Jakie mam zdanie odnośnie poziomu polskiego szkolnictwa, to moi Czytelnicy z grubsza wiedzą - przynajmniej ci, którzy śledzą tę witrynę regularnie od dłuższego czasu. Wyraźną cezurą, od której rozpoczęło się systemowe ogłupianie młodzieży, jest zlikwidowanie 8-letniej podstawówki, a wprowadzenie gimnazjum. Co za tym idzie, obywatel naszego słodkiego kraju urodzony po 1986 roku kończy edukację jako niedouczony ignorant, jeśli zadowala się wyłącznie tym, co mu oferuje masowe, powszechne kształcenie.
Zgadzam się, że stary system szkolnictwa był archaiczny w odniesieniu do nowej rzeczywistości. To prawda, że w dobie łatwego dostępu do wszelkich informacji nie ma potrzeby rycia aż tylu rzeczy na pamięć, co nasi rodzice [o przedwojennych pokoleniach nie wspominając]. Racją jest również, że przed reformą serwowano uczniom zbyt wiele wiedzy teoretycznej kosztem praktyki [mam tu na myśli edukację ogólną, a więc licea i studia, bo stare zawodówki czy kierunki techniczne były chlubnym wyjątkiem od reguły]. W rezultacie wypuszczano absolwentów z mózgami pełnymi wszelakich możliwych informacji, których jednak nie umieli zastosować w rzeczywistości. System jednak należało NAPRAWIĆ, a nie go doszczętnie rozwalać. Zniszczono stare, nie wprowadzając na to miejsce niczego lepszego. Co z tego, że od uczniów nie wymaga się już pamięciowego opanowania rozmaitych szczególików, które faktycznie w każdej chwili mogą sobie sprawdzić - jeśli nie uczy się ich SELEKCJI DANYCH. Nie potrafią rozróżnić, co z tego śmietnika informacji [którym de facto jest np. Internet] jest wartościowe, a co nie. Co gorsza, nie potrafią też zdobyć się na jakąkolwiek osobistą refleksję, brak im też często zwyczajnie słownictwa, którym mogliby opisać otaczający ich świat. W rezultacie wyrosło nam pokolenie "kopiuj-wklej", czyli ludzi bezrefleksyjnie przetwarzających informacyjną papkę, którą się im serwuje.
Dlaczego o tym akurat teraz mówię? Za nami seria egzaminów gimnazjalnych, a maturalne właśnie są w toku. Po raz kolejny przychodzi mi załamywać ręce, kiedy przeglądam arkusze egzaminacyjne i ponuro zadawać sobie jakże retoryczne pytanie: do czego to, kurna, wszystko ma prowadzić? Nie wymaga się od tych dzieciaków jakiejkolwiek wiedzy, a jedyne, co jest sprawdzane, to nawyk schematycznego myślenia. Wiecie jednak, co w tym wszystkim jest "najzabawniejsze"? Otóż - może będziecie zaskoczeni - ale zadania gimnazjalne są trudniejsze i bardziej ambitne, niż matura! Być może osoby układające testy zdają sobie sprawę, że 14-15 latkowie są jeszcze w takim wieku, w którym po prostu nie da się ich włożyć do sztywnych szuflad i nakazać jednolitego sposobu myślenia. Wiedzą, że gdyby na tym etapie rozwoju zaserwować im sztywny, jednoznaczny klucz do dłuższej wypowiedzi pisemnej, to 3/4 dzieciaków oblałaby egzamin. Zostawia się im więc jeszcze jako-taką swobodę wyrażania myśli, by trzy lata potem - podczas matury - sprawdzić, czy zamienili się już w grzeczniutkie, półmózgie robociki, które napiszą dokładnie to, co trzeba i ani mniej, ani więcej.
Konkrety? A proszę bardzo. Nie będę skupiała się na analizie części testowej obu egzaminów [to temat na osobnego posta - dość zaznaczyć, że w ogóle rozwiązywanie testów wyboru z języka polskiego uważam za uwłaczające inteligencji], ale przyjrzyjmy się tematom dłuższych wypowiedzi pisemnych. Wypracowanie powinno sprawdzać umiejętność budowania toku myślowego w sposób logiczny, zaplanowany i rzecz jasna zgodny z normami językowymi, ale także dawać możliwość wykazania się abstrakcyjnym myśleniem, analizy danych, kojarzenia faktów, samodzielnego wyciągania wniosków i krytycznej oceny. Tjaaa... Tylko jak to zrobić, jeśli do wypracowania maturalnego dołączony jest schematyczny klucz, w który trzeba się wstrzelić pod groźbą oblania egzaminu?
