Egzaminy gimnazjalne w zwyczajnych szkołach są momentem maksymalnej mobilizacji umysłowej dzieciarni - i trudno się temu dziwić. Od ich wyniku zależy w dużej części [bo liczą się tu jeszcze oceny na świadectwie oraz indywidualne osiągnięcia delikwenta] to, do jak dobrej szkoły ponadgimnazjalnej trafi młody człowiek. W Zoo jednak mało co jest takie samo jak w normalnej placówce i nie inaczej jest w tym przypadku. Owszem, trafiają się jednostki ambitniejsze, którym mimo wszystko zależy na wyprostowaniu swojego życiorysu, więc stają na uszach, by wypaść jak najlepiej. Mają nadzieję - czasem okazuje się, że nawet nie daremną - że jeśli otrzymają odpowiednio dużą ilość punktów, to znajdzie się jakieś przyzwoite liceum czy technikum, które je przyjmie, przymykając oko na kwiatki w papierach, typu powtarzanie trzy razy tej samej klasy, kurator czy notowania na policji z rozmaitych przyczyn. Nie oszukujmy się jednak, takich Małpek jest co roku znikomy procent. Większość z nich albo w ogóle nie zamierza kontynuować nauki, albo dawno już przestała wierzyć w garbate aniołki i świetnie zdaje sobie sprawę, że jedyne, na co może liczyć przy swoim poziomie wiedzy, to miejsce w zawodówce/technikum/liceum pod szyldem Zoo. A tutaj i tak ich przyjmą, nawet, jeśli na egzaminach oddadzą puste kartki...
No dobrze, czas przejśc do meritum. Podobnie jak w liceach podczas matur, tak i w gimnazjach w dniach egzaminów nie ma normalnych lekcji, a młodsze klasy mają trzy dni leżenia bykiem w domu. Zoo jako się rzekło to jednak nie tylko gimnazjum, więc pozostałym oddziałom combo trzeba zapewnić zajęcia edukacyjne. Nie jest to proste ze względu na małą ilość wolnych nauczycieli (siedzą przecież w komisjach egzaminacyjnych!) oraz na warunki lokalowe - główny gmach szkoły musi być zamknięty, aby zapewnić spokój zdającym. Drugi problem dyrekcja rozwiązała w ten sposób, że zajęcia nakazano nam odbyć w budynku warsztatowym. Było to nad wyraz urocze: wyobraźcie sobie język polski w otoczeniu maszyn do szycia, imadeł, kowadeł i innych tego typu arcydzieł myśli technicznej... Gorzej w kwestii braków kadrowych, bo nie ma innego wyjścia, jak poobsadzać lekcje nauczycielami, którzy akurat są wolni - czyli pierszego dnia tylko historykami i polonistami (pierwszy dzień egzaminów to część humanistyczna, więc w komisjach nie mogą zasiadać belfrowie tych przedmiotów), drugiego matematykami, fizykami, chemikami i biologami, a trzeciego anglistami i germanistami.
W rezultacie dowalono mi we wtorek trzy godziny pod rząd z moją "ukochaną" zawodówką... Wyszłam jednak z tego obronną ręką. Świadoma, że nie ma szans, by panowie wysiedzieli tyle czasu na normalnych zajęciach (skoro już z jednym polskim bywają problemy), przyniosłam z domu mojego osobistego laptopa, na którym odtworzyłam za własne pieniądze pożyczonego z wypożyczalni "Olivera Twista" w reż. Polańskiego. Wybór podyktowany był dwoma kwestiami. Primo: jest to, jak by nie patrzeć, historia o Małpce, więc żywiłam nadzieję, że chłopcy poczują niejaką solidarność z losem dziewiętnastowiecznego sieroty. Secundo natomiast - film ten ma dobrze zrobiony polski dubbing, co jest elementem niezbędnym, bo czytanie napisów zdecydowanie odpada i chyba nie muszę wyjaśniać, dlaczego... Pragnę się pochwalić, że zajęcia przebiegły bardzo pomyślnie mimo iście spartańskich warunków, bo było przeraźliwie zimno i niewygodnie. Przyszło czterech delikwentów, w tym Dres i Małpka z FAS. Oczywiście musieli sobie ponarzekać - "Dlaczego pani nie mówiła, że przyniesie lapka? To byśmy swoje filmy wzięli! Piłę V pani widziała?" - ale jednak "Oliver" ich wciągnął i to na tyle, że poprosili mnie, bym zrobiła im w piątek sprawdzian z treści (chcą dostać dobre oceny). Grunt, że nie roznieśli sali warsztatowej i wysiedzieli spokojnie trzy godniny lekcyjne.
A same egzaminy? Byłam zatrudniona do pilnowania na części matematycznej oraz na językowej. Przydzielono mnie akurat do "mojej" trzeciej gimnazjalnej, co pewnie i dobrze dla dzieciaków - mniejszy stres, skoro ma na nich oko nauczyciel, którego dobrze znają. W tej klasie na 18 osób są trzy Małpki, którym zależało na wynikach, więc siedziały nad kartkami dość długo, choć i one wychodziły przed upływem przewidzianego czasu. Reszta, no cóż... Jeden delikwent na matmie wyszedł po mniej więcej 10 minutach (przejrzał test i odłożył), a na języku angielskim po 20, bo tyle trwało wysłuchanie nagrań. Na tym samym egzaminie hasłem dnia była pełna żalu skarga Natalii, która po otworzeniu arkusza jęknęła z wyrzutem: "Dlaczego tu wszystko jest po angielsku?!". Oprócz tego pojawiła się Beatka z lekko już widoczną ciążą, choć termin ma dopiero na październik. Stan błogosławiony nie wpłynął jednak na dziewczynę w żaden inny sposób, bo dalej jest tak samo wulgarna i szalona, jak była. Nawiasem mówiąc nie ja w końcu dostąpię wątpliwego zaszczytu nauczania jej indywidualnie w domu... :)
Dzieciaki nie miały złudzeń i opuszczając salę egzaminacyjną zgodnie twierdziły, że poszło im "ch**owo". No cóż, nie siliłam się na pocieszenia w rodzaju "Oj, na pewno nie poszło Ci aż tak źle, zobaczysz", bo wiem, że pewnie akurat w tej kwestii miały rację. A co z tego wynika? Ano to, że z większością z nich znów zobaczę się we wrześniu. Zasilą naszą zawodóweczkę... :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz