Znacie "łańcuszki blogowe"? Dla niezorientowanych: są to zabawy polegające na odpowiadaniu na szereg pytań na łamach swojego bloga. Pytania ogniskują wokół jakiegoś przewodniego tematu, a żeby zabawa nie miała końca, to - jak bywa w przypadku łańcuszków - typuje się jednocześnie wśród swoich znajomych blogerów inne ofiary, które mają na swoich własnych witrynach zrobić dokładnie to samo.
Otóż, Panie i Panowie, niniejszym zostałam ustrzelona przez moją ulubioną literacką blogerkę, czyli Mag, do wzięcia udziału w zabawie, której motywem przewodnim są książki. Jest to tematyka jak najbardziej odpowiadająca profilowi mojej witryny, więc chętnie poddam się łańcuszkowemu terrorowi i odpowiem na wskazane pytania. A żeby nie było na mnie, że przerywam krąg, niniejszym wyznaczam kolejnych "skazańców" [mam nadzieję, że się nie obrażą]:
Hipopotam (Makro Hipopotama)
Synafia (Palpitacje mózgu, czyli wdycham pranę)
Ken. G. (Rozmaitości, które cieszą oko)
Almare (Blog Almare)
Oszczędzam Królową Matkę, choć mam wielką ochotę wciągnąć ją na listę, ale jestem świadoma tego, że brała ostatnio udział w kilku łańcuszkach blogowych pod rząd...
A teraz przechodzimy do pytań:
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Wieczorem, po prysznicu, wyłożona w łóżeczku. Nic mnie nie goni, wszystko mam już zrobione i przygotowane, mogę więc spokojnie oddać się lekturze.
2. Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Nie ma jednego, określonego rodzaju. To zależy od wielu czynników: od nastroju, od dnia, który właśnie minął, od etapu życiowego, na którym jestem, albo po prostu od tego, co akurat wartościowego mam pod ręką do czytania.
3.Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś?
Magdalena Samozwaniec, "Tylko dla dziewcząt". Prezent na Dzień Kobiet :)
4. Co czytałaś ostatnio?
Nie powalę Was na kolana - "Kamienie na szaniec" [jak się jest nauczycielem, to trzeba od czasu do czasu odkurzyć warsztat lekturowy].
5. Co czytasz obecnie?
No tę Samozwaniec... Wstyd może i hańba, ale w roku szkolnym czytam skandalicznie mało. Nadrobię w wakacje.
6. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Zakładki, zakładki i jeszcze raz zakładki! W życiu nie zagięłam rogu w książce celowo. Apagae satanas!
7. E-book czy audiobook?
Audiobook i to w ilościach hurtowych. Mam daleko do pracy i podróż komunikacją miejską zajmuje mi ponad 2 godziny dziennie, szkoda więc rzecz jasna czasu na bezproduktywne wpatrywanie się w okno. Niestety tak się składa, że Dragonka od lat najmłodszych cierpi na chorobę lokomocyjną [która wcale jej nie przeszła w okresie dojrzewania, jak zawsze ją pocieszano...], więc próby śledzenia liter podczas jazdy niezawodnie skończyłyby się ozdobnym haftowaniem krzyżykami. Audiobooki są tu dla mnie wybawieniem.
A e-booki? Odpadają. Nie lubię czytania dłuższych tekstów na ekranie. Oczy bolą.
8. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Astrid Lindgren, "Fizia Pończoszanka" oraz Rene Goscinny "Mikołajek".
9. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Osz kurna, trudne pytanie tak bez przygotowania... Pierwsza postać, która przyszła mi do głowy, to Valancy Stirling, bohaterka "Błękitnego zamku" Lucy Mound Montgomery. 29-letnia stara panna [według ówczesnej obyczajowości], stłamszona przez matkę, która w dniu swoich urodzin dowiaduje się, że ma ciężką wadę serca i został jej najwyżej rok życia. Co więc robi? Totalne rozpirdziu...
Hmm... Czemu tych pytań jest 9, a nie 10? Tak do równego rachunku...?
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
niedziela, 29 kwietnia 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
Po wywiadówce
W piątek miałam zebranie z rodzicami - wszak to już połowa drugiego semestru i wypadałoby poinformować, jak się sprawy mają. Jeśli któreś Muppeciątko nałapało jedynek od góry do dołu, to istnieje jeszcze szansa, by się z tego wykaraskało, jeśli w tym momencie weźmie się ostro do roboty. Warto też uświadomić rodziców o przypadkach notorycznych wagarów, żeby pociecha nie wylądowała z serią enkaeli, bo wtedy to już naprawdę pozamiatane.
O zebraniach pisałam już kilka razy i schemat tejże imprezy rzecz jasna się nie zmienił. Najpierw na kilka dni przed obdzwaniam wszystkie domy z przypomnieniem daty i godziny spotkania [choć oczywiście wszyscy dostali szczegółowy harmonogram roku szkolnego we wrześniu...]. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że fakt dodzwonienia się do rodziców - a nie zawsze się to udaje, bo często telefony milczą jak zaklęte - jest jednoznaczny z ich pojawieniem się na zebraniu. Przychodzą najczęściej ci, z którymi tak czy siak mam stały kontakt, a reszta ma w głębokim poważaniu. Tym niemniej powiadamiam dla własnego bezpieczeństwa w razie upierdliwości kuratorium i sakramentalnego pytania w stylu: "A co wychowawca zrobił, by przeciwdziałać wagarom i/lub jedynkom ucznia?".
Muppeciarnia liczy 16 sztuk, a na zebraniu pojawiły się cztery mamusie. Czy to dużo, czy mało? No cóż, dobrze, że w ogóle ktokolwiek się pokazał - przy czym dwójka rodziców zapowiedziała mi się w późniejszym terminie [zobaczymy, czy dotrzymają słowa]. Chciałabym zrelacjonować rozmowy z dwiema z nich - matką Alberta, czyli Alkonka, oraz matką Joasi Fanki Metalu, bo wreszcie raczyła się do mnie pofatygować.
Problem z rodzicielką Alberta polega na tym, że nie mogę jej rozgryźć - czy ona jest aż tak niedojrzała i infantylna, czy jest to efekt jakiejś choroby albo lekkiego upośledzenia umysłowego. Rozmawiając z nią mam wrażenie, że nie mówię do czterdziestokilkuletniej kobiety z dwójką dzieci, tylko do najwyżej 10-latki, bo taki ma ona mniej więcej poziom reakcji oraz kojarzenia faktów. Bez przerwy chichocze, tłumaczy nieobecności syna tak naiwnie, że aż ręce opadają, a przy tym NAPRAWDĘ nie rozumie, co się do niej mówi i po kilka razy każe sobie tłumaczyć te same rzeczy. Dla zilustrowania problemu zacytuję Wam fragment rozmowy telefonicznej z nią, podczas której właśnie zawiadamiałam o zebraniu:
Mama Alberta: To jak już pani dzwoni, to chcę usprawiedliwić jego nieobecności.
Ja: Proponuję, byśmy porozmawiały o tym w piątek na zebraniu, bo syn nie pojawił się w szkole od ferii.
Mama Alberta: No wiem, bo Albercik wyjechał teraz do sanatorium. Nie mówił nic pani o tym?
Ja (bardzo spokojnie i powoli): Proszę pani, skoro go nie ma w szkole, to jak mógł cokolwiek mi powiedzieć?
Mama Alberta (chichot): A no tak, faktycznie, prawda. No to jest w sanatorium.