Napisałam wyżej, że wypracowanie na egzaminie gimnazjalnym jest trudniejsze, niż maturalne. Trudniejsze - czyli wymagające samodzielnego myślenia. Nie wierzycie? No to popatrzcie na tegoroczne tematy:
GIMNAZJUM: „Literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki”. Rozważ słuszność tego stwierdzenia w rozprawce. Zilustruj swoje argumenty przykładami literackimi.
MATURA:
Temat 1: Wyjaśnij symbolikę lewej i prawej strony oraz jej znaczenie dla wymowy utworu, analizując przytoczony fragment III części "Dziadów" Adama Mickiewicza. Zwróć uwagę na postać Nowosilcowa i postawy innych bohaterów wobec niego.
Temat 2: Porównaj postawy życiowe Izabeli Łęckiej i Joanny Podborskiej ukazane w podanych fragmentach "Lalki" Bolesława Prusa i "Ludzi bezdomnych" Stefana Żeromskiego. Odwołując się do znajomości utworów, zwróć uwagę na okoliczności, które miały wpływ na ukształtowanie osobowości bohaterek.
Czego oczekujemy zatem od gimnazjalisty? Ma co prawda za zadanie udowodnić z góry narzucone twierdzenie - a ideałem byłoby, gdyby rozprawkę oparto na hipotezie i POZWOLONO się uczniowi nie zgodzić z podanym założeniem - np. "Czy uważasz, że literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki?". Delikwent mógłby być zdania, że wcale nie, bo - dajmy na to - literatura to subiektywny punkt widzenia autora, bujda na resorach, a poznać minione wieki to można co najwyżej ze źródeł historycznych. Poza tym jednak młody człowiek ma możliwość odwołania się w przykładach do dowolnie wybranych przez siebie książek, a więc nie tylko lektur. Może wykazać się wiedzą [jeśli ją posiada...], popisać się erudycją, oryginalnością, bo nikt mu tu nie nakłada żadnego kagańca. W rezultacie sprawdzający dostanie bardzo różne prace, a wszystkie potencjalnie mogą być dobre - pod warunkiem, że są logiczne, na temat i trzymają się konwencji rozprawki.
Czego tymczasem wymagamy od maturzysty?
W przypadku pierwszego tematu zauważcie, że nie musi on na dobrą sprawę znać nawet całej lektury, bo wymagają od niego WYŁĄCZNIE analizy przytoczonego fragmentu. Pytanie o znaczenie "symboliki lewej i prawej strony" jest tak jednoznaczne i sztampowe, że wyjaśnia je każdy bryk czy notatka w podręczniku. Uczeń nie ma tu żadnego pola manewru - aby zrealizować temat, musi napisać dokładnie to, co trzeba, czyli to, co prawdopodobnie znajduje się w kluczu. Aby jednak młody człowiek nie miał już żadnych wątpliwości, jaki dokładnie tok myślenia ma zaprezentować, to dołożono drugą część pytania, wskazano bezczelnie paluchem, aby broń Boże nie zapomniał o Nowosilcowie!
Drugi temat wydaje się trudniejszy, mamy bowiem zestawione dwie lektury. Porównanie bohaterek ma się dokonać na podstawie fragmentów, ale łaskawie każą nam się też odwołać do treści lektury by zawyrokować, co ukształtowało obie panie. Tutaj owszem, bez - przynajmniej pobieżnej - znajomości książek się nie obejdzie. Ale na tym cała trudność się kończy. Tak bowiem dobrano oba fragmenty, by można z nich było wyciągnąć "jedyny słuszny wniosek", że Podborska jest cacy, a Łęcka be. A jak ma być inaczej, skoro refleksja na temat Izabeli pochodzi od nieprzychylnego jej narratora, a Joasię widzimy oczami niej samej, bo zaserwowano nam fragment pamiętnika? Na podstawie tego, co nam podano, po prostu NIE DA SIĘ wyciągnąć innego wniosku, niż ten, który założyła osoba układająca test.
Rezultatem egzaminu ma być powstanie tysięcy bliźniaczych prac, w których abiturienci prezentują identyczny, jedyny słuszny sposób myślenia. Pomijam fakt, że sam poziom tych pytań jest żenujący - "za moich czasów" nadawałyby się co najwyżej przy odpowiedzi ustnej, aby na bieżąco sprawdzić, czy delikwent zna lekturę. Nikomu by nie przyszło do głowy dawać czegoś takiego na maturę.
Czasami cieszę się, że przy obecnym drastycznym spadku poziomu nauczania pracuję w Zoo. Nie przygotowuję dzieciaki "pod egzaminy", nie muszę brać udziału w ich ogłupianiu. One testy i tak mają pod małpimi ogonkami. Mogę sobie pozwolić na luksus swobodnej interpretacji, nakłaniania ich do samodzielnego myślenia - bez obawy, że im zaszkodzę i że przeze mnie nie wstrzelą się w klucz. One i tak mają braki sięgające pierwszych lat podstawówek, a ich wiedza o świecie jest bardzo mała. Czegokolwiek więc ich nie nauczę, to i tak będzie dobrze. Ważne, by ćwiczyły mózg [bo organ nieużywany zanika... :)] i by udało mi się ich czymkolwiek zainteresować.
Z tego punktu widzenia owszem - mam bardzo wdzięczne zadanie :)
Dla mnie wstrzelenie się w klucz byłoby zbyt trudnym zadaniem - zbyt przyzwyczajona jestem do wyciągania samodzielnych wniosków i szukania powiązań między poszczególnymi elementami. Do matury pewnie musiałabym kilkakrotnie podchodzić i uznali by mnie za ułomną. Więc mogę się cieszyć, że mnie ten cudowny system ominął ;)))
OdpowiedzUsuńTak samo byłoby ze mną - zdać bym zdała, ale nie rewelacyjnie. Po prostu obie byłyśmy kształcone w starym systemie i nie nawykłyśmy do sztampowego myślenia.
UsuńCo jakiś czas pocieszam się, że w odróżnieniu od części dzisiejszych młodziaków umiem analizować, wyciągać wnioski z tego co czytam, no i przede wszystkim CZYTAM. Pisać też w miarę potrafię. Powinnam mieć nad nimi przewagę np. przy rekrutacji do jakiejś fajnej pracy związanej z kreatywnością. A tu zonk! Coraz częściej widzę, że nie potrzeba poprawnie pisanych, dobrych tekstów, liczy się ilość naskrobanych słów - co by móc dobrze wypozycjonować stronę, władować masę linków i reklam. Albo chociaż narobić szumu, nie jakością, a treścią (im więcej wyświetleń, tym lepiej, a że wchodzą, bo widzą pierdoły...), ech.
UsuńJeśli serio masz takie doświadczenia, to naprawdę szczerze Ci współczuję. Ja mimo wszystko jak do tej pory spotykałam się z pracodawcami, dla których liczyła się jakość, a nie fajerwerki.
UsuńWiesz, ciężko, żeby było inaczej w zawodzie nauczycielki ;))) Nie miałam takich doświadczeń, po prostu obserwuję co się dzieje na portalach typu Oferia. Moja koleżanka zakłada kolejne blogi, pisząc teksty pod pozycjonowanie. Cała masa tekstu, którego NIKT nie czyta. Z założenia nie służą do czytania, tylko do zapychania sieci. To by wyjaśniało czemu wciąż napotykałam na ciulowe blogi tematyczne (np. o urodzie czy budownictwie). Akurat jej są dobre, ale to dlatego, że się stara. Niepotrzebnie zresztą, bo nikt tego nie docenia. Nie o dobre teksty w tym chodzi.
UsuńTak samo z tłumaczeniami. Rzucasz zlecenie w internet i bierzesz tego, który chce najmniejszą stawkę - coraz częściej tak tłumaczy się całe książki: paręnaście stron temu, paręnaście stron tamtemu i taniej wychodzi, niż zatrudnić profesjonalnego tłumacza. A że jakość też bywa różna... Cóż, ważne, że tanio.
Praca w szkole to nie jest jedyne zajęcie zarobkowe, jakie wykonywałam w życiu, ale rzeczywiście - moimi pracodawcami były jak dotąd instytucje czy firmy "szanujące się", czyli dbające o jakość. Takie, których klienci zweryfikowaliby chałturę. Nie wiem, może miałam szczęście - jeśli tak, to dobrze mi z tym :)
UsuńMiałaś sporo szczęścia, fakt. Ale też widać nie pracowałaś z "preclami" czy innymi zapleczówkami. Ot, po prostu działałaś w czym innym :)))
UsuńNawet nie wiem, co to są te "zapleczówki"... Ale owszem, tak sobie zawsze szukałam roboty, by się nie wstydzić tego, za co biorę pieniądze.
UsuńPodpisuję się pod tym. Też nie potrafiłabym się wbić w klucz chyba. Ale ja nie rozumiem- to w końcu czego szkoła ma uczyć? Samodzielnego myślenia, czy umiejętności wbijania się w schematy? To drugie chyba jest praktyczniejsze- spróbuj być oryginalny w dzisiejszych czasach, wyjść poza ramy- nie przetrwasz, albo będzie ci trudniej. Szablony są wygodne, dlatego zamiast uczyć myślenia, uczą przystosowania do życia w tym naszym paskudnie zaszufladkowanym świecie ;)
OdpowiedzUsuńAkurat na ten temat mam spiskową teorię - nie o to chodzi, że ze schematycznym myśleniem życie jest łatwiejsze. Chodzi o to, że takimi półmozgimi robocikami łatwiej kierować. Łykną każdą bzdurę bez weryfikacji.
Usuńteoria spiskowa przemawia do mnie :) i przeraża...
OdpowiedzUsuńTrzeba się nie dać i być ponad to. Co dla młodszych pokoleń jest coraz trudniejsze.
UsuńTeż myślę, że wypracowanie dla gimnazjalistów jest lepsze. Przynajmniej uczy własnego myślenia i co bardzo ważne, nie opiera się tylko na lekturach szkolnych (nie raz beznadziejnych).
OdpowiedzUsuńZastanawiam się również jak matura przygotowuje do studiów, do pisania pracy licencjackiej, magisterskiej? Wg. mnie w ogóle! Co to ma do rzeczy? Rozpamiętywanie jakiejś tam postaci, czy wydarzenia z konkretnej lektury? Przecież to kompletnie nic nie wnosi do dalszego kształcenia! A lektury... to i tak po kilku latach zapomina się ich treść. Taka jest prawda...
Pozdrawiam
Pozdrawiam
Myślę, że to za duże wymagania w stosunku do matury, by przygotowywała do pisania prac naukowych, jakimi z założenia są prace licencjackie/magisterskie. Tego nie robiła nawet "stara matura". Między maturą a pracą licencjacką są 3 lata, więc to faktycznie nie ma związku, ale też nie powinno - bo studia po maturze można wybrać różne.
UsuńNie zgadzam się natomiast w sprawie lektur. Moim zdaniem człowiek, który chce mieć wykształcenie średnie ogólne, powinien znać podstawowy kanon klasyki literatury swojego ojczystego języka. Nad kształtem i rozmiarem tego kanonu można dyskutować, ale jednak są książki, które KAŻDY średniowykształcony Polak powinien kojarzyć. Jeśli nie - nie powinien mieć matury z języka polskiego.
Może i lektury są potrzebne, ale nie takie... Spora ich część jest strasznie beznadziejna :(
UsuńA co do prac naukowych; Być może nie wyraziłam się zbyt jasno. Masz rację, są różne kierunki studiów i to one mają przygotować merytorycznie do pisania prac licencjackich / magisterskich. Mnie chodzi tylko o to, że człowiek po maturze powinien umieć sformułować pracę pisemną, powinien być wstanie postawić jakąś tezę i odpowiednio ją argumentować. (Oczywiście nie chodzi mi o "lanie wody", bo to jest całkowicie zbędne i ja jako umysł ścisły sama tego nie potrafię...) Jeśli posiada takie umiejętności to po trzech latach studiów nie będzie się mieć problemów z pracą licencjacką...
pzdr
No dobrze, ale kryterium "bo ta lektura jest beznadziejna" jest ogromnie śliskie. Ludziom podobają się różne rzeczy - kto ma więc w ministerstwie odgórnie ustalać, co jest "fajne", a co nie? Ja np. puszczam pawia na Żeromskiego, ale znam osoby, które go uwielbiają... Na etapie liceum nie powinno się już czytać czegoś tylko dlatego, że "to jest fajne" - powinno się zapoznać z tymi książkami, które są z jakiegoś powodu WAŻNE dla rozwoju polskiej kultury, języka, świadomości społecznej. Licealiści to już nie małe dzieci, które się powinno zabawiać.
UsuńDruga część komentarza: w takim ujęciu owszem, do pisania prac naukowych [czyli konstruowania logicznych, spójnych wypowiedzi] stara matura przygotowywała. Nowa nie robi tego ni cholery - o czym zresztą był mój post.
" Rezultatem egzaminu ma być powstanie tysięcy bliźniaczych prac, w których abiturienci prezentują identyczny, jedyny słuszny sposób myślenia. " Myślę, że to jest zdanie - klucz, zdanie, w którym ujęłaś istotę sprawy. Nie tylko jeśli chodzi o obecny system kształcenia (choć przede wszystkim), ale o to, jak pragną kształtować nas media, reklama, politycy.
OdpowiedzUsuńChodzi o to, żeby społeczeństwo przekształcić w posłuszną, pozbawioną własnej refleksji i zdolności decyzyjnych masę. Bo taką masą łatwiej się kieruje i łatwiej się ja pod swoje potrzeby ugniata. Tyle tylko, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ugniecie lepiej, a wtedy masa zwraca się nagle przeciwko dotychczasowym ugniataczom, a że nie przywykła myśleć samodzielnie, efekty tego są potem straszne. Tak już było wiele razy i to jest oczywiste, gdy się człowiek przypatrzy historii, tak skądinąd obecnie spychanej na margines.
Ale - optymistycznie myślę, że tak przecież było zawsze. Paliliśmy - my ludzie -na stosach i książki, i ludzi, narzucaliśmy swoje wizje, zakazywaliśmy mówienia innymi językami, wyznawania innych religii. I mimo to samodzielne myślenie jakoś się uchowało. Inna sprawa, że jawna przemoc budzi jawny opór. Tu mamy do czynienia raczej z "zagłaskiwaniem kota", a to jest trudno zauważyć, jest to więc bardziej niebezpieczne. Niemniej Ty to widzisz, wielu innych to widzi, więc jest nadzieja :)
Zgadzam się, że historia się powtarza i też masz niestety rację, że tym razem to ogłupianie następuje w sposób bardziej perfidny. Przecież nikt nikomu siłą nie zakazuje czytania czy bycia ambitnym - ale przeciętnemu człowiekowi wystarczy powiedzieć: "Po co masz się męczyć i myśleć? Po co ci te wszystkie mądrości? Zdasz egzamin bez tego." Trzeba mieć sporo samozaparcia i dojrzałości, by wymagać od siebie w sytuacji, gdy nikt od nas nie wymaga.
UsuńJa to widzę, Ty to widzisz - ale OBIE jesteśmy przedstawicielkami "starego pokolenia". Ilu znasz młodych ludzi, którzy to rozumieją? Bo ja jednostki, krople w morzu...
@Dragonella: Nie znam zbyt wielu młodych ludzi obecnie, Ty znasz ich zdecydowanie więcej ;) Ale wiesz, ja wierzę, może nawinie, że tam, gdzie mamy możliwość przekazania tych naszych obserwacji tym "młodym", gdzie możemy z nimi rozmawiać poważnie - w domu, w szkole, tam jeszcze mamy szanse coś zmienić, nawet, jeśli nie na wielką skalę.
UsuńPewnie to dobrze, że ktoś - czyli w tym przypadku Ty - jeszcze w to wierzy. Ja się złudzeń wyzbyłam. Aby historia zatoczyła koło, musi nastąpić upadek, totalna katastrofa. A potem już tylko odrodzenie :)
Usuń@Deagonella: Jest to pewna hardkorowa wersja optymizmu, ale zawsze jakiś optymizm :)
UsuńZgadzam się z Tobą całkowicie. Może nie umiałam nigdy pisać wspaniałych rozprawek, ale jestem dumna, że pisałam starą maturę :-) (jestem ostatnim rocznikiem, który miał taką przyjemność). Pamiętam też temat i jak bardzo się bałam, że nie zrozumiałam go tak, jak „należy”. A jednak, zrozumiałam go, potrafiłam zinterpretować na swój własny sposób (z całej szkoły tylko kilka osób wybrało ten sam temat i bodajże tylko jedna zrozumiała go podobnie do mnie).
OdpowiedzUsuńWspółczesna matura przyprawia mnie o palpitacje serca, z roku na rok jest coraz gorzej...
Gratuluję zadowolenia z pracy, to we współczesnym świecie rzadkość i cieszę się, że Małpiątka mają taką wspaniałą nauczycielkę. Po jakiś czasie Twoja historia skojarzyła mi się z filmem Młodzi Gniewni, tak jakoś ;-) (był, notabene, oparty na faktach ;-)))
Witaj ponownie Motylku, fajnie, że znowu przyleciałaś :)
UsuńKiedy mówię o swojej pracy, to ludziom często kojarzą się "Młodzi Gniewni" - to taki chyba film-symbol w temacie trudnej młodzieży. Niestety, tak naprawdę to różowo nie jest i bardzo rzadko historie Małpek kończą się happy endem.
Czasami przylatuję, raz częściej, raz rzadziej, ale pamiętam :-)))
UsuńJasne, ze nie jest różowo, jasne, że nie wszystkie historie kończą się happy endem, ale jeśli choć jedna małpka zastanowi się, dzięki Tobie, nad sobą i zacznie inaczej patrzeć na swoje życie, to już jest mały sukces. A jestem pewna, że takich małpek jest więcej :-)
A ja się pod Panią podpisuję rączkami i nóżkami! Sama odczuwam... to wszystko. I powiem jedno - żałuję. Naprawdę żałuję, że nie możemy mieć do wyboru tego czego chcemy. Choć z drugiej strony jakby nie patrzeć, to mądre z nas Państwo.
OdpowiedzUsuńPaula
Paula, to jedyna rada: wymagaj od siebie, choć inni nie wymagają. Jeśli widzisz, że Cię kiepsko uczą, to czytaj sama, na własną rękę. Ja tak robiłam w LO, bo miałam kiepską polonistkę, a chciałam się dostać na bardzo dobrą uczelnię. Wiem, że to naprawdę wymaga wysiłku, tak samemu sobą pokierować, kiedy się ma te naście lat. Człowiek chodzi po omacku, bo skąd ma wiedzieć, co jest ważne, a co nie? Ale mimo to gorąco Cię namawiam: czytaj, ucz się, rozwijaj jak najwięcej.
UsuńTrzymam kciuki :)
Nawet nie zdaje sobie Pani sprawy jak takie słowa motywują. Dziękuję. Ja chcę na własną rękę i szczerze mówiąc to co jest dla mnie dostępne, to biorę, gorzej jeśli na przykład chodzi o coś, za co trzeba zapłacić większe sumy. Na przykład chciałam na indeksy się zapisać, by przygotować się z chemii dobrze, ale jak usłyszałam ile trzeba... nie żałuję pieniędzy na książki i to co mi pomaga, ale takiej sumy nie mam ani ja, a rodzice... cóż. Mają też swoje wydatki. Nie chcę ich dodatkowo obciążać. Z pracą też ciężko, szukałam, ale co dla takiego człowieka jak ja jest dostępne.
