Niektóre pomysły naszego kochanego ministerstwa są jednak wyjątkowo poronione i dziś post o jednym z nich. Otóż uszczęśliwiono nas rozporządzeniem, zgodnie z którym (w dużym uproszczeniu) do obowiązków szkoły będzie należało organizowanie pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla uczniów, którzy tego potrzebują, już na terenie placówki. Brzmi niegroźnie? Mało tego - pewnie się jeszcze wydaje, że jest to strzał w dziesiątkę, bo w ten sposób każde dziecko otrzyma pomoc bardzo szybko, pod dachem szkoły, do której chodzi i to jeszcze od strony pracujących z nim na co dzień nauczycieli?
Tjaaa... Nim klaśniecie w łapki z uciechy i pochwalicie pomysł Arcymądrego Ministra, to szybciutko sprowadzę Was na ziemię uświadamiając, jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. A będzie to jedna wielka fikcja i bujda na resorach. Z kilku prostych przyczyn:
1) Nie przeznaczono na to żadnych dodatkowych pieniędzy, a zatem nie można zatrudnić do tego projektu żandych dodatkowych pedagogów.
2) Ponieważ jednak zadanie musi być wykonane, spadnie ono na barki pracujących już w szkole nauczycieli, którzy będą musieli je "upchnąć" między sprawdzaniem klasówek, przygotowywaniem się do lekcji, chodzeniem na wycieczki i spotkaniami z rodzicami. Jak się łatwo domyślić, skoro w tym samym czasie będą musieli wykonać więcek roboty, to odwalą ją "po łebkach"...
3) Zwykły nauczyciel-przedmiotowiec, choć jest osobą przeszkoloną pedagogicznie, absolutnie NIE MA KOMPETENCJI, by świadczyć szerokorozumianą pomoc psychologiczną w takim zakresie, do jakiego zobowiązuje nas rozporządzenie.
Nie pierwszy raz - i zapewne nie ostatni - ministerswto podzruca nam kukułcze jajo, z którym trzeba coś zrobić. W zwykłej szkole nie będzie to aż takim kłopotem, bo trafi się kilku, może kilkunastu uczniów, którzy w szczególny sposób potrzebują opieki i nimi będzie w stanie zająć się szkolny psycholog czy pedagog. Ale wyobraźcie sobie, co się będzie działo w Zoo, gdzie KAŻDY uczeń ma "specjalne potrzeby edukacyjne" (bo tak to się ładnie nazywa w rozporządzeniu). Żeby było jasne - i tak zajmujemy się tymi dzieciakami, jak możemy, ale teraz będziemy musieli produkować na to sterty papierów... zabierających nam czas niezbędny, by im pomagać.
Dyrekcja rozwiązała to tak, że podzieliła uczniów na kilka kategorii w zależności od rodzaju zaburzeń, jakie u nich występują. Nauczyciele podzieleni są na zespoły, a na ich czele stoi lider. Każdy dostał "swoje zaburzenie", którym ma się zajmować, a na początek opracować plan działań, które będzie realizował z daną grupą Małpiątek. Listy imienne w oparciu o kartoteki uczniów sporządził Pan Psycholog i miał je dostarczyć liderom.
I tu kilka słów o naszym Panu Psychologu... Nie będę ukrywała - nie jestem "jego fanką", bo uważam, że kompletnie się do Zoo nie nadaje. Jest za miękki, wiecznie zagubiony, mało stanowczy i potrafi tylko sporządzać dokumentację. Nie chcę być złośliwa, ale z jego ciapowatości nabijają się nawet uczniowie. Już dawno nauczyłam się, że w razie kłopotów nie ma co do niego iść, tylko lepiej poczekać, aż przyjdzie Pedagożyca, albo od razu walić do Wice-Szefowej. No ale nic to - w porównaniu z bezmyślnością i kompletnym brakiem wyobraźni, którą Pan Psycholog zaprezentował dzisiaj. Aż mnie krew zalała... Wyobraźcie sobie, że on te imienne listy po prostu powiesił na widoku w pokoju nauczycielskim!
Co na nich jest? Imię i nazwisko Małpki, klasa oraz rodzaj zdiagnozwanego problemu. W przypadku mojej działki - jestem liderem zespołu do spraw specyficznych trudności w uczeniu się - nie jest to jeszcze wielki problem, bo co najwyżej można się dowiedzieć, kto ma dysleksję, dysgrafię, dyskalkulię i temu podobne kwiatki. Ale zespoły są różne... Stoję pod taką tablicą, a tam bez żadnego owijania w bawełnę wiszą sobie informacje, że Ania była molestowana seksualnie, Basia maltretowana, Jaś pobity do nieprzytomności przez kiboli wrogiego klubu piłkarskiego, Krzyś był świadkiem utopienia się młodszego brata, a Tomek jest po odwyku w Monarze...
Zagotowałam się i zapieniłam, jak bym się nażarła markowego mydła. Zerwałam te listy, zaniosłam do sekretariatu i powiedziałam sekretarce, że absolutnie nie mogą wisieć na widoku w pokoju nauczycielskim, do którego przecież wchodzą nie tylko pracownicy szkoły, ale i rodzice, goście, czy czasem nawet uczniowie. Przyznała mi rację i schowała listy do teczki, skąd potem mogą sobie je odebrać zainteresowani liderzy zespołów.
Pana Psychologa już w szkole nie dorwałam, co może i dobrze, bo ochłonę, nim powiem mu, co sądzę o takiej bezmyślności. W głowie mi się nie mieści, jak można do tego stopnia nie posiadać wyobraźni. Wierzę, że chłop nie chciał źle, ale nie przewidział, ile to mogło szkody narobić. To są zbyt delikatne i drażliwe informacje, by każdy mógł mieć do nich wgląd. Dane o tym, że - dajmy na to - któraś uczennica jest ofiarą gwałtu, powinna mieć dyrekcja, pedagożyca i ewentualnie wychowawca. KONIEC I KROPKA.
Inna sprawa - ktoś mi może wyjaśnić sens tworzenia zespołów do takich spraw na terenie szkół? Jak niby szeregowy matematyk czy polonista ma pomóc takiemu dziecku z jego traumą? No jak? Bez odpowiedniej wiedzy i umiejętności prędzej zaszkodzi, mimo najlepszych intencji.
Ale ministerstwo jak zwykle wie lepiej. I domaga się papierków...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz