trudniej, tu jednak aż za wyraźnie rzuca się w oczy, że dziewczę kwalifikuje się do leczenia psychiatrycznego. Używając analogii czysto medycznej: jeśli Twój partner się przeziębi i tak kaszle przez sen, że budzi cały dom, to owszem, wkurza Cię to [zwłaszcza, jeśli musisz rano wstać do pracy i za cholerę nie możesz sie wyspać], ale ROZUMIESZ, że to nie jego wina, bo jest chory i już. Podobnie myślę o Ani, kiedy mam do czynienia z jej numerami. Biedna, chora dziewczyna.
   No dobrze, ale co z tej przydługiej dygresji wynika w związku z Dawidem? Ano to, że w jego przypadku z jakichś powodów nie działają żadne okoliczności łagodzące. Nie potrafię dostrzec nic, co by mi pozwoliło spojrzeć na niego albo jak na człowieka [i coś w nim polubić czy choć docenić], albo chociaż  jak na ofiarę [i wtedy mu współczuć]. Dawidek znalazł się u mnie w szufladce podpisanej "kawał chama, prostaka - uwaga, zły pies, bez kija nie podchodzić".
   Jest on na nieszczęście moim wychowankiem. Jedyny pozytywny aspekt, jaki odnotowałam w całokształcie tej postaci, to jego niezaprzeczalna inteligencja. Umysł ma sprawny, brak mu rzecz jasna wiedzy [jak każdej małpce w Zoo], ale jeśli zada sobie trud, to nowe rzeczy chwyta od razu. Z tego względu spokojnie nadwałby się do zwykłej szkoły. Niestety - TYLKO z tego względu. Dawid swój potencjał umysłowy wykorzystuje wyłącznie wtedy, gdy mu się to opłaca. Ma więc całkiem niezłe stopnie, a przede wszystkim pilnuje, by z żadnego przedmiotu nie wypadała mu jedynka. Chodzi też regularnie do szkoły. Po co to wszystko? Bo skubaniec wie, że jeśli nałapie kiepskich stopni albo sobie powagaruje, to w razie problemów z zachowaniem  będzie to podstawa formalna, by mu narobić prawdziwych kłopotów.
   Dawidek przede wszystkim - jak sam otwarcie przyznaje - nie chce chodzić do szkoły i w zasadzie zacząłby już pracować. Co z tego, skoro ma 16 lat, a do osiągnięcia pełnoletności zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem MUSI się gdzieś uczyć. Z różnych szkół go już wywalali, aż padło na nas i jeśli "coś" się nie wydarzy, to będziemy się z nim jeszcze 2 lata męczyć.
   Co takiego robi? Dawidek to ów rekordzista, o którym wspomniałam w poprzednim poście - 32 uwagi w 4 miesiące. Tak się składa, że musi być w centrum uwagi, a ponieważ bardzo rzadko chce mu się skupić na lekcji, to robi wszystko, by zajęcia rozłożyć. Repertuar ma doprawdy szeroki. Robi dokładnie to, na co w danym momencie ma ochotę. Siedzi z nogami na stoliku, słucha głośno muzyki, rozmawia z kolegami, ogląda filmy na komórce, wydzwania przez telefon, pali papierosy, wychodzi sobie z klasy kiedy ma na to ochotę - tak tak, to wszystko NA LEKCJI. Do tego bluzga tak, że uszy więdną, a na upomnienia reaguje arogancko, dając bardzo wyraźnie odczuć, że uważa nas - nauczycieli - za bandę frajerów. Jak już jednak wcześniej nadmieniłam, chłopak nie jest głupi, doskonale zatem wie, co może powiedzieć, by było to chamskie i wulgarne, ale by NIE podpadało pod paragrafy o znieważeniu czy groźbach karalnych.
   Na razie jako szkoła mamy związane ręce. Jeśli żadna inna placówka nie zgodzi się Dawidka przyjąć [a na to są marne szanse], to uratować mogłaby nas tylko decyzja o skierowaniu go do poprawczaka. No i własnie, gdyby "nie realizował obowiązku szkolnego" [czyli wagary] albo kolekcjonowałby jedynki, to już dawno byśmy mu bilet tam załatwili. A tak...? Jest co prawda po dwóch rozprawach [pobicia], ale przydzielono mu "miękkiego" sędziego, który nabiera się na jego skruchę i daje mu "kolejną szansę". Dawidek ma też kuratora, z którym jestem w stałym kontakcie, ale póki co nic z tego nie wynika. Kurator to zresztą jedyna osoba, której chłopak się choć trochę obawia, bo matkę - która go samodzielnie wychowuje - zdążył kompletnie zastraszyć. Kobiecina wzywana na rozmowy do szkoły spuszcza uszy po sobie, cichutko słucha i przegląda Zeszyt Uwag, a potem mówi, że Dawidek w domu jest takim kochanym chłopcem, który w piecu pali i po zakupy chodzi, że ona nie rozumie, jak to wszystko możliwe, ale z nim porozmawia, żeby się poprawił...
   Wiem, że to pewnie brak profesjonalizmu z mojej strony, ale w przypadku tego chłopca MAM GDZIEŚ, czy poprawczak zniszczy mu życie, czy nie. Za niewinność tam nie trafi w każym razie. Demoralizuje mi klasę i nie widzę możliwości dogadania się z nim, a zatem wykorzystam każdą sposobność, by mu załatwić zakład. Kiedyś w końcu "przegnie". Mam taką szczerą nadzieję.