UsuńA z innej beczki: po postach widzę, że w Pani klasie jest jako-tako lepiej? :)
Paula
Cieszę się w takim razie, że mogę chociaż słowami coś dla Ciebie zrobić :) Pewnych rzeczy nie przeskoczysz - mam tu na myśli wydatki - ale ważne, że robisz to, co jesteś w stanie. A jak Twoja nauczycielka od chemii? Jeśli jest w porządku, to pójdź do niej, powiedz wprost, że i zależy, że chciałabyś się więcej nauczyć. Nauczyciele w końcu mają tę dodatkową godzinę w tygodniu [tzw. karcianą], może w ramach tej godziny mogłaby Cię dodatkowo uczyć? A jeśli nie, to chociaż Ci dobre książki poleci. Nie znam jej, ale gdyby do mnie przyszła uczennica z tekstem, że chce zdawać na polonistykę i jej zależy, to bym chyba najpierw podskoczyła pod sufit z radości, a potem tak bym ją zaprzęgła do roboty, że recytowałaby "Pana Tadeusza" od tyłu :) :) :)
UsuńHahahaha, aż mi się humor poprawił :D Moja nauczycielka od chemii... ekhm. Właśnie. Nie przepadam za nią, nie potrafi tłumaczyć. Tzn na lekcji siedzę i choćby ostatni przykład - nie zrozumiałam, więc proszę by wytłumaczyła raz jeszcze. Powtórzyła. Znów to samo. Może i nie mam głowy do tego, ale liczę, że jeśli powie to jakoś "nie tak chemicznie", to zrozumiem. Nic z tego. Co tam, do trzech razy sztuka. Chyba się trochę zirytowała, czego się obawiałam, więc dalej nie prosiłam. Głupio mi się zrobiło. A rozumieć? Dalej nie potrafiłam. Mama też mnie zachęca do rozmowy z nią, ale powiem szczerze - boję się jej. I to jest śmieszne, bo wiem, że od niej [po części jakby nie było] zależą moje marzenia i gdybym tylko troszkę więcej odwagi miała, to może zrobiłabym mały krok w przód do ich spełnienia. Chyba trzeba się zebrać. Mam nadzieję, że nie wyrzuci mnie na zbitą twarz ;)
OdpowiedzUsuńNo i jestem wdzięczna za radę. Wezmę sobie do serca i... pójdę :)
Oj, zapomniałam dodać:
UsuńPaula
Skoro i ja, i Twoja mama mówimy to samo, to coś w tym musi być :) Strach jest normalnym, zrozumiałym uczuciem, ale jak sama napisałaś, od tego zależą Twoje marzenia... Pójdź do niej w spokojniej chwili i powiedz mniej więcej to, co mi tutaj napisałaś - że naprawdę nie rozumiesz, a NAPRAWDĘ chciałabyś zrozumieć, bo Ci zależy i żeby Ci to wyjaśniła najbardziej łopatologicznie, jak się tylko da. Powiedz jej, że chcesz studiować chemię i potrzebujesz pomocy. Może się uda, jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Oczywiście może być tak, że ona rzeczywiście nie bardzo umie tłumaczyć tak, by do ciebie trafiło, ale to się wtedy będziesz martwić. Gorzej przecież nie będzie...
UsuńAha, bo pytałaś też o moją klasę - tzn. lepiej jest pod tym względem, że rzeczywiście są grzeczniejsi. Ale i tak pozytywnie rok zaliczy może z połowa z nich.
Paula, czy możesz napisać swój ostatni komentarz jeszcze raz? Na maila dostałam wiadomość, że jest komentarz, ale coś go nie wyświetliło tutaj, nie mam pojęcia, czemu.
UsuńNie mam pojęcia. Mi wyświetla niżej, ale wyślę jeszcze raz, proszę:
Usuń"Hm... przy najbliższej okazji pójdę, zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że bardziej pozytywnie wszystko wypadnie niż ja to widzę, przynajmniej na chwilę obecną.
Połowa? Dobrze, że chociaż druga połowa pójdzie dalej. Jak tak sobie spojrzę, to z jednej strony rozumiem sytuację tej pierwszej 'połowy', zaś z drugiej to szkoda mi ludzi. Bo co za życie ich czeka w tych czasach? No chyba, że znajdą 'swoje' sposoby na radzenie sobie w życiu.
Mam nadzieję, że nie ma Pani za złe męczenia. Po prostu ciekawy ze mnie człowiek.
Paula"
Hm... przy najbliższej okazji pójdę, zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że bardziej pozytywnie wszystko wypadnie niż ja to widzę, przynajmniej na chwilę obecną.
OdpowiedzUsuńPołowa? Dobrze, że chociaż druga połowa pójdzie dalej. Jak tak sobie spojrzę, to z jednej strony rozumiem sytuację tej pierwszej 'połowy', zaś z drugiej to szkoda mi ludzi. Bo co za życie ich czeka w tych czasach? No chyba, że znajdą 'swoje' sposoby na radzenie sobie w życiu.
