Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 10 kwietnia 2011

Małpka nr 7 - Ofiara FAS

   Nie będzie grubą przesadą stwierdzenie, że 90% uczniów Zoo jest tam głównie z winy dorosłych, którzy zgotowali dorastającym dzieciakom takie piekło, że nie wyrobiły gdzieś po drodze i teraz nie nadają się do normalnej szkoły. Oczywiście, od pewnego momentu dokładają też "swoje cegiełki" - bo nikt nie kazał takiej Beatce ćpać i pić na umór, Halince z mojej klasy puszczać się po galeriach handlowych, a Dawidkowi wyrabiać sobie kartotekę na policji pobiciami. Można więc powiedzieć: owszem, mieliście przerąbane na starcie i nikt tego nie kwestionuje, ale część bagna, w którym teraz tkwicie, jest już efektem waszych własnych wyborów. Są jednak takie Małpki, które do końca życia będą płaciły tylko i wyłącznie za "błędy rodziców". Taki, kurna, grzech pierworodny - najbardziej niesprawiedliwe zjawisko, jakie można sobie wyobrazić - czyli ponoszenie odpowiedzialności za coś, na no ni cholery nie miało się wpływu. Taką grupą są dzieci z zespołem FAS.
   Dla tych moich Czytelników, którzy nie są w temacie, rąbnę teraz krótki, ale strawny wykład (od razu uprzedzam fachowców śledzących mojego bloga - zamierzam wyjaśniać z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego, unikając medycznego czy psychologicznego żargonu). FAS (Fetal Alcohol Syndrom - Płodowy Zespół Alkoholowy) - to nazwa choroby wrodzonej, którą określa się cały zespół zaburzeń, jakie występują u dziecka w wyniku tego, że jego matka w czasie ciąży piła alkohol. Nie stwierdzono dotychczas, jaka jest bezpieczna dawka alkoholu, którą można wypić kobiecie ciężarnej bez szkody dla płodu - jeśli w ogóle jest taka. Faktem jest natomiast, że alkohol, jak na truciznę przystało, uszkadza rozwijające się dziecko i jest to nieodwracalne, jak zespół Downa. FAS nie da się w żaden sposób wyleczyć. Jedyne, co można zrobić, to zacząć pracować z takim dzieckiem jak najwczesniej, by skutki uszkodzeń jak najmniej determinowały jego życie.

   W tym momecie przedstawię Wam Daniela, ucznia klasy zawodowej. Wspominałam już o nim w poście pt. "Powrót" - o tym, jak za pomocą Miszy udało mi się skłonić chłopaka do pracy. 
    To, że mamy do czynienia z ofiarą FAS, widać na pierwszy rzut oka (jeśli się wie, na co zwracać uwagę), bowiem ów syndrom wpływa między innymi na wygląd twarzy człowieka. Chłopak ma charakterystycznie wąskie, nieco skośne oczy i spłaszczony nos, z nienaturalnie dłuższą jego środkową częścią. Do tego dochodzą nietypowo skrojone usta, z górną wargą zdecydowanie bardziej wąską od dolnej. Cała twarz sprawia wrażenie "trollowatej", złośliwej, wiecznie "węszącej", choć to już pewnie moja własna interpretacja.
   Daniel potrafi być sympatyczny i czasami da się z nim  porozmawiać jak z normalnym, żywym nastolatkiem. Mimo wszystko na pewno nie jest głupi, a jak na realia Zoo nawet dość inteligentny. Oczywiście, w zwyczajnej szkole pewnie miałby u mnie problem z zaliczeniem semestru, tutaj jednak postawiłam mu na półrocze słabe cztery. Przy indywidualnym podejściu, tj. jeśli stanę nad nim i będę wszystko powoli, cierpliwie i łopatologicznie wyjaśniała, to jest w stanie poprawnie wykonać polecenie. Umie wyciągać wnioski i myśleć abstrakcyjnie, a nie tylko odtwórczo, posiada też pewien zasób podstawowej wiedzy ogólnej. Nie jest zatem "przypadkiem beznadziejnym" - i dlatego chyba tym bardziej mi go szkoda, bo są pewne kwestie, których nie przeskoczy, choć by nie wiem, co robił. A to tylko dlatego, że jego mamusia piła alkohol w czasie ciąży.
   Jakie problemy ma Daniel? Przede wszystkim, co nader częste u dzieci z FAS, cierpi na głęboką postać ADHD. Uwierzcie, naprawdę nie jest w stanie usiedzieć spokojnie, wyraźnie go "nosi". Pół biedy, jeśli w wyniku tego "tylko" maluje po ławce, chodzi po klasie, niszczy kwiatki w sali czy rzuca papierami w kolegów. Gorzej, jeśli przychodzą mu do głowy bardziej niebezpieczne pomysły, bo np. zaobserwowałam, że bardzo lubi się bawić ogniem... Nie umie skoncentrować się na żadnym zadaniu dłużej, niż kilka minut, co rzecz jasna uniemożliwia mu tak naprawdę zdobycia jakiejkolwiek konkretnej wiedzy czy umiejętności. Działa pod wpływem impulsu, robi to, co mu akurat wpadnie do głowy, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. To nie znaczy, że ich nie rozumie, ale mimo to nie potrafi nad sobą zapanować. Trochę tak, jak by w niego diabeł wstąpił (to jego własne określenie).  Ma problem z kontrolowaniem uczuć, zwłaszcza negatywnych - sprawia wrażenie, jak by mentalnie zatrzymał się w rozwoju na etapie przedszkolaka, który musi mieć wszystko "teraz, zaraz, natychmiast". Zero zdolności empatii. Jest bardzo chimeryczny: potrafi być na przemian miły, dowciny, a za chwilę się zniechęca, ciska zeszytem krzycząc, że "to jest pojeb***" i tego robił nie będzie, potem znów zaczyna, i znów się wkurza...
   Można powiedzieć, że jest z nim dość wesoło, rzecz jasna mając na myśli wisielczy typ humoru. Zalazł za skórę już chyba wszystkim nauczycielom, nawet Wice-Szefowa oraz Pedagog są na niego cięte. Ja go nawet lubię, co nie wyklucza faktu, że też jestem autorką kilku "płomiennych" wpisów do dziennika uwag pod jego adresem. On po prostu nie umie być normalny, nie jest to jednak typ perfidnego chama, jak w przypadku Dawida z mojej klasy.
   Nie jestem wychowawcą Daniela, nie miałam więc "przyjemności" poznać jego matki. Co może i dobrze - musiałabym naprawdę wspiąć się na wyżyny mojego zawodowego profesjonalizmu, żeby kobiecie nie wygarnąć, co o niej myślę w związku z tym, że zafundowała swojemu dziecku taki los. Tego by mi oczywiście nie wolno było zrobić, ale jak pomyślę o takich kobietach, to mi się drobne w kieszeni nie zgadzają, jak zwykł mawiać człowiek, będący powodem tego, że Was ostatnio zaniedbuję :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz