Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 29 sierpnia 2012

Prywata Smoczo-Hipkowa

    Dzisiejszy post będzie zdecydowanie z gatunku prywatnych. I tym razem zacznę go od materiału ilustracyjnego:


 
 
    Zgadza się, Panie i Panowie, to jest właśnie to, o czym myślicie. Hipopotam oficjalnie zapytał mnie, czy zostanę jego Prywatną Dozgonną Smoczycą, a ja odpowiedziałam twierdząco. Zgoda została przypieczętowana powyższym pierścionkiem, który ma konotacje najlepsze z możliwych. Należał bowiem do przyszłej Smoczej Teściowej - został jej podarowany z okazji piątej rocznicy ślubu. A ponieważ moi Teściowie są już małżeństwem 41 lat i nic nie wskazuje, by ten fakt miał się zmienić [oczywiście poza rokrocznym powiększeniem stażu :)], to sami przyznacie, że jest to wróżba nader pomyślna.
 
    To była pierwsza z dzisiejszych pomyślnych wiadomości. A druga - Hipopotam właśnie zdał egzamin na prawo jazdy. Za pierwszym razem :) Jestem z niego dumna jak jasna cholera.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Finiszujemy

    Co tu ukrywać - to już koniec. Wakacji, oczywiście. Pod tym względem uczniowie i nauczyciele niewiele się różnią: ostatni tydzień sierpnia upływa dla nich pod znakiem szykowania się do kolejnego roku szkolnego. W moim przypadku jest to porządkowanie papierów [na które rzecz jasna nie znalazłam czasu przez całe dwa miesiące :)] oraz przeprowadzenie egzaminów poprawkowych. Mam w tym roku do przemaglowania z tego tytułu trzy małpki, a de facto dwie - bo przypominam, że jeden z delikwentów zapewne i tak się nie przygotuje, bo skorzysta z demoralizującego przepisu pozwalającego mu na promocję z jedną oceną niedostateczną. Niestety, to jego święte prawo [dziękujemy, panie Giertych...].
    Oczywiście zdam Wam pewnie relację z tych egzaminów - no, chyba że ich przebieg będzie nudny jak flaki z olejem - ale to dopiero w środę. Na razie jeszcze domykam ostatnie kursy prowadzone dla obcokrajowców. W piątek z wielkim żalem pożegnałam bohemistę Jonasa, który w piękny sposób roztrzaskał test końcowy [95,5 punktu na 100 możliwych - aż miło było sprawdzać], a potem wystawił mi w ankiecie ewaluacyjnej oceniającej kurs laurkę pełną samych ochów i achów. No cóż, mam nadzieję, że moja szefowa czyta te ankiety bardzo wnikliwie :). Zostały mi jeszcze indywidualne konwersacje z Mariną - młodziutką panią doktor psychiatrii z Białorusi, ale mieszkającą na stałe w Polsce i żoną miejscowego lekarza [też psychiatry]. Te zajęcia nie wymagają akurat ode mnie zbytniego wysiłku, bo Marina ze znajomością polskiego jest na poziomie bardzo zaawansowanym i to do tego stopnia, że namawiam ją, aby podeszła w grudniu do państwowego egzaminu certyfikacyjnego na poziomie C2 [wymaganego np. od tłumaczy przysięgłych]. Lekcje z uczniem na tak wysokim etapie językowym polegają albo na tłumaczeniu już bardziej skomplikowanych zagadnień gramatycznych [takich jak użycie imiesłowów czy całe zamieszanie związane z liczebnikami], albo na przynoszeniu tekstów popularnonaukowych, które na zajęciach się czyta i opracowuje, a potem stanowią pretekst do dyskusji. I tak dla przykładu w piątek przez 3 godziny rozmawiałyśmy o karze śmierci i aborcji, a potem o leczeniu alkoholików na Białorusi i w Polsce. Po skończonych zajęciach Marinie chyba kotłowało się lekko pod kopułą od nowego słownictwa, ale ja tam nie zmęczyłam się w ogóle :)

    I tak to moi drodzy... Pogoda się poprawiła, czyli wreszcie zrobiło się chłodniej i po powrocie do Pomarańczowej Jaskini nie jestem zmuszona do bezzwłocznego brania prysznica. Za to Jej Wysokość w odpowiedzi na nowe warunki atmosferyczne przesypia całe dnie, anektując do tych celów letni kocyk.
    Z jednej strony żałuję, że wolne mi się kończy, bo nie udało mi się zrealizować wszystkiego, co założyłam sobie na czas wakacji. Ale poza tym to chętnie wrócę do Zoo - oczywiście po przetrzymaniu września, będącego tradycyjnie najgorszym miesiącem pod względem zachowania małpiątek. Wolne spędzone w domu to tak naprawdę żaden urlop. A skoro tak, to ja już wolę iść do pracy :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Koci post

    Na weekend wywiało nas do wiejskiej posiadłości Seniorki. Co prawda nie na cały "długi weekend", jako że w piątek jeszcze ciężko pracowałam, usiłując w możliwie przystępny sposób oswoić Jonasa oraz jego nowego kolegę z grupy, Daniela, z końcówkami dopełniacza liczby pojedynczej. Nie śmiejcie się, bo jest to najwredniejszy przypadek w całej polskiej deklinacji, z którym i Polacy mają problemy, a co dopiero mówić o innastrańcach. Niestety dopełniacza używa się bardzo często, więc trzeba go wbijać do głowy obcjokrajowcom już na bardzo wczesnym etapie nauki.
    Ale o tym może innym razem. Dziś krótka relacja z sobotnio-niedzielnego wypadu na łono ogrodowej natury. O niewątpliwie pięknych "okolicznościach przyrody" napisze rzecz jasna Hipek na swoim blogu, okraszając całość stosownymi zdjęciami, zatem zainteresowanych Czytelników tamże odsyłam - zapewniam, będzie na co popatrzeć [a pierwszy wpis z tej serii jest już tutaj]. Ja skupię się na wątku, nazwijmy to, zwierzęcym. Otóż tym razem Jej Wysokość nie została zabrana w podróż i zmuszona była zostać sama w Pomarańczowej Jaskini, oddana pod opiekę sąsiadce, która zaglądała do niej i składała jej "dary przebłagalne" w postaci świeżej wody i suchej karmy :) Trzeba Wam wiedzieć, że Pumisko niestety wyjątkowo nie lubi podróży i potrafi przez bite dwie godziny [bo tyle mniej więcej trwa podróż do posiadłości Seniorki] drzeć się tak, jak by się jej działa najgorsza w świecie krzywda. Byłoby to do zaakceptowania, gdybyśmy posiadali własny środek transportu, ale póki co złotej karocy się nie dorobiliśmy i zmuszeni jesteśmy korzystać z powszechnie dostępnych dyliżansów [czytaj: busów i PKS-ów]. Przewożenie nimi wyjącego w nieboglosy kota jest - delikatnie rzecz ujmując - lekko krępujące, zwłaszcza dla Hipopotama, który po ostatnim koncercie Jej Wysokości kategorycznie stwierdził, że więcej z nią nie jedzie... Pumisko zostało więc zostawione i rzecz jasna śmiertelnie się obraziło, czemu - pomimo widocznej jednocześnie radości z faktu, że nareszcie jesteśmy - dało upust po naszym powrocie. Najpierw Jej Wysokość zemściła się na mnie, pozwalając się głaskać, przytulać i wziąć na ręce, by w najmniej spodziewanym momencie wbić mi kły w dłoń [na szczęście nie za mocno]. Na Hipku wzięła odwet w bardziej subtelny sposób - wiedząc, że za taki numer, jaki uskuteczniła na Smoku, od błotnego ssaka dostałaby piankowym kapciem :) Ale nie byłaby sobą, gdyby jednak czegoś nie wykombinowała. Poczekała, aż Hipek zaprosi ją na kolana, po czym zaczęła z pełną premedytacją ugniatać sobie siedzisko, wystawiając pazury bardziej, niż zwykle... Zresztą, zobaczcie sami :)




    Z pewnych względów jednak dobrze się stało, że Puma nie pojechała z nami. W posiadłości Seniorki bowiem na dobre zadomowiła się wspominana już wielokrotnie kocia rodzinka. Obecnie Mama Kocica przyprowadza ze sobą cztery maluchy, które co prawda są dość płochliwe i nie pozwalają jeszcze do siebie podejść [o głaskaniu nie wspomniawszy], ale myślę, że to tylko kwestia czasu, względnie ilości opróżnionych przez nie miseczek z jedzeniem. Urzędują w ogrodzie cały dzień dokarmiane przez Seniorkę, a także ucząc się pod okiem Mamy Kocicy trudnej sztuki wchodzenia na drzewa oraz polowania na żaby i myszy.
    Na zakończenie kilka zdjęć dokumentujących tę rodzinną sielankę:




środa, 15 sierpnia 2012

Stracone pokolenie

    Dziś sobie trochę ponarzekam na wątpliwą jakość polskiej edukacji. Aby jednak nie było nudno i przesadnie moralizatorsko, zrobię to za pomocą dwóch dość jaskrawych przykładów zaczerpniętych z życia.
    Najpierw jednak - jak przystało na porządnie zbudowaną wypowiedź retoryczną - krótkie naświetlenie problemu i przedstawienie smoczego stanowiska. Otóż - jak świetnie wie ta grupa Czytelników, która śledzi moje wypociny regularnie i od dłuższego czasu - jestem zdania, że jakość szkolnictwa w Polsce z roku na rok ma się coraz gorzej, co w prosty sposób przekłada się na to, że mamy już obecnie do czynienia z niedouczonym pokoleniem, które potrafi co najwyżej schematycznie rozwiązywać testy - ale nie samodzielnie myśleć. Ta grupa młodych ludzi dodatkowo po prostu nie umie się uczyć, bo ich mózgi nie są przyzwyczajone do przyswajania wiedzy, więc zapamiętanie przez nich większej partii materiału jest wyczynem ponad siły. Co więcej, wpojono im brak szacunku do wiedzy jako takiej - na zasadzie, że po co się wysilać, skoro wszystko można znaleźć w Wikipedii... W ich przekonaniu tylko frajer zadaje sobie trud pamiętania czegoś, co można łatwo sprawdzić. Problem jednak polega na tym, że aby to coś wyszukać, a potem należycie ocenić, czy znaleziona informacja nie jest bzdurą, też trzeba wiedzę z danego tematu posiadać.
    Wyraźną cezurą pokoleniową [o czym też już chyba kiedyś wspominałam], jest tu wprowadzenie reformy szkolnictwa - czyli zlikwidowanie 8-letniej podstawówki, a wprowadzenie systemu trójkowego: 3 lata nauczania początkowego [zwanego szumnie "zintegrowanym"], 3 lata podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum.Ten system objął ludzi urodzonych w 1986 roku. To pierwsze stracone pokolenie JUŻ JEST na rynku pracy i tego faktu JUŻ widać efekty. A przecież będzie jeszcze gorzej...
    W ramach potwierdzenia mojej tezy mam dla Was dwie obiecane na początku ilustracje wzięte z życia. Pierwszą zaczerpnę z książki Jerzego Stuhra "Tak sobie myślę...". Jest to jego pamiętnik z okresu walki z nowotworem [czyli bliska mi tematyka...], ale nie skupia się on w nim wyłącznie na opisie choroby, lecz również komentuje bieżące sprawy polityczne i społeczne. Książkę notabene polecam gorąco każdemu, kto nie ma skrajnie prawicowych poglądów, bo dostało się tam ostro "największej partii opozycyjnej", choć gwoli ścisłości należy podkreślić, że pan Stuhr obozu rządzącego również nie oszczędza. Pamiętnik jest przede wszystkim dobrze i inteligentnie napisany, więc czyta się go z przyjemnością - ja pochłonęłam go w jeden wieczór i poranek, a teraz przyssał się do niego Hipek.
    No ale do meritum. Pozwolę sobie zacytować mały fragment dotyczący kondycji umysłowej współczesnego młodego pokolenia. Pan Stuhr opisuje epizod z egzaminów wstępnych na PWST w Krakowie, w której był przez dłuższy czas rektorem.

JA: Co pani nam powie?
ONA: Monolog Lady Makbet.
JA: Który akt?
ONA: (cisza)
JA: Czytała pani utwór?
ONA: Ja?! Nie! (bez zawstydzenia).
JA: To gdzie pani wynalazła ten tekst?
ONA: W Internecie. Nie trza było czytać w całości. 

