Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 24 lutego 2011

Małpka nr 5 - Ciężarówka

   Małpka, którą dziś Wam opiszę, również ma nierówno pod kopułą, ale w znacznie mniejszym - tj. mniej szokującym - stopniu, niż Ania Psychopatka.
   Skoro już jestem przy Ani, to wtrącę dygresję. Otóż dziewczę od pamiętnego wybuchu, który skończył się moją wizytą na policji, pokazało się w szkole raz, a potem wszelki słuch po niej zaginął. Odczekałam miesiąc, po czym - zgodnie z powinnością wychowawcy - zadzwoniłam do jej rodzicielki, wypytać o powód nieobecności córki. Matka wzdychając ciężko stwierdziła, że Ania "obraziła się na Panią" i nie będzie chodziła do szkoły, a ona, matka, nie ma jak jej do tego zmusić. I że może wróci po comiesięcznej wizycie pani kurator w ich domu, która może przemówi małej do rozsądku [że do czego, przepraszam najmocniej...?] - "bo wie Pani, co ja mogę, ona mnie w ogóle nie słucha". No mamusia jest rozbrajająca po prostu... Jasne, tak najłatwiej, rozłożyć ręce i stwierdzić, że się nie ma wpływu na dziecko - Ania przypominam ma dopiero 15 lat. To kto ma mieć wpływ? Ta kobieta w takim razie powinna co najwyżej rybki hodować, a nie córkę wychowywać... Olewactwo, a potem umywanie rąk - i efekty widzimy.
   Ja natomiast spokojnie poinformowałam, że jeśli dziewczynka nie będzie chodziła do szkoły, to zgłosimy to odpowiednim służbom, a sama Ania będzie nieklasyfikowana i nie ukończy roku.
   Obraziła się na mnie, dobre sobie... Ojej ojej, chyba sobie żyły podetnę... :)

   Ale wracamy do kolejnej szalonej Małpki. Beatka chodzi do 3 klasy gimnazjum, ma 17 lat, ale jest tak zniszczona - alkoholem, papierosami oraz zapewne "lżejszymi" narkotykami - że wygląda starzej ode mnie. Ma rozbiegane oczka, jest wulgarna i kompletnie nie panuje nad gniewem. Jej krzyk jest słynny na całe Zoo, bo słychać go w promieniu dwóch pięter od sali, gdzie klasa ma lekcje: "Ooo, znów Beatka daje czadu...". Moja przygoda z tym dziewczęciem zaczęła się już na pierwszej lekcji - otóż razem z koleżankami postanowiły najwidoczniej urządzić nowej polonistce kocówę, pokazując jej, kto tu rządzi. To były pamiętne zajęcia - wyzwiska, obrzucanie mnie papierami, no mało brakowało, by założyły mi przysłowiowy już kosz na głowę. 
   Sama Beatka, kiedy podeszłam do sali, by otworzyć drzwi, powitała mnie okrzykiem: "Ja pier***, no ruda i w okularach, nie no, przejeb*** mamy!". Potem było tylko gorzej, od bluzgów buzia jej się nie zamykała. W skrócie - dosadnie dawała wyraz, gdzie mogę sobie wsadzić swoje polecenia, gdzie ją mogę pocałować oraz jaki zawód powinnam według niej wykonywać [rzecz jasna, ten ponoć najstarszy...]. Koszmar nie skończył się wraz z dzwonkiem, ponieważ Beatka przyszła na lekcję, którą miałam z inną klasą, rzecz jasna na polecenie wyjścia tylko się gromko zaśmiała, a następnie robiła na oczach innych dzieciaków dokładnie to samo, co wcześniej. Ukoronowaniem było napisanie na tablicy wiele mówiącego wezwania treści: "Jeb*** panią od polskiego".
   Do dziś nie wiem, jak wytrzymałam te zajęcia, a przypominam, że był to drugi dzień mojej pracy w tej szkole. Po wszystkim poszłam roztrzęsiona do pedagog, która spokojnie posadziła mnie za biurkiem, poleciła spisać notatkę służbową, a następnie wezwała do szkoły policję. Tego samego dnia jeszcze zostałam przesłuchała i tak oto Beatce założono sprawę o obrazę funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków służbowych.
   Dziewczę stawiało się w sposób tak wyraźny jeszcze tylko na następnej lekcji, wparowując jak burza i drąc się od progu: "Przez panią wezmą mnie do zakładu!". Okazało się bowiem, że Beatka ma już niejedno na sumieniu [trafiła do Zoo m.in. za podpalenie gablotki na korytarzu w poprzedniej szkole, a także za pobicia i notoryczne wagary], rozgrzebaną inna sprawę z powództwa cywilnego, więc zatarg ze mną może się okazać kroplą przepełniającą czarę. Rzecz jasna odparłam spokojnie, że to nie przeze mnie, bo to nie ja ją obraziłam, tylko ona mnie i że trzeba było pomyśleć o konsekwencjach wcześniej. Próbowała gróźb, potem próśb, wyłała do mnie nawet swojego ojca z przeprosinami [!] - wszystko, byle bym wycofała skargę. Rzecz jasna tego zrobić mi nie było wolno, bo wtedy pokazałabym, że jestem giętka i byłoby po mnie...
   W efekcie w końcu jej nie zamknęli [długa historia, dlaczego...]. Sama Beatka natomiast spokorniała tylko w tym względzie, że jej szał i ataki przestały być wymierzone we mnie. Bo tak to - przez CAŁE półrocze nie przepracowała normalnie ani jednej lekcji. Pół biedy, jeśli po prostu siadała i słuchała muzyki przez telefon na słuchawkach, ale zwykle nie było aż tak różowo. Ona lubi koncentrować uwagę i robić dużo hałasu wokół siebie. Jej pojawienie się w szkole zawsze oznaczało, że z zajęć nic nie wyjdzie. Jak prowadzić lekcje wobec uczennicy, która śpiewa na całe gardło, skacze po ławkach, tańczy, bije koleżanki albo zadaje nauczycielowi najbardziej intymne pytania, jakie jej tylko przyjdą do głowy?
   Semestr z języka polskiego zakończyła oceną niedostateczną [bo jakże by inną?], natomiast teraz zacznie się ciekawie. Otóż Beatka jest w ciąży - i to zagrożonej, musi więc jak najwięcej leżeć. Wiadomo, jeśli teraz nie skończy gimnazjum, to już pewnie nigdy tego nie zrobi. Będzie więc miała indywidualne nauczanie w domu. I kogo ubiorą w język polski...? No ba - to naturalne, że mnie, jako jej polonistkę, zwłaszcza, że akurat mieszkamy w tej samej dzielnicy miasta. Wesoło będzie, choć mam cichą nadzieję, że w warunkach domowych, nie mając się przed kim popisywać, będzie skłonna do jakiejkolwiek pracy i co najważniejsze, uda mi się ją przygotować do egzaminu gimnazjalnego.
   Hmmm... że niby nadzieja matką głupich? :)

wtorek, 22 lutego 2011

Znikam, ale się nie pojawiam :)

   Panie i Panowie, NAPRAWDĘ widać efekty.
   Zważyłam się dziś w szkole u pielęgniarki: od początku lutego, czyli od wyjazdu "na warzywa" doliczając trzeci dzień Dukana ubyło mnie 4,5kg :) :) :) A to już COŚ.
   Jeśliby nawet uznać, że cyferki kłamią, to mam inny dowód trudny do podważenia. Otóż nawet Małpki płci żeńskiej ostatnio mi powiedziały, że ładnie chudnę... Dzieciakom można zarzucić niejedno, ale na pewno nie brak szczerości. Jak się sami przekonaliście po moich wpisach, one mówią to, co myślą, nie mają wyczucia granic, a żaden "wersal" ich nie dotyczy. W każdym razie - ostatnio dziewczynki z 3 gimnazjum odnotowały oficjalnie fakt, że znikam :)
   Przy okazji - zainteresowały się, co ja takiego robię, że mam cerę "jak pupcia niemowlaka". No dobra, faktycznie cera to chyba najsilniejsza strona mojego wyglądu i nie ma się do czego przyczepić. A co odpowiedziałam Małpkom?
   Proste - nie jaram [niczego], nie maluję się i nie chodzę na solarium. Na takie dictum dziewczęta tylko westchnęły: "No tak, nie do zrobienia..." Ale rzeczywiście, mimo wieku cerę mam w lepszym stanie, niż niejedna z nich.
   W piątek czeka mnie próba bojowa. Otóż mam plenarkę - to taka główna rada podsumowująca semestr. Zwykle tego rodzaju zebrania to katorga: pamiętam w poprzedniej szkole, ciągnęły się po 5-6 godzin, zawsze po lekcjach, więc człowiek wracał do domu ciemną nocą, wypluty, przerobiony na najtańszą mielonkę made in Tesco i niezdolny do niczego, poza walnięciem w kimono. Ale nie w Zoo :) U nas dyrekcja jest konkretna, sprawna i nieskłonna do mnożenia bytów ponad normę. Plenarki trwają tu góra 3 godziny, a zwykle krócej. W dodatku przebiegają w przemiłej atmosferze, pełnej śmiechu, który jest wszystkim potrzebny, by odreagować.
   Dobra, to skąd próba bojowa? Główna Szefowa ma imieniny - na bank więc będzie dobre ciasto... "Dobre" to znaczy domowe i pachnące, pieczone przez Wice, która z mąki, cukru i dodatków umie wyczarować kulinarnego "Pana Tadeusza".
   A JA JESTEM NA DUKANIE!!!
   KURNA!!!

niedziela, 20 lutego 2011

Sposób na odchudzenie Smoka

   Dziś wyjątkowo wpis dotyczący życia pozaszkolnego Smoka. Nie lubię tu pisać o sprawach prywatnych, bo stoi to w sprzeczności z moją Filozofią Bloga. Sami zaobserwowaliście już, że postów niedotyczących bezpośrednio mojej pracy pojawia się tu bardzo mało i jest to celowy zabieg. Tym razem jednak mam ochotę zrobić odstępstwo, a ponieważ to mój blog, to mi wolno, a co :)
   Smok jaki jest, każdy widzi. Wielkie, potężne, zielone, od czasu do czasu odbije mu się siarką, co powoduje samozapłon obiektów znajdujących się w bezpośrednim otoczeniu. Ktoś może powiedzieć, że taka już smocza natura, którą należy zaakceptować i pielęgnować. Niestety, sam zainteresowany gad tej opinii nie podziela. Kolor łusek akurat nie stanowi problemu, za to gabaryty już tak... Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach piękne jest tylko to, co chude i ta prawidłowość dotyczy również mnie. Nie jest tragicznie, Greenpeace nie spycha mnie do wody, kiedy leżę na plaży, a lustra nie pękają ilekroć koło nich przechodzę, tym niemniej zgubienie kilku (kilkunastu?) kilogramów by mi się przydało.
   Ba, ale jak to zrobić skutecznie, bez "efektu jojoba" [cytat z mojej znajomej :)], w miarę szybko [bo jeśli mimo wysiłków nie ma efektów, to Smok się zniechęca...] i bezboleśnie? Dodam, że na operację odsysania tłuszczu mnie nie stać i nie zanosi się na to ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości. Wiem też niestety, że na dłuższą metę nie jestem w stanie zmusić się do regularnych ćwiczeń - no smoki są leniwe i już. Pozostaje więc uprzejme podziękowanie Szewczykowi Dratewce za kotlety z baraniny i przejście na dietę.
   Dieta to też jednak nie sprawa dla amatorów. Musi być taka, aby zadziałała, ale też by pozwoliła normalnie funkcjonować, czyli nie osłabiała i nie narobiła szkód w organizmie. Diet istnieje skolko ugodno, wybierać, przebierać... Moja ulubiona to owocowo-warzywna, na której zresztą byłam przez ostatnie 2 tygodnie. Plusem jest to, że czuję się po niej świetnie, pełna energii, a w dodatku sam skład nie stanowi dla mnie problemu - to może brzmi jak herezja [w końcu jestem Smoczycą], ale mam za sobą 9 lat bycia wegetarianką. Minus to jednak powolność - to sposób żywienia nastawiony głównie na oczyszczenie organizmu, więc chudnięcie jest li i jedynie efektem ubocznym. 3,5 kg w dwa tygodnie to troszkę za mało jak na wysiłek włożony w ich zgubienie. Jaki wysiłek? A spróbujcie się odżywiać wyłącznie jabłkami, marchewką, kapustą kiszoną i ogórkami...
   Co w związku z tym? Po długich rozważaniach postanowiłam pójść za modą i spróbować diety Dukana. Wiem wiem, trzeba cholernie uważać i się nawadniać, by nie rozwaliła nerek. Obiecuję, że będę :) Nasłuchałam się jednakże od różnych osób tylu achów i ochów na temat doktora Pierre'a, że sama "też tak chcę". A już dobił mnie mój były uczeń mający już od dawna status kumpla, który od stycznia "zgubił Dukanem"... 12kg! Kurde... To ja się tu męczę i raptem poleciały trzy z hakiem...? Dość tego :)
   Dziś pierwszy dzień proteinek. Od rana wpierniczam chude serki, zagryzam makrelą, a w ramach przekąski pieczonym indykiem. I tak będzie do czwartku, kiedy to będzie mi można włączyć trochę warzyw. 
   Jej Wysokość wyraża swoją zdecydowaną aprobatę odnośnie mojego nowego sposobu żywienia. Od każdego produktu domaga się haraczu :)

wtorek, 15 lutego 2011

Powrót

   Zoo stoi jak stało, tzn. małpki go nie wysadziły przez ferie. Zresztą, nawet one nie są tak krótkowzroczne, by to robić. Gdzie by się podziały, gdyby nie my? Który zakład by je przyjął? Chyba tylko karny...
   Pierwszy dzień minął dość spokojnie. W zawodowej lekcja o zaimkach (właśnie powtarzamy hurtem wszystkie części mowy, a w przyszłym tygodniu czeka ich sprawdzian i już widzę, że będzie ubaw po pachy). Czterech uczniów, w tym Misza, który dzielnie robił ćwiczenia i momentami radził sobie o wiele lepiej, niż jego koledzy - bądź co bądź "rodzimi użytkownicy języka". Byłam z niego dumna, bo zadania zdecydowanie wykraczały poza poziom zaawansowania językowego tego chłopaka. Przy okazji swoim zapałem posłużył mi jako pomoc dydaktyczna. Otóż 15 minut po dzwonku wparował spóźniony Danielek - niegłupi gość, tylko z ADHD i szeregiem innych zaburzeń oraz z chronicznym leniem. Dostał kartkę z częścią teoretyczną i ćwiczeniami, a ponieważ zasady w Zoo głoszą, że w przypadku tak znacznego spóźnienia to do nauczyciela należy decyzja, czy wpisać "S", czy zostawić nieobecność, to łaskawie wziął kserówkę i rzucił okiem (kuratorka go rozlicza z realizowania obowiązku szkolnego). Zaraz jednak zawyrokował, że "to jakieś poj***e jest", trudne, on nie umie i nie będzie tego robił. Odparłam spokojnie, że gdyby się nie spóźnił, to usłyszałby część teoretyczną, którą tłumaczyłam na początku lekcji - i odesłałam go do kartki, gdzie i tak było wszystko łopatologicznie wyjaśnione. Danielek naburmuszony zaczął się bawić komórką, ale ja go zignorowałam i spokojnie pracowałam z pozostałą trójką ostrzegając tylko, że jeśli się nie weźmie do roboty, to nieobecność w dzienniku zostanie. Była to dobra strategia, bo Małpiątko przestało być w centrum uwagi, a to już mu było nie na rękę. A kiedy usłyszał, że Misza radzi sobie z tymi ćwiczeniami dość dobrze, to już przecież nie mógł dalej twierdzić, że to przekracza jego własne możliwości. No gdzież, on, taki genialny miałby być głupszy od "jakiegoś Ruska"?! A zatem zakasał rękawy i rzecz jasna poradził sobie świetnie, bo - jak wspomniałam - nie jest głupi, tylko leniwy. Hie hie hie... W efekcie pracowała mi ładnie cała czwórka, za co zostali nagrodzeni pod koniec lekcji plusami (trzy plusy równają się piątce).
   A do mojej osobistej klasy przybyła nowa Małpka płci żeńskiej. Na razie siedziała cicho i notowała, bo cóż innego mogła robić? Nikogo nie zna... Ale nie mam złudzeń. Skoro przyjęli ją w połowie semestru to znaczy, że z poprzedniego gimnazjum musiała wylecieć. Jeszcze nie wiem za co, ale się dowiem, niech tylko dotrą jej papiery... Mam nadzieję, że tylko za wagary i kiepskie stopnie, a nie za pobicie/kradzież/podpalenie czy inne tego typu uczniowskie rozrywki.

niedziela, 13 lutego 2011

Skończyło się to Eldorado...

   Jak tam, Robaczki? Stęskniliście się?
   Melduję posłusznie, że już wracam. Co prawda siedzę właśnie w pociągu [kto to widział, Smok w pociągu - a skrzydła to nie łaska, proszę Szanownego Gada...?] i przede mną jeszcze dłuuuga droga, ale urlop nieuchronnie zbliża się ku końcowi. A od wtorku znów do Zoo.
   Przydał mi się ten odpoczynek i to bardzo. Nie ma to jak przez dwa tygodnie nie zastanawiać się, co mi tym razem wyląduje na plecach, kiedy odrwócę się, by zapisać temat na tablicy. No i notuję u siebie klasyczne objawy malutkiej uroczej nerwiczki - mianowicie od kilku nocy mam sny z Zoo w roli głównej. Wiadomo, organizm przygotowuje się psychicznie do walki, adrenalinka zaczyna krążyć we krwi, a ja zaczynam odczuwać napięcie - stąd koszmarki. Wiem, że nie musi być od razu tak strasznie, jak się na to nastawiam, ale Dragonka instynkownie przygotowuje się na najgorsze. Zawsze może przy okazji zadziała coś, co Smoczyca Seniorka nazywa Efektem TUP - Telepatyczne Usuwanie Przeszkód.
   Z przyjemniejszych doniesień - jestem lżejsza, powabniejsza, a łuski mi się błyszczą jak wypolerowane. Mogę startować w konkursie na Miss Jaskini :) Słowem - plan wykonany.
   Jutro się byczę [smoczę...?], ale potem znów ruszy pisanie postów. W końcu to blog szkolny.
   Miłej niedzieli życzę. Pa pa :)