Małpka, którą dziś Wam opiszę, również ma nierówno pod kopułą, ale w znacznie mniejszym - tj. mniej szokującym - stopniu, niż Ania Psychopatka.
Skoro już jestem przy Ani, to wtrącę dygresję. Otóż dziewczę od pamiętnego wybuchu, który skończył się moją wizytą na policji, pokazało się w szkole raz, a potem wszelki słuch po niej zaginął. Odczekałam miesiąc, po czym - zgodnie z powinnością wychowawcy - zadzwoniłam do jej rodzicielki, wypytać o powód nieobecności córki. Matka wzdychając ciężko stwierdziła, że Ania "obraziła się na Panią" i nie będzie chodziła do szkoły, a ona, matka, nie ma jak jej do tego zmusić. I że może wróci po comiesięcznej wizycie pani kurator w ich domu, która może przemówi małej do rozsądku [że do czego, przepraszam najmocniej...?] - "bo wie Pani, co ja mogę, ona mnie w ogóle nie słucha". No mamusia jest rozbrajająca po prostu... Jasne, tak najłatwiej, rozłożyć ręce i stwierdzić, że się nie ma wpływu na dziecko - Ania przypominam ma dopiero 15 lat. To kto ma mieć wpływ? Ta kobieta w takim razie powinna co najwyżej rybki hodować, a nie córkę wychowywać... Olewactwo, a potem umywanie rąk - i efekty widzimy.
Ja natomiast spokojnie poinformowałam, że jeśli dziewczynka nie będzie chodziła do szkoły, to zgłosimy to odpowiednim służbom, a sama Ania będzie nieklasyfikowana i nie ukończy roku.
Obraziła się na mnie, dobre sobie... Ojej ojej, chyba sobie żyły podetnę... :)
Ale wracamy do kolejnej szalonej Małpki. Beatka chodzi do 3 klasy gimnazjum, ma 17 lat, ale jest tak zniszczona - alkoholem, papierosami oraz zapewne "lżejszymi" narkotykami - że wygląda starzej ode mnie. Ma rozbiegane oczka, jest wulgarna i kompletnie nie panuje nad gniewem. Jej krzyk jest słynny na całe Zoo, bo słychać go w promieniu dwóch pięter od sali, gdzie klasa ma lekcje: "Ooo, znów Beatka daje czadu...". Moja przygoda z tym dziewczęciem zaczęła się już na pierwszej lekcji - otóż razem z koleżankami postanowiły najwidoczniej urządzić nowej polonistce kocówę, pokazując jej, kto tu rządzi. To były pamiętne zajęcia - wyzwiska, obrzucanie mnie papierami, no mało brakowało, by założyły mi przysłowiowy już kosz na głowę.
Sama Beatka, kiedy podeszłam do sali, by otworzyć drzwi, powitała mnie okrzykiem: "Ja pier***, no ruda i w okularach, nie no, przejeb*** mamy!". Potem było tylko gorzej, od bluzgów buzia jej się nie zamykała. W skrócie - dosadnie dawała wyraz, gdzie mogę sobie wsadzić swoje polecenia, gdzie ją mogę pocałować oraz jaki zawód powinnam według niej wykonywać [rzecz jasna, ten ponoć najstarszy...]. Koszmar nie skończył się wraz z dzwonkiem, ponieważ Beatka przyszła na lekcję, którą miałam z inną klasą, rzecz jasna na polecenie wyjścia tylko się gromko zaśmiała, a następnie robiła na oczach innych dzieciaków dokładnie to samo, co wcześniej. Ukoronowaniem było napisanie na tablicy wiele mówiącego wezwania treści: "Jeb*** panią od polskiego".
Do dziś nie wiem, jak wytrzymałam te zajęcia, a przypominam, że był to drugi dzień mojej pracy w tej szkole. Po wszystkim poszłam roztrzęsiona do pedagog, która spokojnie posadziła mnie za biurkiem, poleciła spisać notatkę służbową, a następnie wezwała do szkoły policję. Tego samego dnia jeszcze zostałam przesłuchała i tak oto Beatce założono sprawę o obrazę funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków służbowych.
Dziewczę stawiało się w sposób tak wyraźny jeszcze tylko na następnej lekcji, wparowując jak burza i drąc się od progu: "Przez panią wezmą mnie do zakładu!". Okazało się bowiem, że Beatka ma już niejedno na sumieniu [trafiła do Zoo m.in. za podpalenie gablotki na korytarzu w poprzedniej szkole, a także za pobicia i notoryczne wagary], rozgrzebaną inna sprawę z powództwa cywilnego, więc zatarg ze mną może się okazać kroplą przepełniającą czarę. Rzecz jasna odparłam spokojnie, że to nie przeze mnie, bo to nie ja ją obraziłam, tylko ona mnie i że trzeba było pomyśleć o konsekwencjach wcześniej. Próbowała gróźb, potem próśb, wyłała do mnie nawet swojego ojca z przeprosinami [!] - wszystko, byle bym wycofała skargę. Rzecz jasna tego zrobić mi nie było wolno, bo wtedy pokazałabym, że jestem giętka i byłoby po mnie...
W efekcie w końcu jej nie zamknęli [długa historia, dlaczego...]. Sama Beatka natomiast spokorniała tylko w tym względzie, że jej szał i ataki przestały być wymierzone we mnie. Bo tak to - przez CAŁE półrocze nie przepracowała normalnie ani jednej lekcji. Pół biedy, jeśli po prostu siadała i słuchała muzyki przez telefon na słuchawkach, ale zwykle nie było aż tak różowo. Ona lubi koncentrować uwagę i robić dużo hałasu wokół siebie. Jej pojawienie się w szkole zawsze oznaczało, że z zajęć nic nie wyjdzie. Jak prowadzić lekcje wobec uczennicy, która śpiewa na całe gardło, skacze po ławkach, tańczy, bije koleżanki albo zadaje nauczycielowi najbardziej intymne pytania, jakie jej tylko przyjdą do głowy?
Semestr z języka polskiego zakończyła oceną niedostateczną [bo jakże by inną?], natomiast teraz zacznie się ciekawie. Otóż Beatka jest w ciąży - i to zagrożonej, musi więc jak najwięcej leżeć. Wiadomo, jeśli teraz nie skończy gimnazjum, to już pewnie nigdy tego nie zrobi. Będzie więc miała indywidualne nauczanie w domu. I kogo ubiorą w język polski...? No ba - to naturalne, że mnie, jako jej polonistkę, zwłaszcza, że akurat mieszkamy w tej samej dzielnicy miasta. Wesoło będzie, choć mam cichą nadzieję, że w warunkach domowych, nie mając się przed kim popisywać, będzie skłonna do jakiejkolwiek pracy i co najważniejsze, uda mi się ją przygotować do egzaminu gimnazjalnego.
Hmmm... że niby nadzieja matką głupich? :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz