Dziś sobie trochę ponarzekam na wątpliwą jakość polskiej edukacji. Aby jednak nie było nudno i przesadnie moralizatorsko, zrobię to za pomocą dwóch dość jaskrawych przykładów zaczerpniętych z życia.
Najpierw jednak - jak przystało na porządnie zbudowaną wypowiedź retoryczną - krótkie naświetlenie problemu i przedstawienie smoczego stanowiska. Otóż - jak świetnie wie ta grupa Czytelników, która śledzi moje wypociny regularnie i od dłuższego czasu - jestem zdania, że jakość szkolnictwa w Polsce z roku na rok ma się coraz gorzej, co w prosty sposób przekłada się na to, że mamy już obecnie do czynienia z niedouczonym pokoleniem, które potrafi co najwyżej schematycznie rozwiązywać testy - ale nie samodzielnie myśleć. Ta grupa młodych ludzi dodatkowo po prostu nie umie się uczyć, bo ich mózgi nie są przyzwyczajone do przyswajania wiedzy, więc zapamiętanie przez nich większej partii materiału jest wyczynem ponad siły. Co więcej, wpojono im brak szacunku do wiedzy jako takiej - na zasadzie, że po co się wysilać, skoro wszystko można znaleźć w Wikipedii... W ich przekonaniu tylko frajer zadaje sobie trud pamiętania czegoś, co można łatwo sprawdzić. Problem jednak polega na tym, że aby to coś wyszukać, a potem należycie ocenić, czy znaleziona informacja nie jest bzdurą, też trzeba wiedzę z danego tematu posiadać.
Wyraźną cezurą pokoleniową [o czym też już chyba kiedyś wspominałam], jest tu wprowadzenie reformy szkolnictwa - czyli zlikwidowanie 8-letniej podstawówki, a wprowadzenie systemu trójkowego: 3 lata nauczania początkowego [zwanego szumnie "zintegrowanym"], 3 lata podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum.Ten system objął ludzi urodzonych w 1986 roku. To pierwsze stracone pokolenie JUŻ JEST na rynku pracy i tego faktu JUŻ widać efekty. A przecież będzie jeszcze gorzej...
W ramach potwierdzenia mojej tezy mam dla Was dwie obiecane na początku ilustracje wzięte z życia. Pierwszą zaczerpnę z książki Jerzego Stuhra "Tak sobie myślę...". Jest to jego pamiętnik z okresu walki z nowotworem [czyli bliska mi tematyka...], ale nie skupia się on w nim wyłącznie na opisie choroby, lecz również komentuje bieżące sprawy polityczne i społeczne. Książkę notabene polecam gorąco każdemu, kto nie ma skrajnie prawicowych poglądów, bo dostało się tam ostro "największej partii opozycyjnej", choć gwoli ścisłości należy podkreślić, że pan Stuhr obozu rządzącego również nie oszczędza. Pamiętnik jest przede wszystkim dobrze i inteligentnie napisany, więc czyta się go z przyjemnością - ja pochłonęłam go w jeden wieczór i poranek, a teraz przyssał się do niego Hipek.
No ale do meritum. Pozwolę sobie zacytować mały fragment dotyczący kondycji umysłowej współczesnego młodego pokolenia. Pan Stuhr opisuje epizod z egzaminów wstępnych na PWST w Krakowie, w której był przez dłuższy czas rektorem.
JA: Co pani nam powie?
ONA: Monolog Lady Makbet.
JA: Który akt?
ONA: (cisza)
JA: Czytała pani utwór?
ONA: Ja?! Nie! (bez zawstydzenia).
JA: To gdzie pani wynalazła ten tekst?
ONA: W Internecie. Nie trza było czytać w całości.
I druga ilustracja, przeczytana jakiś czas temu w wywiadzie z pracownikiem Muzeum Powstania Warszawskiego. Opowiadał on o tym, jak oprowadzał klasę maturalną, przyprowadzoną przez młodziutką nauczycielkę, taką świeżo po studiach [a więc ofiarę "nowej matury"...]. Dzieciaki jak dzieciaki, słuchały chętnie, zadając mądrzejsze lub głupsze pytania - grunt, że wykazywały zainteresowanie tematem. Załamał się jednak, kiedy w pewnym momencie NAUCZYCIELKA całkiem poważnie zwróciła się do niego z takim problemem: "Powiedział pan, że w wyniku klęski powstania warszawskiego Hitler kazał zniszczyć praktycznie całą Warszawę, że te wszystkie budynki w centrum, łącznie z Zamkiem Królewskim, to rekonstrukcja. A co z Pałacem Kultury? Ocalał, czy też go trzeba było odbudować?"
No właśnie - aby nie było zbyt moralizatorsko, powstrzymam się od dopowiedzenia, dlaczego oba te przykłady sprawiają, że szczęka opada mi do podłogi. Ale może Wy macie ochotę skomentować?