     I druga ilustracja, przeczytana jakiś czas temu w wywiadzie z pracownikiem Muzeum Powstania Warszawskiego. Opowiadał on o tym, jak oprowadzał klasę maturalną, przyprowadzoną przez młodziutką nauczycielkę, taką świeżo po studiach [a więc ofiarę "nowej matury"...]. Dzieciaki jak dzieciaki, słuchały chętnie, zadając mądrzejsze lub głupsze pytania - grunt, że wykazywały zainteresowanie tematem. Załamał się jednak, kiedy w pewnym momencie NAUCZYCIELKA całkiem poważnie zwróciła się do niego z takim problemem: "Powiedział pan, że w wyniku klęski powstania warszawskiego Hitler kazał zniszczyć praktycznie całą Warszawę, że te wszystkie budynki w centrum, łącznie z Zamkiem Królewskim, to rekonstrukcja. A co z Pałacem Kultury? Ocalał, czy też go trzeba było odbudować?"


    No właśnie - aby nie było zbyt moralizatorsko, powstrzymam się od dopowiedzenia, dlaczego oba te przykłady sprawiają, że szczęka opada mi do podłogi. Ale może Wy macie ochotę skomentować?

niedziela, 12 sierpnia 2012

Bohemista i Libanka

    Zgodnie z zapowiedzią post z serii: "Co tam, panie, u obcokrajowców słychać?".

    Jeśli chodzi o grupę "świeżynek", to po pierwszym tygodniu pojechała Wendy [niestety - bo to wyjątkowo miła i uśmiechnięta starsza pani]. Na jej miejscu natomiast wylądował dość osobliwy przypadek ucznia, czyli 44-letni Jonas, bohemista z Austrii, facet zakochany w kulturze słowiańskiej. Z racji wykształcenia znał rzecz jasna perfekcyjnie język czeski, do tego uczył się też rosyjskiego, a teraz przyszedł kolej na polski. W tej kwestii jako lektor miałam znacznie ułatwione zadanie, bo trudno o lepszy materiał na ucznia, niż filolog jakiegokolwiek języka. Dlaczego? Otóż człowiek z tego typu wykształceniem przyzwyczajony jest do patrzenia na język niejako "od środka", ze świadomością procesów zachodzących w obrębie wymowy, gramatyki czy słownictwa. Co więcej, filolog na bank zna podstawowe terminy gramatyczne, więc kiedy użyjesz przy nim takich magicznych słów, jak "podmiot", "deklinacja", "koniugacja" czy "zaimek", to na pewno nie spojrzy się na Ciebie, jak przysłowiowe cielątko na malowane wrota.
    Oczywiście językowcy są zwykle bardziej dociekliwymi studentami, niż przeciętni zjadacze chleba i w związku z tym nie zadowalają się prostymi odpowiedziami. Jeśli jednak nauczyciel sam zna się na tym, co wykłada, to nie powinno być problemu. Kiedy "zwykli" uczniowie pytają o przyczynę jakiejś reguły, to najbezpieczniej odpowiedzieć: "Bo tak już jest", natomiast w przypadku filologa można podać, z jakim procesem fonetycznym ma to związek. Przykład pierwszy z brzegu - odmiana przymiotnika i rzeczownika w bierniku, rodzaj męski żywotny:

Mianownik: [kto? co?]     dobry pan                               wysoki człowiek
Biernik: [kogo? co?]        dobr-ego pana                        wysok-i-ego człowieka

    Podajesz więc regułę, że końcówka przymiotnika w bierniku dla męskich żywotnych to -ego, ale jeśli temat jest zakończony na "k" albo "g", to trzeba dodać przed końcówką 'i". Zwykle to wystarcza, ale czasem student chce wiedzieć, dlaczego?
Odpowiedź dla przeciętnego ucznia: Bo tak już jest.
Odpowiedź dla filologa: To efekt czwartej palatalizacji polskiej.
    I wszystko jasne :)
    Urocze w uczeniu Jonasa było to, że wszystkie znane przez niego języki słowiańskie - a więc czeski, rosyjski i polski - kompletnie mu się mieszały. Z rosyjskiego wplatał głównie słownictwo [facet chyba nigdy nie zapamięta, że "herbata" to nie jest "czaj" :)], a z czeskiego gramatykę i składnię [odwieczny problem z czasownikiem "być" - zamiast "Ona jest głupia", to "Ona je głupia", a także używanie "a" zamiast "i" - "Proszę chleb a mleko"]. Nie mógł się też nadziwić, że u nas jest "rosyjski", a słowo "ruski" ma zabarwienie negatywne. "No jak to? Przecież w Rosji ludzie mówią o sobie "Ruski", a nie "Rosjanin!". Tego mu akurat nie mogłam wyjaśnić, bo mnie samej wydaje się to mocno nielogiczne :)