Mam nadzieję, że nie ma Pani za złe męczenia. Po prostu ciekawy ze mnie człowiek.
Paula
Jakieś jaja z tym komentarzem - opublikowałam go już wczoraj "ręcznie", bo odnalazłam go w spamie, ale przysięgam, że znalazł się tam dopiero ostatnio, bo wcześniej nic nie było.
UsuńA Ty jak, byłaś u chemicy? :)
Co się serwerowi spodoba, to to zrobi.
UsuńByłam, ale co to dało. Potwierdziła dodatkową godzinę w tygodniu, ale za to zajętą. Bo drugie klasy, bo ona nie ma czasu wtedy uczyć, musi poprawy robić i skoro chcę umieć, to muszę się na lekcjach skupiać. Żebym ja tego nie robiła... stwierdziłam, że skoro nie dało się po dobroci [oj, żeby źle nie zabrzmiało], to ja biorę się za siebie i jej pokażę, że chcieć to móc. Powiem Pani, że odniosłam wrażenie, że Ci nauczyciele robią z nas głupków, za przeproszeniem. Oczywiście nie wszyscy, ale jest kilka takich wyjątków do których mnie osobiście brak... cierpliwości. Ja wiem, że nauczyciele mają swoje programy nauczania, swoje style, sposoby, jakkolwiek to nazwać, ale błagam. Niektórzy po prostu nie nadają się do tego zawodu. Najgorsze, że niektóre przedmioty są ciekawe i człowiek chce się uczyć z przyjemnością, a tu akuku...
Paula
Niestety Paula, tak jak w każdym zawodzie - są ludzie, którzy się nadają, a są tacy, co powinni jak najszybciej dać sobie spokój...
UsuńCo do chemiczki - zrobiłaś, co mogłaś, a tak po ludzku to bardzo Ci współczuję. Może jest jakaś inna chemiczka w Twojej szkole, do której mogłabyś pójść? Co rzecz jasna nie znaczy, że "wzięcie się za siebie" jest złym pomysłem. Powiem więcej, bardzo dobrym, bo serio - co nas nie zabije, to nas wzmocni :)
Właśnie z tego powodu zawsze kusi mnie zadać dla każdego nauczyciela pytanie: Czy spełnił/a Pan/i swoje marzenie zostając nauczycielem?
UsuńProblem właśnie w tym, że nie ma. Na początku roku ta, która jest obecne była na zwolnieniu, więc mieliśmy taką starszą Panią, która powoli i dobitnie tłumaczyła i co? Paula rozumiała, ba, miała nawet piękne oceny bez ściągania! A ta przyszła i nie zdążę zapisać, a ona już kolejną rzecz... o Panie! Zobaczymy co z tego wyjdzie i czy będę miała dość cierpliwości. Ale jak już pisałam... tu chodzi o marzenie, więc. Tym bardziej, że spotkałam się z CAŁKOWITYM urzeczywistnieniem tego marzenia i to taki motywujący kopniak.
Paula
Mianowałam się Wrogiem Numer Jeden polskiego systemu kształcenia. Kilkakrotnie.
OdpowiedzUsuńRaz, w liceum, kiedy bujdy o byciu "Chrystusem narodów" zaczęły mi powoli nosem wyciekać.
Dwa, kiedy zrozumiałam, że trzeba jak najszybciej zrobić inżynierkę i wynieść się za granicę studiować dalej. Bo w końcu chciałabym mieć coś więcej, niż wyrobioną pamięć wzrokową.
Trzy, kiedy poznałam mojego obecnego męża, który przeszedł przez amerykański system szkolnictwa. Jak ja mu zazdroszczę.
Cztery, pięć, sześć.. wiele, wiele razy. Z każdym postem na tym blogu: http://katar1.blox.pl/tagi_b/118154/szkola-amerykanska.html córka autorki uczy się w amerykańskiej szkole w Katarze.
A ja na pewno jestem ostatnią osobą, która by broniła polskiego systemu kształcenia, zwłaszcza obecnego. Ten wcześniejszy miał - przy wszystkich mankamentach - swoje plusy, bo mimo wszystko ćwiczył mózg, wyrabiał umiejętność uczenia się, poszukiwania informacji. Ten nawet tego już nie robi :(
Usuń