Sprawy mają się tak, że najwyraźniej mama Alberta chce uskutecznić drugi raz ten sam numer, co w zeszłym roku. Otóż Alkonek zawalił pierwszy semestr w poprzednim gimnazjum, więc potem władowała go do "sanatorium" [które, jak się okazało, było ośrodkiem leczenia uzależnień...]. Tam owszem, udało mu się złapać trochę pozytywnych ocen, więc mamusia zabrała jego papiery z macierzystej szkoły [gdzie był spalony] i przeniosła go do Zoo w połowie maja. Dużo się do nas co prawda nie nachodził, bo zrobił sobie coś z ręką [choć teraz nie jestem taka pewna, czy nie była to po prostu ściema jego rodzicielki], ale jakoś go sklasyfikowaliśmy i tak znalazł się w drugiej klasie. Pochodził trochę we wrześniu i październiku, a potem słuch po nim zaginął i w rezultacie był na półrocze nieklasyfikowany z siedmiu przedmiotów, a z ósmego miał jedynkę. Przed feriami kilka razy się pojawił, ale nie zadał sobie trudu, by cokolwiek poprawić. Potem słuch po nim zaginął, a teraz od mamusi dowiaduję się, że Albercik przebywa w sanatorium i wróci do szkoły... pod koniec maja. Moja reakcja mogła być tylko jedna:
Ja: Zdaje sobie pani sprawę z tego, że jest to równoznaczne z powtarzaniem klasy przez Alberta?
Mama Alberta (szczerze zdumiona): Ooo, naprawdę?
Ja: Był na półrocze nieklasyfikowany z większości przedmiotów, a potem też nie chodził do szkoły. Nie widzę innej możliwości.
Mama Alberta (chichot i lekceważące machnięcie ręka): Aha... Cóż, no to trudno...
Dodam, że w kilka minut później zaczęła jednak wypytywać, czy nie ma żadnej możliwości, by Albercik jednak zdał to trzeciej klasy "bo przecież teraz jest w sanatorium i będzie tam miał jakieś oceny". No ręce opadają...
Druga kwestia to rozmowa z mamą Joasi. Sytuację w skrócie można przedstawić tak: dziewczyna zdążyła sterroryzować cały dom. Rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą, pozwalają, by córka się na nich wydzierała i to nie przebierając w słowach - a kilka razy zdarzyło jej się też uderzyć matkę [!]. Mój pamiętny telefon na policję kobieta przyjęła z pełnym zrozumieniem i dodała nawet, że bardzo żałuje, iż córki "nie zatrzymano na 48h", bo wtedy by może do niej wreszcie coś dotarło. Nie była zaskoczona niczym, co opisywałam w związku z zachowaniem Fanki Metalu, bo to jej stały repertuar zarówno w domu, jak i w poprzedniej szkole, z której wyleciała do nas.
Ta rozmowa była dla mnie trudna z uwagi na to, że musiałam się bardzo pilnować, by nie walnąć w którymś momencie matce Joasi mowy umoralniającej w stylu: "W głowie mi się nie mieści, jak pani mogła pozwolić na to, by córka panią terroryzowała i biła?!". Takie uwagi nie poprawią przecież sytuacji, a poza tym ja tu nie jestem od oceniania postępowania rodzica, tylko dziecka. Prawda jest taka, że nic więcej poza zasugerowaniem porządnej terapii psychologicznej dla Fanki Metalu nie jestem w stanie doradzić - a jak można się domyślić, na to rozwiązanie już dawno w domu wpadli, ale co z tego, skoro dziewczyna kategorycznie "nie będzie rozmawiać z żadnymi psycholami". Poradziłam więc matce, by w takim razie sama zgłosiła się do poradni, na co usłyszałam, że już była, ale "że to nie takie proste stosować się do tych wszystkich rad, że to się nie da, jak człowiek jest w emocjach". No ba, Ameryki kobita nie odkryła, ale w takim razie efekt widzimy... Rozmowę zakończyłam więc tylko uświadomieniem rodzicielce, że na jesieni Joasia skończy 18 lat i jeśli wówczas będzie wycinała takie numery, to najzwyczajniej w świecie wyrzucimy ją ze szkoły. Moja rozmówczyni tylko bezradnie rozłożyła ręce.
Tjaaa... Pogadam sama z Fanką Metalu i spróbuję ją przekonać do pójścia do psychologa, choć szczerze wątpię, by mnie posłuchała. Dziewczyna co prawda zdaje się rozumie, że ma problem w relacjach z ludźmi, ale póki co nie poniosła z tego tytułu wystarczających konsekwencji, by chciała coś z tym na poważnie zrobić. Jak na razie najwidoczniej więcej ma korzyści ze swojego wojowniczego nastawienia, niż strat. To się oczywiście kiedyś zmieni - pytanie tylko, co musi się stać. Wylotka ze szkoły? Niemożność utrzymania pracy? Sprawa na policji o pobicie? A może w końcu rodzice się wkurzą i wywalą ją z domu?
Pożyjemy, zobaczymy...
O zebraniach pisałam już kilka razy i schemat tejże imprezy rzecz jasna się nie zmienił. Najpierw na kilka dni przed obdzwaniam wszystkie domy z przypomnieniem daty i godziny spotkania [choć oczywiście wszyscy dostali szczegółowy harmonogram roku szkolnego we wrześniu...]. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że fakt dodzwonienia się do rodziców - a nie zawsze się to udaje, bo często telefony milczą jak zaklęte - jest jednoznaczny z ich pojawieniem się na zebraniu. Przychodzą najczęściej ci, z którymi tak czy siak mam stały kontakt, a reszta ma w głębokim poważaniu. Tym niemniej powiadamiam dla własnego bezpieczeństwa w razie upierdliwości kuratorium i sakramentalnego pytania w stylu: "A co wychowawca zrobił, by przeciwdziałać wagarom i/lub jedynkom ucznia?".
Muppeciarnia liczy 16 sztuk, a na zebraniu pojawiły się cztery mamusie. Czy to dużo, czy mało? No cóż, dobrze, że w ogóle ktokolwiek się pokazał - przy czym dwójka rodziców zapowiedziała mi się w późniejszym terminie [zobaczymy, czy dotrzymają słowa]. Chciałabym zrelacjonować rozmowy z dwiema z nich - matką Alberta, czyli Alkonka, oraz matką Joasi Fanki Metalu, bo wreszcie raczyła się do mnie pofatygować.
Problem z rodzicielką Alberta polega na tym, że nie mogę jej rozgryźć - czy ona jest aż tak niedojrzała i infantylna, czy jest to efekt jakiejś choroby albo lekkiego upośledzenia umysłowego. Rozmawiając z nią mam wrażenie, że nie mówię do czterdziestokilkuletniej kobiety z dwójką dzieci, tylko do najwyżej 10-latki, bo taki ma ona mniej więcej poziom reakcji oraz kojarzenia faktów. Bez przerwy chichocze, tłumaczy nieobecności syna tak naiwnie, że aż ręce opadają, a przy tym NAPRAWDĘ nie rozumie, co się do niej mówi i po kilka razy każe sobie tłumaczyć te same rzeczy. Dla zilustrowania problemu zacytuję Wam fragment rozmowy telefonicznej z nią, podczas której właśnie zawiadamiałam o zebraniu:
Mama Alberta: To jak już pani dzwoni, to chcę usprawiedliwić jego nieobecności.
Ja: Proponuję, byśmy porozmawiały o tym w piątek na zebraniu, bo syn nie pojawił się w szkole od ferii.
Mama Alberta: No wiem, bo Albercik wyjechał teraz do sanatorium. Nie mówił nic pani o tym?
Ja (bardzo spokojnie i powoli): Proszę pani, skoro go nie ma w szkole, to jak mógł cokolwiek mi powiedzieć?
Mama Alberta (chichot): A no tak, faktycznie, prawda. No to jest w sanatorium.