    W grupie 1C za to do Francuza i Amerykanina dołączyła Libanka Fida - zresztą bardzo piękna, młoda kobieta, więc Pierre z miejsca zaczął się do niej ślinić. Niestety dla niego bije obu panów inteligencją oraz kulturą osobistą na głowę, więc nie ma najmniejszych szans, by zwróciła na Francuza uwagę. Bardzo pilna i dociekliwa, zapisująca skrupulatnie każde nowe słowo, które pojawiło się na zajęciach. Przy okazji lekcji o sporcie natomiast wywiązała się między nami dość ciekawa rozmowa. Zapytałam słuchaczy, jakie w ich krajach są najpopularniejsze dyscypliny, na co Fida z kwaśnym uśmiechem oświadczyła... że wojna.
   - Ale jak to wojna? -zdziwiłam się.
   - Normalnie. - Fida wzruszyła ramionami - W Libanie od 30 lat jest wojna. Dla mężczyzn to najlepsza dyscyplina sportu. Innej się nie da uprawiać.
    - A dlaczego wybuchła ta wojna?
    - Nikt nie pamięta. Zawsze była wojna. Taki sposób na życie.
    - Nie umiem sobie wyobrazić, jak można żyć w kraju, w którym od 30 lat jest wojna. - stwierdziłam współczująco.
    - Przyzwyczajenie. Ja sobie nie umiem wyobrazić, jak można żyć w kraju, w którym temperatura spada poniżej zera...

    Tjaaa... Co kraj, to obyczaj, ale ja jednak zostanę przy naszych zimach ze śniegiem...

piątek, 10 sierpnia 2012

Magulcowe pyszności

    Co tu ukrywać - po tym tygodniu jestem zrąbana, jak koń po westernie. Odbębniłam dwie grupy plus dodatkowe godziny warsztatowe, więc trochę się nazbierało. Oczywiście kiedy przeliczyłam ten czas na gotówkę, to ślepia mi się zaświeciły [bo na szczęście w tej szkole językowej płacą całkiem przyzwoicie], ale też mój wkład pracy był wart tych pieniędzy. Co będzie dalej, to jeszcze nie wiadomo - w poniedziałek nowe grupy piszą testy kwalifikacyjne i wtedy się dopiero okaże, czy i ile będę miała godzin zajęć. Szczerze mówiąc to mam trochę mieszane uczucia. Jasne, że dodatkowa kasa się zawsze przyda, ale z drugiej strony to najchętniej bym sobie odpoczęła... Ano nic, pożyjemy, zobaczymy.
    Post o innastrańcach dojrzewa w moich zwojach mózgowych, ale jeszcze mu trochę brakuje. W oczekiwaniu na niego proponuję natomiast kolejną wycieczkę do Smoczej Kuchni. Dziś Dragonella poleca


   Przepis - do którego odsyła link ukryty pod nazwą ciasteczek - podpatrzyłam na blogu kulinarnym Mag, czyli mojej ulubionej recenzentki literackiej. Okazuje się bowiem, że jest to dziewczę wszechstronne, utalentowane nie tylko humanistyczno-językowo, ale i kuchennie. Zresztą, jak do tej pory jedyną wadą, jaką u niej odkryłam, jest fakt, że mieszka ona we Wrocławiu, a więc dość daleko od Smoczej Jaskini... No ale nikt nie jest doskonały, więc wspaniałomyślnie jej to wybaczam :)
    Jak słusznie zauważyła w przepisie Mag, jedynym kłopotem może być zdobycie lawendy. Pod tym względem Smok poszedł na łatwiznę, bowiem dostał ją pocztą w prezencie od wspomnianej wynalazczyni ciasteczek. Żałujcie, że nie widzieliście miny mojej i Hipka, kiedy otworzyliśmy tę pachnącą paczuszkę :) A skoro już dostaliśmy lawendę, to nie było wymówki i ciasteczka trzeba było zrobić.
    Drobna uwaga techniczna odnośnie procesu produkcyjnego - najlepiej mieć do tego pomocnika [w tej roli rzecz jasna genialnie sprawdził się Hipciozaur]. Otóż kiedy rozciapciacie masło z cukrem pudrem i macie nim ubabrane paluszki, to dobrze by było, gdyby resztę składników ktoś wam dosypywał stopniowo na stolicę czy blat, dopóki nie powstanie piękne, kruche ciasto. W przeciwnym razie ubrudzicie sobie dosłownie wszystko w zasięgu kończyn, a połowa masła ubabra opakowanie z mąką względnie paczuszkę z lawendą.
    Przysięgam na wszystko, co chcecie - ciasteczka są REWELACYJNE. Niby wyszło ich dużo, ale znikają w tempie ekspresowym [cytat z Hipka: "Smok, zabierz to ode mnie, bo pęknę..."]. Idealne do kawy albo mleka.
    A oto materiał ilustracyjny:


"Magulcowe pyszności" na chwilę przed wstawieniem do piekarnika



Mmmm... Palce lizać i obgryzać :)





sobota, 4 sierpnia 2012

Zero czyli nul

    Druga grupa, jaką mi wlepiono w ramach sierpniowego uszczęśliwiania innastrańców mową Mickiewicza, jest na poziomie 1A - czyli "świeżynki". Nic, totalne zero, osoby, które nie miały wcześniej w ogóle przyjemności wbijania sobie do głów naszych uroczych koniugacji i deklinacji.
    Uczenie kogoś od poziomu ekstremalnie podstawowego ma rzecz jasna swoje uroki. Skoro delikwent totalnie nic nie umie, to widać efekt dokładnie wszystkiego, co uda się wtłoczyć mu do głowy. Masz świadomość, że każde słowo i każda struktura gramatyczna płynąca z jego ust wykiełkowała dlatego, że została posiana przez ciebie. Poza tym lekcje często są dość wesołe, bo jak łatwo się domyślić, to właśnie "świeżynki" są autorami największej ilości zabawnych przekręceń wyrazów i pomyłek językowych. Albo słuchanie, jak biedny obcokrajowiec łamie sobie język na naszych głoskach...
    Poza tym jednak lekcje na poziomie podstawowym to najzwyczajniej w świecie ciężka harówa dla lektora, wymagająca maksymalnego skupienia i drobiazgowego zaplanowania zajęć. Nauczyciel musi uważać na każde jedno słowo, które pada na lekcji - mając świadomość, że dla innastrańca dokładnie wszystko jest NOWE. Nie dość, że trzeba mówić powoli i wyraźnie [a propos, w tym fachu posiadanie przez lektora wady wymowy, chociażby niewielkiej, zasadniczo przekreśla możliwość wykonywania zawodu - i całkiem słusznie], to jeszcze świadomie używać słów z zakresu bardzo podstawowego i jednocześnie takich, których odmiana jest typowa, schematyczna i prosta do wytłumaczenia. W przeciwnym razie cudzoziemiec wyjdzie z lekcji z przekonaniem, że "polska język - trudna język", że za cholerę nie da się tego wszystkiego opanować, że to tylko strata czasu i już lepszym pomysłem jest zapisanie się na kurs chińskiego.
    Problem z polskim polega na tym, że niestety niewiele można w nim powiedzieć bez opanowania już na wstępie całej masy końcówek i regułek. Praktycznie nie da się sklecić nawet prostego zdania bez odmiany rzeczownika z przymiotnikiem oraz czasownika. Przypominam natomiast, że jeśli chodzi o rzeczownik, to mamy siedem przypadków w dwóch liczbach, a przy tym niektóre przypadki mogą mieć różne końcówki [w zależności np. od tego, jaki dany rzeczownik ma rodzaj lub czy żyje, czy jest przedmiotem]. Co do czasownika - to dwie liczby, trzy rodzaje, trzy osoby, do tego tryby, strony, aspekt dokonany i niedokonany... Polak tym wszystkim żongluje instynktownie [choć nie zawsze poprawnie - patrz moje małpki :)], a innastraniec nie ma innego wyjścia, jak tylko znaleźć sposób, by ten gąszcz jakoś uporządkować w pamięci. Zadaniem lektora jest w taki sposób i w takiej kolejności serwować mu gramatykę, by uczeń nie oszalał :)