Zdawało mi się, że jesteś zdania, że wiele się zmieniło na plus w polskim systemie edukacji :P
OdpowiedzUsuńMaria
Masz rację - zdawało Ci się. Albo źle zrozumiałaś moje słowa.
UsuńZ ciekawości - z którego postu wywnioskowałaś, że oceniam polski system edukacji pozytywnie? Bo naprawdę nie przypominam sobie, bym coś takiego pisała.
Na blogu Marty w wątku o pani Teresie z Dubaju :) ...że teraz system jest bardziej nastawiony na umiejętności praktyczne i przekazywanie wiedzy "bardziej z życia" - jak dla mnie to jest pozytywne, że dzieci uczy sie teraz myślenia a nie tylko, jak za moich czasów, że dzieci miały być chodzącymi encyklopediami.
UsuńMaria
Tu zgoda - teraz uczy się więcej praktyki i wiedza jest "bardziej z życia", tak napisałam. Ale NIE NAPISAŁAM, że uważam obecny system edukacji w ogóle za lepszy, niż kiedyś.
UsuńPoprawiono jeden szczegół - tzn. wdrożono naukę praktyki. Ale w zamian niestety pogorszono resztę. Klasyczny przypadek wylania dziecka z kąpielą.
Nie widzę nic złego w byciu chodzącą encyklopedią - ba, żałuję, że jestem nią w za małym stopniu. Nie miałabym nic przeciwko, by jeszcze więcej ode mnie wymagano. "Pamięciówka" ma bardzo dużo zalet, a podstawową jest gimnastykowanie umysłu. Tyle, że do tego powinno się dołożyć wiedzę praktyczną.
Czyli OBA systemy edukacji mają wady - z tym, że moim zdaniem mimo wszystko stary robił mniej szkody, bo przynajmniej nie wypuszczał półanalfabetów.
Pozdrawiam :)
Pamiętam jak moja była wychowawczyni krótko po wprowadzeniu reformy zauważyła taką tendencję, że ci młodzi ludzie idąc do 1 klasy liceum są o wiele bardziej "otwarci", w niczym nie przypominaja tych szarych myszek siedzących grzecznie w ławkach jak za moich czasów ;) I od tego czasu zastanawiam się czy to reforma spowodowała że młodzi ludzie mają teraz wiekszą siłę przebicia czy to kwestia tego że do liceum szli po reformie o rok starsi ludzie... Zmiany na pewno nastąpiły, ale to pewnie nie tyle zaleta reformy co w ogóle czasów w jakich żyjemy - większy dostęp do "złych" rzeczy, ale też większe możliwości.
UsuńZ tymi chodzącymi encyklopediami to mi żal ludzi bardzo zdolnych, bo oni zwykle nie umieli tego wykorzystać :( I o to mam żal do systemu szkolnego, że problemem są dzieci wyróżniające się negatywnie, ale i pozytywnie. Szkoły nie radziły sobie ze zdolnymi uczniami i później z nich robili się outsiderzy, chociaż mieli predyspozycje żeby robić wielką karierę... Mam nadzieję że teraz to się zmieni. Podoba mi się system singapurski - tam dzieli sie klasy pod kątem predyspozycji, w Polsce jest to nie do pomyślenia i w kazdej klasie ma sie ten sam materiał do zrealizowania i słabsi uczniowie nie nadążają, a zdolniejsi się nudzą, w Singapurze wszystko jest bardziej dopasowane indywidualnie i w razie jednostkowych problemów już od najmłodszych lat indywidualnie się takiemu dziecku pomaga.
Maria
To myślę jednak kwestia czasów, choć akurat ja nie jestem aż taką entuzjastką tej otwartości. Kiedy obserwuję "młode pokolenie" - a w końcu sama nie jestem jeszcze stara - to donoszę wrażenie, że ta "otwartość" zbyt często przejawia się jako zwykłe, pospolite chamstwo, brak hamulców i przekonanie, że wszystko mi wolno do czasu, aż nie trafię na silniejszego, który mi da po głowie.
UsuńProblem ze zdolnymi dziećmi jest taki, że ich przyspieszony rozwój intelektualny nie nadąża za rozwojem emocjonalnym. Niestety, coś za coś. Co z tego, że mamy geniusza, który jest neurotykiem, jednostką aspołeczną, nie potrafiącą "sprzedać" światu swoich niezwykłych możliwości? Bardzo często właśnie sukces odnoszą ludzie wcale nie ci najzdolniejsi - tylko ci, którzy byli troszkę słabsi, ale za to mieli lepiej poukładane w głowach w sensie psychicznym. Dziecko wybitnie zdolne wymaga indywidualnego pokierowania już od najmłodszych lat, a więc tak mądrych rodziców, jak i nauczycieli. W praktyce jest to oczywiście bardzo trudne i na to żadna reforma nic nie poradzi.