Sprawy mają się tak, że najwyraźniej mama Alberta chce uskutecznić drugi raz ten sam numer, co w zeszłym roku. Otóż Alkonek zawalił pierwszy semestr w poprzednim gimnazjum, więc potem władowała go do "sanatorium" [które, jak się okazało, było ośrodkiem leczenia uzależnień...]. Tam owszem, udało mu się złapać trochę pozytywnych ocen, więc mamusia zabrała jego papiery z macierzystej szkoły [gdzie był spalony] i przeniosła go do Zoo w połowie maja. Dużo się do nas co prawda nie nachodził, bo zrobił sobie coś z ręką [choć teraz nie jestem taka pewna, czy nie była to po prostu ściema jego rodzicielki], ale jakoś go sklasyfikowaliśmy i tak znalazł się w drugiej klasie. Pochodził trochę we wrześniu i październiku, a potem słuch po nim zaginął i w rezultacie był na półrocze nieklasyfikowany z siedmiu przedmiotów, a z ósmego miał jedynkę. Przed feriami kilka razy się pojawił, ale nie zadał sobie trudu, by cokolwiek poprawić. Potem słuch po nim zaginął, a teraz od mamusi dowiaduję się, że Albercik przebywa w sanatorium i wróci do szkoły... pod koniec maja. Moja reakcja mogła być tylko jedna:
Ja: Zdaje sobie pani sprawę z tego, że jest to równoznaczne z powtarzaniem klasy przez Alberta?
Mama Alberta (szczerze zdumiona): Ooo, naprawdę?
Ja: Był na półrocze nieklasyfikowany z większości przedmiotów, a potem też nie chodził do szkoły. Nie widzę innej możliwości.
Mama Alberta (chichot i lekceważące machnięcie ręka): Aha... Cóż, no to trudno...
Dodam, że w kilka minut później zaczęła jednak wypytywać, czy nie ma żadnej możliwości, by Albercik jednak zdał to trzeciej klasy "bo przecież teraz jest w sanatorium i będzie tam miał jakieś oceny". No ręce opadają...
Druga kwestia to rozmowa z mamą Joasi. Sytuację w skrócie można przedstawić tak: dziewczyna zdążyła sterroryzować cały dom. Rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą, pozwalają, by córka się na nich wydzierała i to nie przebierając w słowach - a kilka razy zdarzyło jej się też uderzyć matkę [!]. Mój pamiętny telefon na policję kobieta przyjęła z pełnym zrozumieniem i dodała nawet, że bardzo żałuje, iż córki "nie zatrzymano na 48h", bo wtedy by może do niej wreszcie coś dotarło. Nie była zaskoczona niczym, co opisywałam w związku z zachowaniem Fanki Metalu, bo to jej stały repertuar zarówno w domu, jak i w poprzedniej szkole, z której wyleciała do nas.
Ta rozmowa była dla mnie trudna z uwagi na to, że musiałam się bardzo pilnować, by nie walnąć w którymś momencie matce Joasi mowy umoralniającej w stylu: "W głowie mi się nie mieści, jak pani mogła pozwolić na to, by córka panią terroryzowała i biła?!". Takie uwagi nie poprawią przecież sytuacji, a poza tym ja tu nie jestem od oceniania postępowania rodzica, tylko dziecka. Prawda jest taka, że nic więcej poza zasugerowaniem porządnej terapii psychologicznej dla Fanki Metalu nie jestem w stanie doradzić - a jak można się domyślić, na to rozwiązanie już dawno w domu wpadli, ale co z tego, skoro dziewczyna kategorycznie "nie będzie rozmawiać z żadnymi psycholami". Poradziłam więc matce, by w takim razie sama zgłosiła się do poradni, na co usłyszałam, że już była, ale "że to nie takie proste stosować się do tych wszystkich rad, że to się nie da, jak człowiek jest w emocjach". No ba, Ameryki kobita nie odkryła, ale w takim razie efekt widzimy... Rozmowę zakończyłam więc tylko uświadomieniem rodzicielce, że na jesieni Joasia skończy 18 lat i jeśli wówczas będzie wycinała takie numery, to najzwyczajniej w świecie wyrzucimy ją ze szkoły. Moja rozmówczyni tylko bezradnie rozłożyła ręce.
Tjaaa... Pogadam sama z Fanką Metalu i spróbuję ją przekonać do pójścia do psychologa, choć szczerze wątpię, by mnie posłuchała. Dziewczyna co prawda zdaje się rozumie, że ma problem w relacjach z ludźmi, ale póki co nie poniosła z tego tytułu wystarczających konsekwencji, by chciała coś z tym na poważnie zrobić. Jak na razie najwidoczniej więcej ma korzyści ze swojego wojowniczego nastawienia, niż strat. To się oczywiście kiedyś zmieni - pytanie tylko, co musi się stać. Wylotka ze szkoły? Niemożność utrzymania pracy? Sprawa na policji o pobicie? A może w końcu rodzice się wkurzą i wywalą ją z domu?
Pożyjemy, zobaczymy...
wtorek, 17 kwietnia 2012
Świętujemy
Panie i panowie, dzisiejszy post ma charakter tylko i wyłącznie osobisty.
[tu nastąpiły WERBLE]
Niniejszym pragnę donieść, że dziś mija rok, od kiedy
Hipopotamzamieszkał w Pomarańczowej Pieczarze razem ze
Smokiem, a także z
wrednym Pumiskiem.
W ten sposób cała trójka utworzyła najdziwniejsze stado w całej Polsce, a może i nie tylko :)
Oczywiście, że różne rzeczy w życiu mogą się zdarzyć, ale nie należę do osób, które uwielbiają martwić się na zapas i szukać dziury w całym, aby tylko nie zapeszyć.
- Mam własną, pomarańczową norkę, do której nikt obcy mi się nie wtrąca.
- Mam pracę, która pozwala mi się utrzymać na przyzwoitym poziomie, a która daje mi mnóstwo satysfakcji i którą naprawdę lubię.
- Budzę się codziennie koło człowieka [ups, przepraszam - błotnego ssaka :)], który mnie dobrze rozumie, potrafi mnie rozśmieszyć, traktuje mnie jak Smoka Świata i do tej pory ani razu mnie nie zawiódł.
Dlaczego miałabym więc nie mówić, że jestem szczęśliwa, skoro JESTEM?
- Mam własną, pomarańczową norkę, do której nikt obcy mi się nie wtrąca.
- Mam pracę, która pozwala mi się utrzymać na przyzwoitym poziomie, a która daje mi mnóstwo satysfakcji i którą naprawdę lubię.
- Budzę się codziennie koło człowieka [ups, przepraszam - błotnego ssaka :)], który mnie dobrze rozumie, potrafi mnie rozśmieszyć, traktuje mnie jak Smoka Świata i do tej pory ani razu mnie nie zawiódł.
Dlaczego miałabym więc nie mówić, że jestem szczęśliwa, skoro JESTEM?
Wiecie co? Czasem warto zaryzykować, nawet jeśli wszyscy ludzie dookoła pukają się w główki. Nie mówię, że zawsze, ale są takie momenty, kiedy należy posłuchać intuicji - czy jak to cholerstwo nazwiemy - która mówi głośno i wyraźnie, że masz zrobić tak i koniec. Skąd wiadomo, czy to akurat ta chwila? Dobre pytanie i ja Wam na nie nie odpowiem, nie będzie tak łatwo :)
Sama miałam w życiu dwa takie momenty. Pierwszy, kiedy jako potrzaskana wewnętrznie 21-latka nie miałam najmniejszych wątpliwości, że muszę jechać na drugi koniec Polski pożegnać się z człowiekiem, którego nigdy nie poznałam osobiście, a który - sam o tym nie wiedząc - uratował mi życie. Ten wyjazd zapoczątkował moją przemianę wewnętrzną [że tak się niezwykle mądrze wyrażę...] i w rezultacie stałam się zupełnie inną osobą: spokojniejszą, mniej krytyczną i nie robiącą sobie więcej krzywdy.
A drugi moment? To właśnie mniej więcej rok temu. Jak to się wydarzyło, opisywałam już w poście Bajka. Czyste szaleństwo, wiem. Ale niech się ono ciągnie jak najdłużej. I tego mi proszę życzyć z okazji dzisiejszej rocznicy :)
Sama miałam w życiu dwa takie momenty. Pierwszy, kiedy jako potrzaskana wewnętrznie 21-latka nie miałam najmniejszych wątpliwości, że muszę jechać na drugi koniec Polski pożegnać się z człowiekiem, którego nigdy nie poznałam osobiście, a który - sam o tym nie wiedząc - uratował mi życie. Ten wyjazd zapoczątkował moją przemianę wewnętrzną [że tak się niezwykle mądrze wyrażę...] i w rezultacie stałam się zupełnie inną osobą: spokojniejszą, mniej krytyczną i nie robiącą sobie więcej krzywdy.
A drugi moment? To właśnie mniej więcej rok temu. Jak to się wydarzyło, opisywałam już w poście Bajka. Czyste szaleństwo, wiem. Ale niech się ono ciągnie jak najdłużej. I tego mi proszę życzyć z okazji dzisiejszej rocznicy :)
sobota, 14 kwietnia 2012
Aktualności
Nie dzieje się ostatnio nic aż tak spektakularnego w Zoo, żeby można temu było poświęcić osobny wpis. Tym niemniej zdaję sobie sprawę, że moi wierni Czytelnicy przestępują z nogi na nogę, bo od ostatnich doniesień minęło już sporo czasu [widzę te Wasze codzienne logowania, będące dla autora niniejszego bloga jak wyrzut sumienia]. Póki co jednak jedyne, co mogę zrobić, by zaspokoić Waszą ciekawość, to przedstawić garść mniejszych spraw bieżących.
Gotowi? No to jedziemy :)
1) Przybyło mi nowe Muppeciątko - i to nie byle jakie. Otóż po rocznym zamknięciu w ośrodku wychowawczym wypuścili brata Sylwii [czyli Młodej Gniewnej], Filipa. Jest rok starszy, ale z powodu zakrętów życiowych zatrzymał się na etapie drugiej klasy gimnazjum. A kto inny, poza naszą przeszanowną placówką, przyjmie w swoje mury chłopaka z takimi kwiatkami w papierach? Wszak Zoo wszystkie dzieci kocha :) I tak to rodzeństwo wylądowało pod smoczymi skrzydłami. Póki co Filip jest spokojny, grzecznie nosi zeszyty, uważa, nawet się zgłasza na lekcjach - no ale przypuszczam, że z nim będzie spokój, bo w końcu wie już, czym grożą szczeniackie numery i niepoważne podchodzenie do obowiązków szkolnych. Poza tym, skoro u Sylwii mam posłuch, to i pewnie z jej bratem nie będę mieć problemów.
2) Co do samej Młodej Gniewnej natomiast, to sprawa nie wygląda zbyt różowo. Miała jeszcze przed feriami rozprawę sądową, w wyniku której wylądowała na badaniach psychologicznych, a potem psychiatrycznych. Co więcej, przebadano też resztę jej rodziny - jak przypuszczam chcą zdiagnozować, czy są tam warunki do właściwego wychowania dzieci. Kolejna rozprawa będzie jakoś pod koniec maja, ale sądząc po tym, jak rozmawiano z matką Sylwii oraz z nią samą na badaniach, prawdopodobne jest jednak, że sąd podejmie decyzję o odizolowaniu jej od rodziny.
Mam w tej kwestii mieszane uczucia. Z jednej strony tam się wyraźnie nie dzieje za dobrze, skoro po kolei wszystkie dzieciaki staczają się mniej lub bardziej. Najwyraźniej rodzice nie umieją nimi właściwie pokierować i przekazać im odpowiednich wzorców, co w połączeniu z "wychowaniem osiedlowym" daje negatywne skutki, kiedy tylko pociecha wchodzi w okres nastoletniego buntu. Z tej perspektywy dobrze, jeśli Sylwię by stamtąd zabrali. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że dziewczyna robi postępy, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Przypominam, że z poprzedniej szkoły wyleciała do nas za zastraszanie koleżanki z użyciem noża w finale. A u nas jest spokój. Uczy się na trójkach i czwórkach, wybuchów złości ma coraz mniej, widzę wyraźnie, że stara się panować nad emocjami. No i sama mówi, że jej się w Zoo podoba. Szkoda więc może, by to przerywać i umieszczać ją na siłę w zamkniętym ośrodku wychowawczym.
No ale cóż, nie ja tu jestem od podejmowania decyzji...
3) Fance Metalu robię za przewodnik po świecie literatury [czyli jak by nie patrzeć zajmuję się tym, czym polonista powinien :)]. Zaczęło się od tego, że kazałam im czytać "Romea i Julię" i rozmowa zeszła na inne sztuki Shakespeare'a. Gorąco reklamowałam jej "Otella", a ponieważ wyraziła zainteresowanie, więc wepchnęłam jej egzemplarz do poczytania przy wielkanocnym stole. Zwróciła mi go po świętach z komentarzem, że jednak to nie na jej poziom umysłowy [bariera językowa jak sądzę niestety], a potem spytała, czy w bibliotece szkolnej mają "Lot nad kukułczym gniazdem", bo obejrzała ostatnio ekranizację i jest zachwycona. Wiedząc, że na 99% nie będą tego mieli, zaproponowałam, że pożyczę jej swoją książkę - tak się ucieszyła, że mało mi nie zawisła na szyi. "W promocji" dorzuciłam jej jeszcze "Władcę much" Goldinga. Jeśli połknie haczyk, to zarzucę ją Orwellem, a potem Stephenem Kingiem - tylko może bez "Carrie", bo chyba jednak Joasia nie powinna czytać historii o prześladowanej w szkole panience, która doprowadzona do granic wytrzymałości psychicznej urządziła w swoim miasteczku Armagedon...
4) Pocztą pantoflową doszły mnie niepokojące wieści na temat mojego ulubieńca Sebastianka. Przestał w drugim półroczu chodzić do szkoły, więc zaczęłam podpytywać jego kolegów z klasy, co się stało. Otóż chłopak podpadł komu nie trzeba i ma teraz taką sytuację, że boi się wychodzić z domu. Z tego, co mi powiedziano [z oczywistych względów nie znam szczegółów, a wywiad musiałam przeprowadzać bardzo taktownie], to nie jest to z jego strony martwienie się na zapas, tylko rzeczywiście zadarł z kimś, kto w środkach nie przebiera i obawa o zdrowie czy wręcz życie jest tu jak najbardziej uzasadniona. Małpki zapewniły mnie niestety, że Sebastian tak szybko do szkoły nie wróci.
Co to oznacza w praktyce? Enkaele i powtarzanie trzeciej klasy. Notabene w takim razie wyląduje w mojej muppeciarni.
Kurza twarz no... Szkoda chłopaka.
Gotowi? No to jedziemy :)
1) Przybyło mi nowe Muppeciątko - i to nie byle jakie. Otóż po rocznym zamknięciu w ośrodku wychowawczym wypuścili brata Sylwii [czyli Młodej Gniewnej], Filipa. Jest rok starszy, ale z powodu zakrętów życiowych zatrzymał się na etapie drugiej klasy gimnazjum. A kto inny, poza naszą przeszanowną placówką, przyjmie w swoje mury chłopaka z takimi kwiatkami w papierach? Wszak Zoo wszystkie dzieci kocha :) I tak to rodzeństwo wylądowało pod smoczymi skrzydłami. Póki co Filip jest spokojny, grzecznie nosi zeszyty, uważa, nawet się zgłasza na lekcjach - no ale przypuszczam, że z nim będzie spokój, bo w końcu wie już, czym grożą szczeniackie numery i niepoważne podchodzenie do obowiązków szkolnych. Poza tym, skoro u Sylwii mam posłuch, to i pewnie z jej bratem nie będę mieć problemów.
2) Co do samej Młodej Gniewnej natomiast, to sprawa nie wygląda zbyt różowo. Miała jeszcze przed feriami rozprawę sądową, w wyniku której wylądowała na badaniach psychologicznych, a potem psychiatrycznych. Co więcej, przebadano też resztę jej rodziny - jak przypuszczam chcą zdiagnozować, czy są tam warunki do właściwego wychowania dzieci. Kolejna rozprawa będzie jakoś pod koniec maja, ale sądząc po tym, jak rozmawiano z matką Sylwii oraz z nią samą na badaniach, prawdopodobne jest jednak, że sąd podejmie decyzję o odizolowaniu jej od rodziny.
Mam w tej kwestii mieszane uczucia. Z jednej strony tam się wyraźnie nie dzieje za dobrze, skoro po kolei wszystkie dzieciaki staczają się mniej lub bardziej. Najwyraźniej rodzice nie umieją nimi właściwie pokierować i przekazać im odpowiednich wzorców, co w połączeniu z "wychowaniem osiedlowym" daje negatywne skutki, kiedy tylko pociecha wchodzi w okres nastoletniego buntu. Z tej perspektywy dobrze, jeśli Sylwię by stamtąd zabrali. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że dziewczyna robi postępy, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Przypominam, że z poprzedniej szkoły wyleciała do nas za zastraszanie koleżanki z użyciem noża w finale. A u nas jest spokój. Uczy się na trójkach i czwórkach, wybuchów złości ma coraz mniej, widzę wyraźnie, że stara się panować nad emocjami. No i sama mówi, że jej się w Zoo podoba. Szkoda więc może, by to przerywać i umieszczać ją na siłę w zamkniętym ośrodku wychowawczym.
No ale cóż, nie ja tu jestem od podejmowania decyzji...
3) Fance Metalu robię za przewodnik po świecie literatury [czyli jak by nie patrzeć zajmuję się tym, czym polonista powinien :)]. Zaczęło się od tego, że kazałam im czytać "Romea i Julię" i rozmowa zeszła na inne sztuki Shakespeare'a. Gorąco reklamowałam jej "Otella", a ponieważ wyraziła zainteresowanie, więc wepchnęłam jej egzemplarz do poczytania przy wielkanocnym stole. Zwróciła mi go po świętach z komentarzem, że jednak to nie na jej poziom umysłowy [bariera językowa jak sądzę niestety], a potem spytała, czy w bibliotece szkolnej mają "Lot nad kukułczym gniazdem", bo obejrzała ostatnio ekranizację i jest zachwycona. Wiedząc, że na 99% nie będą tego mieli, zaproponowałam, że pożyczę jej swoją książkę - tak się ucieszyła, że mało mi nie zawisła na szyi. "W promocji" dorzuciłam jej jeszcze "Władcę much" Goldinga. Jeśli połknie haczyk, to zarzucę ją Orwellem, a potem Stephenem Kingiem - tylko może bez "Carrie", bo chyba jednak Joasia nie powinna czytać historii o prześladowanej w szkole panience, która doprowadzona do granic wytrzymałości psychicznej urządziła w swoim miasteczku Armagedon...
4) Pocztą pantoflową doszły mnie niepokojące wieści na temat mojego ulubieńca Sebastianka. Przestał w drugim półroczu chodzić do szkoły, więc zaczęłam podpytywać jego kolegów z klasy, co się stało. Otóż chłopak podpadł komu nie trzeba i ma teraz taką sytuację, że boi się wychodzić z domu. Z tego, co mi powiedziano [z oczywistych względów nie znam szczegółów, a wywiad musiałam przeprowadzać bardzo taktownie], to nie jest to z jego strony martwienie się na zapas, tylko rzeczywiście zadarł z kimś, kto w środkach nie przebiera i obawa o zdrowie czy wręcz życie jest tu jak najbardziej uzasadniona. Małpki zapewniły mnie niestety, że Sebastian tak szybko do szkoły nie wróci.
Co to oznacza w praktyce? Enkaele i powtarzanie trzeciej klasy. Notabene w takim razie wyląduje w mojej muppeciarni.
Kurza twarz no... Szkoda chłopaka.
środa, 4 kwietnia 2012
Jestem czadowa
Dobrze przeczytaliście. Tak, właśnie CZADOWA :) Skąd to samouwielbienie u Smoka? Hehehe, te słowa są cytatem, a w jakim kontekście padły, to zaraz opowiem.
Nie milkną w szkole echa ataku furii Fanki Metalu oraz wezwania policji. Wspólnie zastanawiamy się - my, czyli szacowne Grono Pedagogiczne w postaci Wiceszefowej, Pedagożycy, nauczycieli przedmiotowych uczących w Muppeciarni oraz mojej skromnej osoby - co zrobić w sprawie konfliktu, bo jeśli nic nie zrobimy, to prędzej czy później dojdzie do tragedii.
Następnego dnia po całym zdarzeniu Joasia ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się w szkole. Trzeba notabene przyznać, że dziewczę ma jaja, bo ja pewnie na jej miejscu byłabym zbyt wystraszona tym całym bigosem, żeby przyjść. Spóźniła się jednak na pierwszą lekcję dobre 15 minut, co się akurat dobrze złożyło - pierwszy mieli język polski ze mną, miałam więc okazję wygłosić płomienną przemowę do reszty Muppeciątek. Można ją streścić mniej więcej tak: "W konflikcie nigdy nie jest tak, że jedna strona jest dobra, a druga zła. Wiem, że Joasia nie jest łatwa w kontakcie, ale wiem też, że i wy byliście dla niej nieprzyjemni. Póki co macie ode mnie polecenie służbowe zostawić ją w spokoju, wszystko jedno, jak by się zachowywała. Jeśli będzie nieprzyjemna, macie albo ją ignorować i odejść na bok, albo zgłosić sprawę nauczycielowi. Nie wolno wam jej oddawać, nawet, jeśli zacznie pierwsza. Jeśli dacie się sprowokować, będziecie ponosili taką samą odpowiedzialność, jak ona". Nie muszę chyba mówić, że to się moim wychowankom nie spodobało i usiłowali protestować, ale zostali przeze mnie ostro spacyfikowani. Potem pojawiła się Fanka Metalu, więc na przerwie kazałam jej zostać ze mną sam na sam w klasie i powtórzyłam jej dokładnie to samo, tyle, że w drugą stronę - jeśli klasa będzie ją prześladować, to ma zgłosić sprawę nauczycielowi, ale nie wolno jej się odgryzać, chyba że chce być tak samo winna. Porozmawiałyśmy też chwilkę na temat jej wybuchu. Nie miała do mnie na całe szczęście żalu, że podjęłam decyzję o wezwaniu policji. Powiedziałam jej, że rozumiem źródło jej gniewu w tamtym momencie [biedna Marzenka pechowo kazała jej się dosiąść akurat do Daniela, z którym dziewczyna miała świeżutki konflikt], ale że to nie może w żadnym wypadku usprawiedliwić takiego zachowania, a już zwłaszcza zbluzgania Bogu ducha winnej nauczycielki. Zdaję sobie sprawę, że musi być jej cholernie trudno na co dzień, ale mnie - jako wychowawcy - zależy przede wszystkim na tym, by w tej klasie każdy mógł czuć się bezpiecznie, że nie jestem po niczyjej "stronie", tylko chcę, by wszyscy mogli na co dzień dobrze funkcjonować jako grupa. Odparła, że mi wierzy i chyba rzeczywiście tak jest.
Co dalej? Wiceszefowa, po wysłuchaniu relacji z tamtego zdarzenia, pochwaliła mnie za decyzję zadzwonienia po niebieskich. W sytuacji, gdy miałam do czynienia z agresywną, bluzgającą uczennicą, której reakcji nie da się przewidzieć, a z jej rodzicami nie można się skontaktować, to było to jedyne rozsądne rozwiązanie. Muszę przyznać, że mi ulżyło... Powstał też pomysł, by na lekcje do mojej klasy przychodziła pani psycholog z pobliskiej poradni, która ma u nas dyżury co dwa tygodnie. Nie będą to zdaje się mediacje w pełnym słowa tego znaczeniu, ale w każdym razie możliwość, by obie strony konfliktu mogły spuścić trochę pary w obecności neutralnego katalizatora, który będzie pilnował, by nie przegięli i nie zaczęli się nawzajem obrzucać błotem. Poza tym z praktycznego punktu widzenia dzieciaki dostaną sygnał, że ich nie lekceważymy i traktujemy sprawę śmiertelnie poważnie, więc istnieje szansa, że przestaną sobie skakać do oczu [przynajmniej na jakiś czas]. Czy to coś da? No gorzej w każdym razie nie będzie...
Pierwsze takie spotkanie odbyło się już dwa dni temu, we wtorek, bo akurat wypadał dyżur pani psycholog. Zostawiliśmy dzieciaki w klasie z nią i pedagożycą, przebieg rozmowy znam więc tylko z relacji. Póki co obie strony się wygadały i nie doszły do żadnego porozumienia, ale tego nikt nie oczekiwał od razu. Ciąg dalszy wszak nastąpi.
Na zakończenie zdradzę, skąd tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż w pewnym momencie pani psycholog zapytała Muppety o relacje ze mną. I tutaj uczniowie wyjątkowo zgodnie stwierdzili z pełnym przekonaniem i bez cienia ironii, że... "No wychowawczynię to my mamy czadową!".
Rogala na gębie miałam przez resztę dnia, aż z radości wysłałam smsa do Hipka i Seniorki :) Usłyszeć taki komentarz z ust dzieciaków, które z założenia mają szkołę głęboko tam, gdzie słoneczko nie dochodzi i są przekonane, że nauczyciele to wredne kanalie, które powinno się zrzucić z mostu z wielkim kamieniem u szyi - to doprawdy BEZCENNE.
Nie milkną w szkole echa ataku furii Fanki Metalu oraz wezwania policji. Wspólnie zastanawiamy się - my, czyli szacowne Grono Pedagogiczne w postaci Wiceszefowej, Pedagożycy, nauczycieli przedmiotowych uczących w Muppeciarni oraz mojej skromnej osoby - co zrobić w sprawie konfliktu, bo jeśli nic nie zrobimy, to prędzej czy później dojdzie do tragedii.
Następnego dnia po całym zdarzeniu Joasia ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się w szkole. Trzeba notabene przyznać, że dziewczę ma jaja, bo ja pewnie na jej miejscu byłabym zbyt wystraszona tym całym bigosem, żeby przyjść. Spóźniła się jednak na pierwszą lekcję dobre 15 minut, co się akurat dobrze złożyło - pierwszy mieli język polski ze mną, miałam więc okazję wygłosić płomienną przemowę do reszty Muppeciątek. Można ją streścić mniej więcej tak: "W konflikcie nigdy nie jest tak, że jedna strona jest dobra, a druga zła. Wiem, że Joasia nie jest łatwa w kontakcie, ale wiem też, że i wy byliście dla niej nieprzyjemni. Póki co macie ode mnie polecenie służbowe zostawić ją w spokoju, wszystko jedno, jak by się zachowywała. Jeśli będzie nieprzyjemna, macie albo ją ignorować i odejść na bok, albo zgłosić sprawę nauczycielowi. Nie wolno wam jej oddawać, nawet, jeśli zacznie pierwsza. Jeśli dacie się sprowokować, będziecie ponosili taką samą odpowiedzialność, jak ona". Nie muszę chyba mówić, że to się moim wychowankom nie spodobało i usiłowali protestować, ale zostali przeze mnie ostro spacyfikowani. Potem pojawiła się Fanka Metalu, więc na przerwie kazałam jej zostać ze mną sam na sam w klasie i powtórzyłam jej dokładnie to samo, tyle, że w drugą stronę - jeśli klasa będzie ją prześladować, to ma zgłosić sprawę nauczycielowi, ale nie wolno jej się odgryzać, chyba że chce być tak samo winna. Porozmawiałyśmy też chwilkę na temat jej wybuchu. Nie miała do mnie na całe szczęście żalu, że podjęłam decyzję o wezwaniu policji. Powiedziałam jej, że rozumiem źródło jej gniewu w tamtym momencie [biedna Marzenka pechowo kazała jej się dosiąść akurat do Daniela, z którym dziewczyna miała świeżutki konflikt], ale że to nie może w żadnym wypadku usprawiedliwić takiego zachowania, a już zwłaszcza zbluzgania Bogu ducha winnej nauczycielki. Zdaję sobie sprawę, że musi być jej cholernie trudno na co dzień, ale mnie - jako wychowawcy - zależy przede wszystkim na tym, by w tej klasie każdy mógł czuć się bezpiecznie, że nie jestem po niczyjej "stronie", tylko chcę, by wszyscy mogli na co dzień dobrze funkcjonować jako grupa. Odparła, że mi wierzy i chyba rzeczywiście tak jest.
Co dalej? Wiceszefowa, po wysłuchaniu relacji z tamtego zdarzenia, pochwaliła mnie za decyzję zadzwonienia po niebieskich. W sytuacji, gdy miałam do czynienia z agresywną, bluzgającą uczennicą, której reakcji nie da się przewidzieć, a z jej rodzicami nie można się skontaktować, to było to jedyne rozsądne rozwiązanie. Muszę przyznać, że mi ulżyło... Powstał też pomysł, by na lekcje do mojej klasy przychodziła pani psycholog z pobliskiej poradni, która ma u nas dyżury co dwa tygodnie. Nie będą to zdaje się mediacje w pełnym słowa tego znaczeniu, ale w każdym razie możliwość, by obie strony konfliktu mogły spuścić trochę pary w obecności neutralnego katalizatora, który będzie pilnował, by nie przegięli i nie zaczęli się nawzajem obrzucać błotem. Poza tym z praktycznego punktu widzenia dzieciaki dostaną sygnał, że ich nie lekceważymy i traktujemy sprawę śmiertelnie poważnie, więc istnieje szansa, że przestaną sobie skakać do oczu [przynajmniej na jakiś czas]. Czy to coś da? No gorzej w każdym razie nie będzie...
Pierwsze takie spotkanie odbyło się już dwa dni temu, we wtorek, bo akurat wypadał dyżur pani psycholog. Zostawiliśmy dzieciaki w klasie z nią i pedagożycą, przebieg rozmowy znam więc tylko z relacji. Póki co obie strony się wygadały i nie doszły do żadnego porozumienia, ale tego nikt nie oczekiwał od razu. Ciąg dalszy wszak nastąpi.
Na zakończenie zdradzę, skąd tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż w pewnym momencie pani psycholog zapytała Muppety o relacje ze mną. I tutaj uczniowie wyjątkowo zgodnie stwierdzili z pełnym przekonaniem i bez cienia ironii, że... "No wychowawczynię to my mamy czadową!".
Rogala na gębie miałam przez resztę dnia, aż z radości wysłałam smsa do Hipka i Seniorki :) Usłyszeć taki komentarz z ust dzieciaków, które z założenia mają szkołę głęboko tam, gdzie słoneczko nie dochodzi i są przekonane, że nauczyciele to wredne kanalie, które powinno się zrzucić z mostu z wielkim kamieniem u szyi - to doprawdy BEZCENNE.
niedziela, 1 kwietnia 2012
Muppety rozprawki piszą
Dziś wreszcie obiecany post o rozprawkach moich uczniów.