    Grupa składa się z Julii, 31-letniej Niemki, oraz Wendy, emerytki z Anglii. Żadna z nich nie ma polskich korzeni, nie pytajcie mnie jednak o ich motywację do nauki. Sama jestem tego ciekawa, ale nie mam zamiaru ich o to pytać - po prostu umieją zdecydowanie za mało, by móc mi to wyjaśnić. Na szczęście obie są dokładnie na tym samym poziomie, czyli zupełnie początkującym. Muszą być bardzo krótko w Polsce, bo z tego co widzę nie zdążyły się jeszcze nawet osłuchać z językiem - nie znają prawie żadnych słów poza tymi, które są wprowadzane na zajęciach. Do tego kiepsko radzą sobie z kwestiami fonetycznymi. Problemem jest oczywiście wymowa - kiedy na ostatnich zajęciach wprowadzałam liczebniki główne od 20 do 100, to widziałam autentyczną żądzę mordu w oczach Wendy, powtarzającej karnie za mną "trzydzieści cztery, czterdzieści trzy, sześćdziesiąt sześć, osiemdziesiąt dziewięć...". Nie jest to tylko i wyłącznie sprawa niewyrobionego języka, ale też i tego, że ludzkie ucho często po prostu nie słyszy dźwięków, do których nie przyzwyczaiło się w dzieciństwie [no chyba, że mamy do czynienia ze słuchem absolutnym]. Przykład konkretny - Julia uparcie powtarza "rodzaj mięski" zamiast "rodzaj męski". Zwracałam jej początkowo uwagę za każdym razem, kiedy się pomyliła i kazałam powtarzać po mnie poprawną formę. Biedaczka powtarzała bez sprzeciwu, ale dokładnie tak samo, czyli uparcie "mięski", "mięski" i "mięski" i była coraz bardziej zdziwiona, czego ta uparta Polka od niej chce. A Dragonkę olśniło wreszcie, że Julia po prostu NIE SŁYSZY różnicy. Co zresztą potwierdziło się później, na kolejnych zajęciach - wprowadziłam Biernik liczby pojedynczej, a tam wiadomo - "Widzę (kogo? co?) ładną książkę". Dla rzeczownika końcówka "-ę", a dla przymiotnika "-ą". Wypadałoby tak to wymówić, aby było wiadomo o co chodzi - a tymczasem znów okazało się, że dla naszej Niemki "ą" i "ę" to jeden i ten sam dźwięk. No cóż, Julia dopiero zaczyna naukę polskiego, jest więc spora szansa, że kiedy już osłucha się z językiem, to sama zauważy różnicę. Póki co mówi jak jej wyjdzie, a bezustanne poprawianie naprawdę nie ma sensu, bo jak ma skorygować coś, co dla niej nie istnieje?

    Ciekawych zdarzeń z uczenia "świeżynek" będzie pewnie jeszcze pod dostatkiem. Obiecuję oczywiście, że się nimi podzielę. A teraz idę do kuchni odgrzać obiad, bo mi Hipek piszczy z głodu :)

środa, 1 sierpnia 2012

Bardzo straszna grupa

    Prawdziwego urlopu w sumie miałam tydzień. Dlaczego? Ano w poniedziałek szefowa ze szkoły językowej zadzwoniła z pytaniem, czy już wróciłam do miasta i czy wezmę kilka grup na sierpień.
    Wezmę, wezmę, jasne, że wezmę... Złotówki nie rosną na drzewach :) Tak oto jak na razie uczę dwie grupy, ale zdaje mi się, że to dopiero początek. Lato w pełni, w sekretariacie co rusz można się natknąć na świeżych innastrańców, a tu połowa lektorów na urlopach. Póki co mam do połowy sierpnia codziennie po 4-5 lekcji.