Muszę dodać swoje 5 groszy. Może pośrednio związane z tematem, ale... zawsze mi się ciśnie na język, kiedy słyszę o POZIOMIE edukacji. I przepraszam z góry za takie... blablanie, ale mam wrażenie, że z Panią to tak o wszystkim [może nie dosłownie, ale!] można porozmawiać swobodnie :)
OdpowiedzUsuńLudzie idą teraz na łatwiznę, szczególnie ci, którzy urodzili się właśnie po tym 1986 roku, a już po 2000, to łohoho! Zauważyła Pani, że jeśli coś jest łatwe i 'do wzięcia' ludzie na 100% z tego korzystają? A kiedy trzeba się nieco wysilić lub zapracować, odrzucają, [choć podkreślam, że nie wszyscy] bo 'za trudno', albo 'nie chce mi się, nie będę się wysilał/a, bo po co?'. Znam kilka takich osób, które swoim podejściem mnie załamały, mogli mieć życie na wyciągnięcie ręki, że tak powiem, ale zrezygnowali... Jak tak można? Bo ja tego nie zrozumiem. Wszystko teraz idzie w kierunku automatyki. Miałam okazję rozmawiać z Panią, która wróciła z Chin i pierwsze co stwierdziła "w szkole w Chinach byś sobie nie poradziła, tam jest tak wysoki poziom... wszystko przez komputery", no cóż, moja pierwsza myśl? Pani wybaczy, ale ja nie potrafiłabym żyć w takim kraju. Patrząc na dzisiejszy świat mam wrażenie, że kiedyś urodziłam się gdzieś w dżungli :) Choć nie zaprzeczam - chciałabym posiadać wiedzę, dużo wiedzy, chciałabym się uczyć nie tylko teoretycznie, ale także praktycznie. Niektórzy nauczyciele wiedzą jak podchodzić i jak uczyć i zmuszać do myślenia ucznia. A inni... hm. I to Ci 'młodsi' idą na łatwiznę. "Będziecie umieli, to dobrze, nie, to nie." uch... Praca, praca i jeszcze raz praca. I swoja motywacja. I z drugiej strony - ile ludzi zza granicy do nas przyjeżdża na studia, bo poziom jest wysoki? Chyba o tym wspominałam pod którymś postem. No cóż, kończąc, miejmy nadzieję, że ludzie będą wiedzieli co robić i jak nie zaprzepaścić wiedzę. W końcu ludzki potencjał jest naprawdę wielki. Tylko trzeba z niego skorzystać. W dobrą stronę.
Uf :)
Paula
Ciekawe jest to, co piszesz o tym "pójściu na łatwiznę". Ja mam dokładnie odwrotne spostrzeżenia - tzn. takie, że ludzie właśnie nie cenią tego, co dostali zbyt łatwo. Jeśli ze zdobyciem czegoś [w tym wiedzy!] musieli się namęczyć, to potem to szanują - a z kolei jeśli coś jest za darmo, to w ich poczuciu jest to bezwartościowe.
UsuńZastanawiam się, skąd nam się tak różne obserwacje wzięły. Może to już jest kwestia tej różnicy pokolenia, różnicy w kształceniu?
Ludzie zza granicy przyjeżdżają do nas na studia - bo W PORÓWNANIU do poziomu ich edukacji dalej u nas jest lepiej. Mówię rzecz jasna o kształceniu państwowym, a nie prywatnym, bo to inna bajka. Ale Polska szybciutko dogania zachód. Jeszcze maksymalnie 10 lat i u nas też państwowe szkoły będą na tak żenująco niskim poziomie, jak na zachodzie Europy czy w Stanach.
Praca i własna motywacja - strzał w dziesiątkę i jedyny ratunek, by nie zostać wtórnym analfabetą.
A to zależy od osoby, bo najpierw TRZEBA się napracować. A dajmy na to, że taki człowiek w ogóle nie bierze pod uwagę faktu, że mógłby coś zrobić ze sobą. Nie nauczył się pracy i satysfakcji z niej. Dla niego, to co dostaje, to jest dobre, coś na zasadzie... Biorę wszystko co dostanę. A może czasem powinien spojrzeć na to co dostaje, odrzucić i zastąpić osobistym wysiłkiem, żeby potem docenić bardziej to, niż to co miał dostać. Ale masło maślane... Jedni są wymagający, zarówno od świata jak i od siebie, a inni aby mieć z górki, ale tak szczerze, czy nie będzie potem tego człowiek żałować? Czy nie spojrzy wstecz i nie powie: "A mogłem zrobić więcej."?
UsuńCo do obserwacji... Być może. Ewentualnie własnych spostrzeżeń?
A i tak sądze, że jesteśmy "sto lat za murzynami" w niektórych "kategoriach" jeśli chodzi o Polskę. I mam pytanie... Czy nie ma Pani czasem wrażenia, że świat upada? Bo żyć swoim życiem można, ale jednak mimo wszystko jesteśmy też zależni od reszty, no chyba, że zaprzyjaźnimy się z plemionami mieszkającymi głeboko w naturze :)
Ratunek. Nadzieja.
Paula
W kwestii Polski i bycia "100 lat za Murzynami", to pewnie zależy od tego, co i do kogo porównamy. Są kraje, w których żyje się lepiej niż u nas - a są takie, w których ludzie maja dużo gorzej. Brzmi banalnie, ale taki jest świat :)
UsuńCo do upadku świata - myślę, że ludzkość zmaga się obecnie z pewnego rodzaju kryzysem wartości [że tak to nazwę ogólnie], bo zasady, którymi się kierowaliśmy, przestały przystawać do warunków, w których żyjemy. Za szybko i zbyt intensywnie dokonuje się postęp cywilizacyjny, ludzie nie są w stanie sami nadążyć za tym, co wyprawiają. Ale nie patrzyłabym aż tak pesymistycznie, nie sądzę, by można było jednoznacznie mówić o upadku. Historia lubi zataczać koła, a na przestrzeni wieków były już takie momenty, kiedy wydawało się, że to już koniec - świat upada, staczamy się i do widzenia. Tymczasem jakoś to idzie... Jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Człowiek mimo wszystko do wszystkiego potrafi się przystosować.
Ja od razu wiedzialam, ze ten system z gimnazjami to pomysl iscie kretynski. Na przykladzie historii - juz w starym systemie, przy czterech latach nauki przedmiotu w liceum, ciezko bylo przerobic jako tako calosc informacji. Teraz cala historia w szkole wyglada jak ser szwajcarski, a przez to jest latwiej o manipulacje i propagandowe wykorzystanie niektorych wydarzen.
OdpowiedzUsuńWikipedie lubie i czesto korzystam - ale faktycznie niektorzy traktuja ja jak jedyna prawde objawiona, co jest juz lekka przesada, zapominajac, ze czesc artykulow zostala napisana przez ludzi bez odpowiedniego przygotowania merytorycznego.
Sama korzystam z Wikipedii, ale właśnie jako element pomocniczy, z całą świadomością faktu, że hasła mogą pisać amatorzy. Zawsze też powtarzam moim uczniom jedno - wolno używać Wikipedii pod warunkiem, że macie ogólne pojęcie o dziedzinie, którą sprawdzacie. Dla przykładu - mogę sprawdzić coś, co dotyczy literatury, bo jeśli trafię na bzdurę, to będę w stanie ją wychwycić. Ale nie zaryzykowałabym sprawdzenia czegoś z fizyki, bo nie mam o niej pojęcia - więc autor wadliwego hasła mógłby mi wcisnąć każdą ciemnotę.
UsuńPrzykład z Wikipedią nie jest zbyt trafny. Po pierwsze hasła są weryfikowane. Po drugie solidnie napisane hasła mają odnośniki do źródeł. Po trzecie zwykle w wersji angielskiej jest więcej informacji - nawet mając podstawową znajomość ang można zweryfikować jakość. Prawdopodobieństwo bycia wprowadzonym w błąd przez wikipedię jest małe. Jeśli zachowa się rewolucyjną czujność to bardzo małe :P
UsuńNie siedzę w temacie nauczania podst/gim/LO natomiast mógłbym sporo ponarzekać na temat nauczania na studiach. Ocenianie "pokolenia" jest ryzykowne, trzeba mieć dużo danych. Ja tyle nie mam, ale wierzę Ci na słowo. I nawet mnie to cieszy - będę miał w przyszłości większe szanse na rynku pracy :)
Pozdrawiam, Alpha Centauri
W kwestii Wikipedii pozostanę przy swoim stanowisku - natknęłam się już kilka razy na błędne informacje w hasłach, choć nie mogę Ci w tym momencie podać konkretów, bo nie prowadzę rejestru. Były to właśnie wadliwe hasła z dziedziny literatury, więc przynajmniej byłam w stanie się zorientować, że "coś nie halo". Ale gdyby to była np. ta nieszczęsna fizyka, to łyknęłabym każdą bzdurę. Od tego czasu mam bardzo ograniczone zaufanie do haseł na Wikipedii.
UsuńIiiii tam...
OdpowiedzUsuńPoczytaj sobie to, co ja jakiś czas temu skrobnęłam:
http://hobbyata.blogspot.com/2009/04/bibliotekarza-zycie-nudne.html
Z życia wzięte!