Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 22 kwietnia 2012

Po wywiadówce

     W piątek miałam zebranie z rodzicami - wszak to już połowa drugiego semestru i wypadałoby poinformować, jak się sprawy mają. Jeśli któreś Muppeciątko nałapało jedynek od góry do dołu, to istnieje jeszcze szansa, by się z tego wykaraskało, jeśli w tym momencie weźmie się ostro do roboty. Warto też uświadomić rodziców o przypadkach notorycznych wagarów, żeby pociecha nie wylądowała z serią enkaeli, bo wtedy to już naprawdę pozamiatane.
     O zebraniach pisałam już kilka razy i schemat tejże imprezy rzecz jasna się nie zmienił. Najpierw na kilka dni przed obdzwaniam wszystkie domy z przypomnieniem daty i godziny spotkania [choć oczywiście wszyscy dostali szczegółowy harmonogram roku szkolnego we wrześniu...]. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że fakt dodzwonienia się do rodziców - a nie zawsze się to udaje, bo często telefony milczą jak zaklęte - jest jednoznaczny z ich pojawieniem się na zebraniu. Przychodzą najczęściej ci, z którymi tak czy siak mam stały kontakt, a reszta ma w głębokim poważaniu. Tym niemniej powiadamiam dla własnego bezpieczeństwa w razie upierdliwości kuratorium i sakramentalnego pytania w stylu: "A co wychowawca zrobił, by przeciwdziałać wagarom i/lub jedynkom ucznia?".
     Muppeciarnia liczy 16 sztuk, a na zebraniu pojawiły się cztery mamusie. Czy to dużo, czy mało? No cóż, dobrze, że w ogóle ktokolwiek się pokazał - przy czym dwójka rodziców zapowiedziała mi się w późniejszym terminie [zobaczymy, czy dotrzymają słowa]. Chciałabym zrelacjonować rozmowy z dwiema z nich - matką Alberta, czyli Alkonka, oraz matką Joasi Fanki Metalu, bo wreszcie raczyła się do mnie pofatygować.

    Problem z rodzicielką Alberta polega na tym, że nie mogę jej rozgryźć - czy ona jest aż tak niedojrzała i infantylna, czy jest to efekt jakiejś choroby albo lekkiego upośledzenia umysłowego. Rozmawiając z nią mam wrażenie, że nie mówię do czterdziestokilkuletniej kobiety z dwójką dzieci, tylko do najwyżej 10-latki, bo taki ma ona mniej więcej poziom reakcji oraz kojarzenia faktów. Bez przerwy chichocze, tłumaczy nieobecności syna tak naiwnie, że aż ręce opadają, a przy tym NAPRAWDĘ nie rozumie, co się do niej mówi i po kilka razy każe sobie tłumaczyć te same rzeczy. Dla zilustrowania problemu zacytuję Wam fragment rozmowy telefonicznej z nią, podczas której właśnie zawiadamiałam o zebraniu:

Mama Alberta: To jak już pani dzwoni, to chcę usprawiedliwić jego nieobecności.
Ja: Proponuję, byśmy porozmawiały o tym w piątek na zebraniu, bo syn nie pojawił się w szkole od ferii.
Mama Alberta: No wiem, bo Albercik wyjechał teraz do sanatorium. Nie mówił nic pani o tym?
Ja (bardzo spokojnie i powoli): Proszę pani, skoro go nie ma w szkole, to jak mógł cokolwiek mi powiedzieć?
Mama Alberta (chichot): A no tak, faktycznie, prawda. No to jest w sanatorium.

    Sprawy mają się tak, że najwyraźniej mama Alberta chce uskutecznić drugi raz ten sam numer, co w zeszłym roku. Otóż Alkonek zawalił pierwszy semestr w poprzednim gimnazjum, więc potem władowała go do "sanatorium" [które, jak się okazało, było ośrodkiem leczenia uzależnień...]. Tam owszem, udało mu się złapać trochę pozytywnych ocen, więc mamusia zabrała jego papiery z macierzystej szkoły [gdzie był spalony] i przeniosła go do Zoo w połowie maja. Dużo się do nas co prawda nie nachodził, bo zrobił sobie coś z ręką [choć teraz nie jestem taka pewna, czy nie była to po prostu ściema jego rodzicielki], ale jakoś go sklasyfikowaliśmy i tak znalazł się w drugiej klasie. Pochodził trochę we wrześniu i październiku, a potem słuch po nim zaginął i w rezultacie był na półrocze nieklasyfikowany z siedmiu przedmiotów, a z ósmego miał jedynkę. Przed feriami kilka razy się pojawił, ale nie zadał sobie trudu, by cokolwiek poprawić. Potem słuch po nim zaginął, a teraz od mamusi dowiaduję się, że Albercik przebywa w sanatorium i wróci do szkoły... pod koniec maja. Moja reakcja mogła być tylko jedna:

Ja: Zdaje sobie pani sprawę z tego, że jest to równoznaczne z powtarzaniem klasy przez Alberta?
Mama Alberta (szczerze zdumiona): Ooo, naprawdę?
Ja: Był na półrocze nieklasyfikowany z większości przedmiotów, a potem też nie chodził do szkoły. Nie widzę innej możliwości.
Mama Alberta (chichot i lekceważące machnięcie ręka): Aha...  Cóż, no to trudno...

    Dodam, że w kilka minut później zaczęła jednak wypytywać, czy nie ma żadnej możliwości, by Albercik jednak zdał to trzeciej klasy "bo przecież teraz jest w sanatorium i będzie tam miał jakieś oceny". No ręce opadają...


    Druga kwestia to rozmowa z mamą Joasi. Sytuację w skrócie można przedstawić tak: dziewczyna zdążyła sterroryzować cały dom. Rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą, pozwalają, by córka się na nich wydzierała i to nie przebierając w słowach - a kilka razy zdarzyło jej się też uderzyć matkę [!]. Mój pamiętny telefon na policję kobieta przyjęła z pełnym zrozumieniem i dodała nawet, że bardzo żałuje, iż córki "nie zatrzymano na 48h", bo wtedy by może do niej wreszcie coś dotarło. Nie była zaskoczona niczym, co opisywałam w związku z zachowaniem Fanki Metalu, bo to jej stały repertuar zarówno w domu, jak i w poprzedniej szkole, z której wyleciała do nas.
    Ta rozmowa była dla mnie trudna z uwagi na to, że musiałam się bardzo pilnować, by nie walnąć w którymś momencie matce Joasi mowy umoralniającej w stylu: "W głowie mi się nie mieści, jak pani mogła pozwolić na to, by córka panią terroryzowała i biła?!". Takie uwagi nie poprawią przecież sytuacji, a poza tym ja tu nie jestem od oceniania postępowania rodzica, tylko dziecka. Prawda jest taka, że nic więcej poza zasugerowaniem porządnej terapii psychologicznej dla Fanki Metalu nie jestem w stanie doradzić - a jak można się domyślić, na to rozwiązanie już dawno w domu wpadli, ale co z tego, skoro dziewczyna kategorycznie "nie będzie rozmawiać z żadnymi psycholami". Poradziłam więc matce, by w takim razie sama zgłosiła się do poradni, na co usłyszałam, że już była, ale "że to nie takie proste stosować się do tych wszystkich rad, że to się nie da, jak człowiek jest w emocjach". No ba, Ameryki kobita nie odkryła, ale w takim razie efekt widzimy... Rozmowę zakończyłam więc tylko uświadomieniem rodzicielce, że na jesieni Joasia skończy 18 lat i jeśli wówczas będzie wycinała takie numery, to najzwyczajniej w świecie wyrzucimy ją ze szkoły. Moja rozmówczyni tylko bezradnie rozłożyła ręce.
    Tjaaa... Pogadam sama z Fanką Metalu i spróbuję ją przekonać do pójścia do psychologa, choć szczerze wątpię, by mnie posłuchała. Dziewczyna co prawda zdaje się rozumie, że ma problem w relacjach z ludźmi, ale póki co nie poniosła z tego tytułu wystarczających konsekwencji, by chciała coś z tym na poważnie zrobić. Jak na razie najwidoczniej więcej ma korzyści ze swojego wojowniczego nastawienia, niż strat. To się oczywiście kiedyś zmieni - pytanie tylko, co musi się stać. Wylotka ze szkoły? Niemożność utrzymania pracy? Sprawa na policji o pobicie? A może w końcu rodzice się wkurzą i wywalą ją z domu?
    Pożyjemy, zobaczymy...

2 komentarze:

  1. A ja się tak zastanawiam... Jest w ogóle jakiś sposób, żeby zmusić kogoś takiego do terapii? Przecież za kudły nie zaciągniesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma sposobu. Jeśli ma nakaz sądowy, to co najwyżej musi BYĆ na terapii, ale to nie znaczy, że zmusisz go do współpracy. Może siedzieć z założonymi rękami i patrzeć w sufit. Do dotyczy każdej terapii, jeśli klient sam nie chce, to nie ma jak go zmusić.

    OdpowiedzUsuń