    W tym poście przedstawię Wam pierwszą grupę.  Są na poziomie 1C- co oznacza, że zrobili już mniej więcej połowę pierwszego podręcznika. Coś już umieją, ale do samodzielności językowej im jeszcze daleko. Grupa składa się z dwóch młodych studentów - Mike'a z Pittsburgha i Pierre'a z jakiejś miejscowości niedaleko Paryża, której nazwy za cholerę nie potrafię wymówić. Ten pierwszy jest zdaje się na wymianie studenckiej, drugi to Polak z pochodzenia [ma bardzo swojsko brzmiące nazwisko], co jednak nie przekłada się nijak na jego znajomość naszej mowy. Łatwość w ich uczeniu będzie polegała na tym,  że poziom 1C prowadziłam już rok temu, a więc nie muszę robić nowych lekcji, tylko odgrzebać sobie materiały.
    Z tymi studentami wiąże się jedna dygresja. Otóż kiedy przyszłam we wtorek rano do pokoju lektorów, jedna z nauczycielek - która miała z panami "przyjemność" wcześniej - wyraziła szczere wyrazy współczucia na wiadomość, że to ja teraz będę ich uczyła. Określiła lekcje z nimi krótko: MASAKRA. Na moje pytanie, na czym konkretnie owa masakra polegała, scharakteryzowała ich mniej więcej tak:
   - Pierre: typowy francuski bubek, czyli zadufany w sobie, neurotyczny, niezrównoważony emocjonalnie. Nie umie przyjmować porażek, złości się więc ilekroć mu coś nie pójdzie lub czegoś nie zrozumie, a przy tym nie pozwala sobie spokojnie wytłumaczyć. W dodatku ma na coś alergię, więc bez przerwy pociąga nosem, wychodzi w trakcie zajęć, trzaska drzwiami, a po przerwach się spóźnia. No cham do kwadratu.
   - Mike: w pokoju lektorów podobno nazywany "Muł" z racji swojego "przymulenia". Owszem, miły i kulturalny, ale mocno "niekumaty", temperamentem przypominający leniwca. Niestety do tego całkiem niewyuczalny, zadający po kilka razy te same pytania.
    Po takim wstępie trudno się chyba dziwić, że weszłam do klasy "z pewną taką nieśmiałością". Co się natomiast okazało? Zgodzę się, Amerykanin może do najlotniejszych nie należy, ale to wszystko kwestia skali porównawczej. Uwierzcie, jeśli to ma być "muł", to w takim razie jak określić połowę moich małpek? Po prostu - trzeba mówić do niego spokojnie, powoli, wyraźnie. Poprawiać, kiedy robi błędy, ale robić to tonem lekkim, żartobliwym, tak, jakby to były same drobiazgi - po to, by chłopak się nie zniechęcił i nie zdołował. A poza tym to zero problemów. Rzeczywiście jest miły, czasem nawet dowcipny, grzecznie robi zadania, nie marudzi, a jeśli czegoś nie rozumie, to pyta. A że pyta po kilka razy? Proszę bardzo, jego prawo, a ja jestem od tego, by wyjaśniać.

    Co do Pierre'a, to z jednym się zgodzę - temperament ma stereotypowo francuski. Kiedy patrzę na niego, mam wrażenie, jak bym oglądała film z Louisem de Funesem [kojarzycie pewnie Żandarma...?]. Dokładnie ta sama mimika, gestykulacja, akcent i modulacja głosu. Rozumiem, że to może razić, ale mnie jakoś akurat nie przeszkadza. Po prostu "ten typ tak ma" - trochę to zabawne z boku, ale przecież nie robi mi tym krzywdy :) Owszem, siąka nosem, ale po 10 minutach przestałam na to zwracać uwagę. Nie wiem też, może to kwestia wieku - ja jestem młodą kobietą, a poprzednia lektorka to pani w okolicach menopauzy - ale naprawdę nie zauważyłam, żeby był niewychowany czy wręcz chamski. Niepowodzenia znosił w miarę normalnie - tzn. owszem, uruchamiała mu się "francuska maniera" w głosie czy gestach, ale nie było to skierowane do mnie, tylko ot tak, w powietrze.
    Generalnie fajna lekcja, choć oczywiście zobaczymy, co będzie dalej. Na zakończenie w ramach ilustracji mam dla Was anegdotkę z zajęć. Lekcja była o kierunkach, stronach świata, wskazywaniu drogi, a przy okazji wprowadziłam trochę słów związanych z budynkami i zabytkami. Panowie dostali polecenie opowiedzenia o miejscowości, z której pochodzą - gdzie ona jest, co tam można robić, co zwiedzać. No i Mike opowiada o tym nieszczęsnym  Pittsburghu, ale coś mu marnie idzie. Zaczęłam mu więc pomagać dodatkowymi pytaniami: czy są tam jakieś stare budynki? Może pałac, może kościół? Mike tylko kręci głową - nie i nie. Zapytałam więc, czy Pittsburgh to nowe miasto. Chłopaka trochę olśniło i zdołał wytłumaczyć, że miasto jest stare [jak na warunki amerykańskie, he he he...] i zabytki kiedyś były, ale już ich nie ma.
    - Co się stało? - dopytuję. - Pożar? Powódź?
    - Nie. - uśmiechnął się Mike. - Brytyjczycy...