Jednym z ważniejszych zadań polonisty - szczególnie na etapie gimnazjum - jest nauczenie dzieciaków logicznego konstruowania dłuższych wypowiedzi oraz wyrażania ich pisemnie. Moja pięcioletnia praktyka w zawodzie jasno pokazuje, że niestety jest z tym tragicznie. Nie mam tu na myśli tylko Zoo, bo tutaj z założenia wszystkie umiejętności, do których trzeba wykorzystać mózg, leżą i kwiczą. Przerażona to ja byłam kiedy jeszcze pracowałam w normalnym liceum i odkryłam, że dostali się tam uczniowie, którzy nie potrafią sklecić poprawnie dwóch zdań w taki sposób, by jedno logicznie wiązało się z drugim. Ot, wynik reformy edukacyjnej i skracania czasu nauki w połączeniu ze spadkiem poziomu czytelnictwa wśród młodych ludzi. W moim roczniku delikwent, który nie potrafił napisać krótkiego wypracowania tak, żeby to miało ręce i nogi, nie miał szans na znalezienie się w ogólniaku - dziś przy dobrych wiatrach jest w stanie zdać maturę na te nędzne 30%... O tempora, o mores - pozostaje westchnąć.
Tym niemniej z uporem maniaka uczę pisać i jestem w dodatku na tyle wredna, że prawie nigdy nie zadaję wypracowań do domu. W dobie Internetu jest to bezcelowe, bo wiadomo, że mało kto odda mi samodzielnie napisaną pracę. A kiedy zrobię pracę klasową, to przynajmniej mam pewność, że sprawdzam wypracowania moich uczniów, a nie mamy, siostry czy autora bryków z portalu sciaga.pl.
Jak wspominałam, mordowałam ostatnio Muppety rozprawką. Bardzo lubię tę formę wypowiedzi, bo jest logiczna, ma ściśle określony porządek i wymusza na autorze uporządkowanie myśli. Uczyłam zatem przez kilka godzin lekcyjnych jak się planuje rozprawkę, jak formułować argumenty i je uzasadniać, podałam też dzieciakom słownictwo oraz przydatne zwroty, z których pozwoliłam korzystać przy pisaniu pracy na ocenę. Następnie w umówionym terminie kazałam im przynieść kartki A4 i zapisałam na tablicy cztery tematy do wyboru - rzecz jasna takie, które by ich mogły zainteresować i by mieli w tych kwestiach coś do powiedzenia.
Co z tego wyszło, to zaraz się przekonacie. Tak się złożyło, że prawie wszystkie Muppety wybrały temat: "Czy zgadzasz się z twierdzeniem, że pieniądze szczęścia nie dają?". Swoją drogą, rozważania w sam raz na niedzielne popołudnie :) Pozwólcie, że zostawię prace moich uczniów bez komentarzy, uprzedzam też, że nie ingerowałam w treść prac [poza kilkoma fragmentami, kiedy już naprawdę nie dało się zrozumieć, co autor miał na myśli], więc wypracowania będą upstrzone błędami wszelkich możliwych rodzajów. Jako ostatnia wypowie się Fanka Metalu, choć to, co oddała, na dobrą sprawę rozprawką nie jest [i zresztą nie zaliczyłam jej tego - umówiłyśmy się, że będzie pisała jeszcze raz]. W świetle późniejszych wydarzeń jej "wyznanie" jest co najmniej interesujące. Ponieważ oczywistym było, że będę to czytała, jej słowa można interpretować albo jako "wołanie o pomoc", albo jako próbę manipulacji. Przypominam też, że kilka minut po oddaniu tej pracy miała miejsce nieudana próba konfrontacji Joasi z klasą.
No dobrze, niech wypowiedzą się moje Muppety.
SYLWIA [Młoda Gniewna]
(...) Uważam że pieniądze są bardzo potrzebne w życiu codziennym, ale jednak nie są najważniejsze. Ja osobiście nie chciałabym być bogata ponieważ otaczaliby mnie sami fałszywi ludzie, którzy lubiliby mój majątek a nie moją osobę.
Po drugie, osoby, które mają dużo pieniędzy przeważnie są nie miłe, wulgarne, chamskie dla osób, które tych pieniędzy mają mniej. Wywyższają się co strasznie mnie denerwuje, ale my [przeciętni] mamy coś czego oni nie mają i prawdopodobnie nie będą mieć: prawdziwych przyjaciół, którym możemy zaufać i odwrotnie.
Kolejna sprawa wiąże się z tym, że każdy przyzna, że pieniądze są potrzebne, lecz nie każdy przyzna, że dają szczęście. (...) Małżeństwa bogate patrzą tylko gdzie można zdobyć jeszcze więcej pieniędzy, niż mają. Między tym bogatym małżeństwem nie ma szacunku i gaśnie uczucie którym się darzą. Oni szanują i darzą uczuciem bardziej pieniądze niż siebie nawzajem.
Podsumowując powyższe argumenty zostaję przy moim twierdzeniu że pieniądze szczęścia nie dają, ale są potrzebne by przetrwać w życiu codziennym. Za pieniądze można mieć dużo fajnych rzeczy ale co z tego jeśli nie można mieć zaufanych ludzi, z którymi będziemy się tymi rzeczami dzielić.
EMILKA
Pieniądze w życiu są poczebe, bez nich nie da się żyć, ale nie czeba być bogatym, żeby się uczymać (...). Po drugie człowiek który jest bogaty ma znajomych którzy nie paczą na niego, tylko na majątek który ma (...). W życiu w małżeństwie jego żona paczy na majątek i na pieniądze a nie na niego. Cały czas są kutnie, nie umieją się dogadać nie szanują się bo mają za dużo pieniędzy. A po czecie człowiek który ma mniej pieniędzy umie się z każdym dogadać, pomuc, a w małżeństwie szanują się, pomagają sobie, wspierają się. Jest jakaś miłość, a nie tak jak w życiu bogatych (...).
MATEUSZ
Wydaje mi się że pieniądze to nie wszystko. Z mojego punktu widzenia pieniądze nie przynoszą szczęścia ludzią (...). Pieniądze mogą przynieść pecha, różne haracze, okupy, porwania dla pieniędzy.
Pragnę zwrócić uwagę na ludzi, którym nie zależy na pieniądzach (...). Ludzie bez pieniędzy żyją jak normalny człowiek. Ludzie z pieniędzmi wywyższają się od ludzi że mają pieniądze, że ich stać na wszystko. (...)
MICHAŁ
Nie zgadzam się, że pieniądze szczęścia nie dają ponieważ jeżeli nie byłoby pieniędzy to bardzo ciężko by się żyło, bo na nic by nie było. A jeżeli są pieniądze to łatwiej by się żyło bo jest na lekarstwa czy na jedzenie.
Jeżeli nie byłoby pieniędzy to ludzie nie mieliby pracy i nie mieliby za co uczymać rodziny. Bez pieniędzy ludzie nie mieliby gdzie mieszkać bo za co by wybudowali domy i nie mieliby na ubrania (...).
JOASIA [Fanka Metalu]
Według mnie pieniądze szczęścia nie dają ponieważ z pieniędzmi rozmawiać się nie da. Na przykład weźmiemy moją osobę. Chodzę do pracy i mam wszystko, co chciałam mieć: glany, ramoneskę, tatuaż, koszulki z zespołami - i co z tego? Z jednej strony mam wszystko, a z drugiej nic. Jak to jest możliwe? Nie potrafię się dogadać z ludźmi, nie potrafię ich znosić (...). Więc po co mi te wszystkie rzeczy, skoro i tak nie odczuwam szczęścia? Nawet gdybym wygrała milion w totka, miałabym piękny dom, samochód i wszystko co bym tylko sobie zażyczyła, a byłoby z moimi relacjami międzyludzkimi tak jak jest teraz to też by mnie nie cieszyło. I wiem, że dużo jest osób na tym świecie co mają podobnie. Mają wszystko a nie mają nic. Dlatego moim skromnym zdaniem lepiej żyć w biedzie z grupką przyjaciół którzy nie czepiają się o wszystko, niż być bogatym, mieć pieniądze a nie mieć nikogo, z kim można przeżyć coś szalonego.
Jednym z ważniejszych zadań polonisty - szczególnie na etapie gimnazjum - jest nauczenie dzieciaków logicznego konstruowania dłuższych wypowiedzi oraz wyrażania ich pisemnie. Moja pięcioletnia praktyka w zawodzie jasno pokazuje, że niestety jest z tym tragicznie. Nie mam tu na myśli tylko Zoo, bo tutaj z założenia wszystkie umiejętności, do których trzeba wykorzystać mózg, leżą i kwiczą. Przerażona to ja byłam kiedy jeszcze pracowałam w normalnym liceum i odkryłam, że dostali się tam uczniowie, którzy nie potrafią sklecić poprawnie dwóch zdań w taki sposób, by jedno logicznie wiązało się z drugim. Ot, wynik reformy edukacyjnej i skracania czasu nauki w połączeniu ze spadkiem poziomu czytelnictwa wśród młodych ludzi. W moim roczniku delikwent, który nie potrafił napisać krótkiego wypracowania tak, żeby to miało ręce i nogi, nie miał szans na znalezienie się w ogólniaku - dziś przy dobrych wiatrach jest w stanie zdać maturę na te nędzne 30%... O tempora, o mores - pozostaje westchnąć.
Tym niemniej z uporem maniaka uczę pisać i jestem w dodatku na tyle wredna, że prawie nigdy nie zadaję wypracowań do domu. W dobie Internetu jest to bezcelowe, bo wiadomo, że mało kto odda mi samodzielnie napisaną pracę. A kiedy zrobię pracę klasową, to przynajmniej mam pewność, że sprawdzam wypracowania moich uczniów, a nie mamy, siostry czy autora bryków z portalu sciaga.pl.
Jak wspominałam, mordowałam ostatnio Muppety rozprawką. Bardzo lubię tę formę wypowiedzi, bo jest logiczna, ma ściśle określony porządek i wymusza na autorze uporządkowanie myśli. Uczyłam zatem przez kilka godzin lekcyjnych jak się planuje rozprawkę, jak formułować argumenty i je uzasadniać, podałam też dzieciakom słownictwo oraz przydatne zwroty, z których pozwoliłam korzystać przy pisaniu pracy na ocenę. Następnie w umówionym terminie kazałam im przynieść kartki A4 i zapisałam na tablicy cztery tematy do wyboru - rzecz jasna takie, które by ich mogły zainteresować i by mieli w tych kwestiach coś do powiedzenia.
Co z tego wyszło, to zaraz się przekonacie. Tak się złożyło, że prawie wszystkie Muppety wybrały temat: "Czy zgadzasz się z twierdzeniem, że pieniądze szczęścia nie dają?". Swoją drogą, rozważania w sam raz na niedzielne popołudnie :) Pozwólcie, że zostawię prace moich uczniów bez komentarzy, uprzedzam też, że nie ingerowałam w treść prac [poza kilkoma fragmentami, kiedy już naprawdę nie dało się zrozumieć, co autor miał na myśli], więc wypracowania będą upstrzone błędami wszelkich możliwych rodzajów. Jako ostatnia wypowie się Fanka Metalu, choć to, co oddała, na dobrą sprawę rozprawką nie jest [i zresztą nie zaliczyłam jej tego - umówiłyśmy się, że będzie pisała jeszcze raz]. W świetle późniejszych wydarzeń jej "wyznanie" jest co najmniej interesujące. Ponieważ oczywistym było, że będę to czytała, jej słowa można interpretować albo jako "wołanie o pomoc", albo jako próbę manipulacji. Przypominam też, że kilka minut po oddaniu tej pracy miała miejsce nieudana próba konfrontacji Joasi z klasą.
No dobrze, niech wypowiedzą się moje Muppety.
SYLWIA [Młoda Gniewna]
(...) Uważam że pieniądze są bardzo potrzebne w życiu codziennym, ale jednak nie są najważniejsze. Ja osobiście nie chciałabym być bogata ponieważ otaczaliby mnie sami fałszywi ludzie, którzy lubiliby mój majątek a nie moją osobę.
Po drugie, osoby, które mają dużo pieniędzy przeważnie są nie miłe, wulgarne, chamskie dla osób, które tych pieniędzy mają mniej. Wywyższają się co strasznie mnie denerwuje, ale my [przeciętni] mamy coś czego oni nie mają i prawdopodobnie nie będą mieć: prawdziwych przyjaciół, którym możemy zaufać i odwrotnie.
Kolejna sprawa wiąże się z tym, że każdy przyzna, że pieniądze są potrzebne, lecz nie każdy przyzna, że dają szczęście. (...) Małżeństwa bogate patrzą tylko gdzie można zdobyć jeszcze więcej pieniędzy, niż mają. Między tym bogatym małżeństwem nie ma szacunku i gaśnie uczucie którym się darzą. Oni szanują i darzą uczuciem bardziej pieniądze niż siebie nawzajem.
Podsumowując powyższe argumenty zostaję przy moim twierdzeniu że pieniądze szczęścia nie dają, ale są potrzebne by przetrwać w życiu codziennym. Za pieniądze można mieć dużo fajnych rzeczy ale co z tego jeśli nie można mieć zaufanych ludzi, z którymi będziemy się tymi rzeczami dzielić.
EMILKA
Pieniądze w życiu są poczebe, bez nich nie da się żyć, ale nie czeba być bogatym, żeby się uczymać (...). Po drugie człowiek który jest bogaty ma znajomych którzy nie paczą na niego, tylko na majątek który ma (...). W życiu w małżeństwie jego żona paczy na majątek i na pieniądze a nie na niego. Cały czas są kutnie, nie umieją się dogadać nie szanują się bo mają za dużo pieniędzy. A po czecie człowiek który ma mniej pieniędzy umie się z każdym dogadać, pomuc, a w małżeństwie szanują się, pomagają sobie, wspierają się. Jest jakaś miłość, a nie tak jak w życiu bogatych (...).
MATEUSZ
Wydaje mi się że pieniądze to nie wszystko. Z mojego punktu widzenia pieniądze nie przynoszą szczęścia ludzią (...). Pieniądze mogą przynieść pecha, różne haracze, okupy, porwania dla pieniędzy.
Pragnę zwrócić uwagę na ludzi, którym nie zależy na pieniądzach (...). Ludzie bez pieniędzy żyją jak normalny człowiek. Ludzie z pieniędzmi wywyższają się od ludzi że mają pieniądze, że ich stać na wszystko. (...)
MICHAŁ
Nie zgadzam się, że pieniądze szczęścia nie dają ponieważ jeżeli nie byłoby pieniędzy to bardzo ciężko by się żyło, bo na nic by nie było. A jeżeli są pieniądze to łatwiej by się żyło bo jest na lekarstwa czy na jedzenie.
Jeżeli nie byłoby pieniędzy to ludzie nie mieliby pracy i nie mieliby za co uczymać rodziny. Bez pieniędzy ludzie nie mieliby gdzie mieszkać bo za co by wybudowali domy i nie mieliby na ubrania (...).
JOASIA [Fanka Metalu]
Według mnie pieniądze szczęścia nie dają ponieważ z pieniędzmi rozmawiać się nie da. Na przykład weźmiemy moją osobę. Chodzę do pracy i mam wszystko, co chciałam mieć: glany, ramoneskę, tatuaż, koszulki z zespołami - i co z tego? Z jednej strony mam wszystko, a z drugiej nic. Jak to jest możliwe? Nie potrafię się dogadać z ludźmi, nie potrafię ich znosić (...). Więc po co mi te wszystkie rzeczy, skoro i tak nie odczuwam szczęścia? Nawet gdybym wygrała milion w totka, miałabym piękny dom, samochód i wszystko co bym tylko sobie zażyczyła, a byłoby z moimi relacjami międzyludzkimi tak jak jest teraz to też by mnie nie cieszyło. I wiem, że dużo jest osób na tym świecie co mają podobnie. Mają wszystko a nie mają nic. Dlatego moim skromnym zdaniem lepiej żyć w biedzie z grupką przyjaciół którzy nie czepiają się o wszystko, niż być bogatym, mieć pieniądze a nie mieć nikogo, z kim można przeżyć coś szalonego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)