Głośne czytanie na języku polskim w Zoo bywa koniecznością. Specyfika tego przedmiotu polega na analizie tekstów literackich, a przecież nie da się tego zrobić bez ich znajomości. O tym, że dzieciaki przeczytaja jakąś lekturę w domu, można zwykle zapomnieć [jak do tej pory - skłoniłam trzy osoby do przeczytania "Antygony" oraz dwie do zapoznania się z "Balladyną", ale na tym zdaje się koniec...], a tekst omówić trzeba. Dłuższe książki staram się więc "załatwić" wyświetleniem klasie ekranizacji, a potem przedstawieniem wybranych wątków na fragmentach czytanych w trakcie lekcji [tak z powodzeniem omówiłam "Quo Vadis", ale np. z "Panem Tadeuszem" już mi nie wyszło, bo zawodówka... odmówiła oglądania filmu]. Krótsze zaś wałkuję po kawałeczku na zajęciach - udało się w ten sposób przebrnąć przez pamiętnych "Niemców", jutro zacznę tym trybem "Małego Księcia", a w niedalekiej przyszłości "Dziady Dwójkę". Tu ideałem jest, jeśli możemy czytać uwtór z podziałem na role, ale nie zawsze tak się da, bo zdażają się protesty i bunty... Dragonka więc często chcąc nie chcąc sama bawi się w lektora.
Odkryłam po jakimś czasie, że Małpki w zasadzie lubią, jak im czytam. Nie jestem ś.p. Holoubkiem, ani nawet moim ojcem [który w genialny sposób umie naśladować różne głosy], ale jako niespełniona aktorka zawsze wczuwam się w to, co czytam. To w sumie nie wymaga dużo wysiłku - zadbać, by mężczyzna "mówił" grubszym głosem, niż kobieta lub by słychać było emocje w wypowiedzi postaci czy ironię w narracji. Można też czasem dodać drobne gesty, tylko tak, by książka nie wypadła z ręki. Ostatnio po zaprezentowaniu fałszywej lamentacji Nerona nad śmiercią córeczki dostałam brawa od drugiej gimnazjalnej :) Pomyślałam sobie wówczas: "Biedne dzieci, pewnie nikt wam nie czytał na dobranoc, prawda...?"
Wczoraj, podczas nalotu na moją jaskinię Smoczycy-Seniorki narodził się pomysł akcji "Cała Polska czyta Małpkom" - a ściślej mówiąc: "Dragonella czyta Małpkom". Moja rodzicielka przekonała mnie, że można by spróbować coś takiego zorganizować w Zoo na stałe, oczywiście, jeśli tylko będą chętni... Powiedzmy pół godziny czytania im na głos książek w odcinkach. Wybór treści może być różny, oni przecież nie znają praktycznie niczego. Może być Sienkiewicz [przecież takie "Quo Vadis" czy inny "Pan Wołodyjowski" idealnie się do tego nadaje!], może być Dickens, Dumas, a sądzę, że gdybym im przyniosła "Królową Śniegu" Andersena, to też by słuchali z zainteresowaniem. Pytacie o korzyści? Poza oczywistymi, że coś wreszcie z "wielkiej literatury" poznają, to nie mniej ważne będą te - nazwijmy to - społeczne. Niech zobaczą, że można w ten sposób spędzić fajnie czas, poczytać coś, a potem o tym porozmawiać.
Co więcej - trzeba by się zorientować, czy na taką akcję nie dałoby się przypadkiem wyciągnąć jakichś funduszy unijnych. Unia finansuje różne pomysły edukacyjne, dlaczego miałaby nie dokładać się do inicjatywy niesienia kultury i uspołeczniania Małpek, czyli dzieci "zagrożonych demoralizacją"?
Przyznam, że jestem bardzo zapalona do tego pomysłu. Bardzo bym się cieszyła, gdyby to wypaliło.
Ergo - muszę z tym iść do Wiceszefowej :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz