Nie da się ukryć - czego zresztą wcale robić nie zamierzam - że jestem osobą o dość liberalnych poglądach, jeśli chodzi o kwestie społeczne. Ogólnie i w dużym uproszczeniu mówiąc [bo nie będę Wam przecież w tym miejscu strzelała szczegółowego wykładu pt. "Światopogląd Dragonelli"] jestem zdania, że ludzie powinni żyć tak, jak im się podoba w ramach granic wyznaczonych przez podstawowe prawa drugiego człowieka. Wyszłaby z tego mniej więcej maksyma: "Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się Twoja". Wiem oczywiście, że mankamentem takiego podejścia jest ustalenie, czym konkretnie są owe "podstawowe prawa" [bo dla każdego mogą oznaczać inny zestaw wartości], tym niemniej właśnie w ten sposób można by zobrazować moje podejście do życia. Co za tym idzie - uważam, że państwo z zasady nie powinno ingerować w sprawy osobiste swoich obywateli i dać im wolną rękę tak długo, jak długo spełniają swoje obowiązki wobec niego [czyli płacą podatki, nie kradną, nie zabijają etc.].
Skąd taki wstęp? Ano w mojej pracy jako wychowawcy zdarzają się takie momenty, w których mój uogólniony światopogląd zostaje opatrzony przypisem "SYTUACJA WYJĄTKOWA". To mniej więcej tak, jak z ewolucją stosunku do policji, o której Wam pisałam tutaj - czyli że generalnie nauczono mnie zaufania do tej instytucji, a tymczasem nierzadko widzę, że przynosi ona więcej szkody, niż pożytku.
Ale przejdźmy do meritum. Mam w swojej muppeciarni wychowanka, 17-latka, nazwijmy go Mariusz. Przeniesiono go do Zoo na początku roku szkolnego na powtarzanie drugiej klasy gimnazjum - jak widać po wieku chłopca, to ma on i tak już spore opóźnienie edukacyjne. Przyznam, że niewiele o nim wiedziałam poza informacjami, które mam w jego dokumentach - rodzina niepełna, matka w trakcie rozwodu, samotnie sprawująca opiekę nad trojgiem dzieci. Mariusz od początku swojej kariery u nas chodził do szkoły mocno w kratkę, w zasadzie to częściej go nie było, niż był. Kontaktu z jego matką nie miałam żadnego - podany numer telefonu milczał jak zaklęty, więc po jakimś czasie wysłałam oficjalne pismo z prośbą o stawienie się rodzicielki w szkole. Zamiast niej przyjechała o dwa lata starsza siostra Mariusza - a zatem już pełnoletnia - tłumacząc, że matka jest obłożnie chora i fizycznie nie jest w stanie przybyć do szkoły [rodzina mieszka pod miastem, dobre kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kilometrów od Zoo]. Rzecz jasna nie bardzo mi się to spodobało, ale co było robić - omówiłam problemy związane z Mariuszem, tym bardziej, że siostra sprawiła na mnie wrażenie sensownej i myślącej osoby. Był to jednak mój pierwszy i ostatni kontakt z kimkolwiek dorosłym, bo na następne zebrania nikt się już nie fatygował, a telefon był tradycyjnie głuchy. Mariusz dalej chodził tak, jak wcześniej, czyli prawie wcale i był nieklasyfikowany na półrocze z większości przedmiotów. Klasyczny przypadek ucznia, którego w Zoo nazywamy "martwą duszą" - jest zapisany do szkoły, bo do uzyskania pełnoletności gdzieś widnieć musi, ale wcale nie jest zainteresowany zaliczeniem chociażby tego gimnazjum, więc jest potencjalnym kandydatem do skreślenia, kiedy tylko skończy 18 lat. Nic nowego u nas - smutne, ale prawdziwe.
Co zatem wyjątkowego jest w tej historii, że o niej wspominam? Dwa dni temu skontaktowała się ze mną społeczna kuratorka rodziny Mariusza [a do tej pory nie miałam nawet informacji, że chłopak ma kuratora...] i od niej dowiedziałam się, jak się sprawy mają. Otóż generalnie dzieciaki są pozostawione same sobie, bo mamusia jest osobą imprezową i do jej stałego repertuaru należy znikanie na długie miesiące. Każde dziecko ma z innym mężczyzną, przy czym tylko najstarsza córka dostaje jakieś alimenty [dopóki się uczy], bo tylko w jej przypadku znane są dane personalne tatusia... W domu z nimi mieszka jeszcze babcia, która jednak sama potrzebuje opieki, bo jest poważnie chora. Ciężar ten rzecz jasna spada na wnuki, jako że matka Mariusza kompletnie nie poczuwa się do żadnych obowiązków. Aktualnie nie wiadomo nawet, gdzie przebywa - podobno poznała jakiegoś faceta przez Internet, wzięła ze sobą najmłodszego, 6-letniego syna i zniknęła, nie zostawiając pozostałej dwójce dzieci ŻADNYCH środków do życia. Mariusz więc nie chodzi obecnie do szkoły z przyczyn bardzo przyziemnych - po prostu nie ma nawet za co do niej dojechać.
I tu - wbrew moim liberalnym poglądom - pojawia mi się od razu pytanie: dlaczego PAŃSTWO nie interweniuje i pozwala na coś takiego? Odpowiedzią jest jak zwykle w Polsce biurokracja i ślepota urzędników. Rodzince trafiła się bowiem wyjątkowo pobłażliwa sędzina, która nie może zdobyć się na krok pozbawienia matki praw rodzicielskich [czy chociażby ich ograniczenia] i umieszczenia dzieci w domu dziecka czy rodzinach zastępczych, by miały jakąkolwiek szansę na stabilny rozwój. Interwencja jest też utrudniona ze względu na to, że - według słów kuratorki - biedne dzieciaki rzecz jasna kryją matkę jak tylko mogą, bez wahania kłamią w jej obronie i nie dają powiedzieć na nią złego słowa. Efekcik? Może jedynie z najstarszej coś będzie, bo jest na tyle rozsądna, że jakoś potrafi o siebie zadbać, zdała maturę i uczy się w szkole policealnej. Mariusz ma 17 lat i jest w 2 klasie gimnazjum z brakami sięgającymi szkoły podstawowej. A najmłodszy, 6-letni braciszek JUŻ NA STARCIE jest do tyłu: matka nie posyłała go w ogóle do zerówki, przez co nie pójdzie we wrześniu do pierwszej klasy, bo ma za dużo zaległości i dostał odroczenie z poradni. Jeszcze nawet nie zaczął kariery szkolnej, a już jest spadochroniarzem...
Czas na konkluzję. Otóż kiedy tak tego wszystkiego słuchałam, to zalecenia zawarte w "Państwie" Platona dotyczące kontroli nad wychowaniem wydały mi się całkiem sensowne. Patrząc na takie rodzinki, jak ta opisana przeze mnie wyżej, to człowiek naprawdę dochodzi do wniosku, że dzieci nie powinny dorastać pod okiem rodziców - czyli osób przypadkowych - tylko być oddawane już w niemowlęctwie specjalnie do tego przygotowanym pedagogom, którzy się na tym znają i nie zrobią małolatom krzywdy. Może to brzmi brutalnie, ale popatrzcie na ten paradoks: żeby prowadzić głupi samochód, trzeba zdać egzamin na prawo jazdy - ale żeby mieć prawo wychowywać dziecko, nie trzeba przechodzić żadnych testów, niczego się uczyć. Wystarczy sobie tylko je zmajstrować... Czy ktoś mi może powie w związku z tym, że wychowanie człowieka jest łatwiejsze, niż kierowanie samochodem? A jeżeli nie jest, to dlaczego tutaj nie wymaga się żadnego szkolenia, pozwalając, by takie kobiety jak mamusia Mariusza beztrosko niszczyły życie swoim dzieciom?
Nie każdy człowiek z definicji nadaje się do tego, by być rodzicem - tak, jak nikt nie rodzi się ze zdolnością prowadzenia samochodu. A skoro tak, to umiejętność wychowania człowieka powinna być po pierwsze KSZTAŁCONA, a po drugie WERYFIKOWANA. I w razie oblania testu skutkować odebraniem praw rodzicielskich.
Nawet nie mam siły tego komentować...Szkoda mi strasznie takich dzieciaków. Jak czytam takie historie to uświadamiam sobie, że powinnam krzyżem leżeć w kościele i dziękować za swoich rodziców.
OdpowiedzUsuńMnie najbardziej szkoda tego najmłodszego, ma dopiero 6 lat i spokojnie dałoby się go uratować - pod warunkiem, że zabrano by go matce i dano na wychowanie jakimś normalnym ludziom. Ale znając polskie sądy to będą się dalej z mamusią cackali, aż chłopczyk narobi sobie takich zaległości, jak jego starszy brat.
UsuńA nauki przedmalzenskie w kosciele???? A potem co? jak obleja egzamin, to kastrowac?
OdpowiedzUsuńNie, zartuje oczywiscie... Ale to by byly argumenty ''powazne'' w ustach Twoich przeciwnikow... Widac tutaj, ze zawodzi Panstwo w osobie Pani Sedzi i pewnie paru innych tez.
Sam jestem zdania, ze mlode malzenstwo (para, czy jak tam zwal) powinna sobie najpierw wziac na wychowanie psa (nie kota, bo ''toto'' sie przeciez chowa samo), jesli sobie poradza i pies ich nie zezre ani nie zdominuje, dac im prawo do rozmanzania.
To tez jeden z powodow, dla ktorych porzucilem zawod pedagoga. Bezmyslnosc i glupota rodzicow.
Spokojnego weekendu zycze.
Dobranoc.
Z jednym się tylko Robalku nie zgodzę - że kota nie trzeba wychowywać, bo się chowa sam. Oj, zdziwiłbyś się, gdybyś poznał Pumiszcze :)
Usuńzgadzam się w 100% co do kota - w moim przypadku to kot nas sobie wychował jak chciał :D
UsuńAle to wiedzą tylko ci, którzy podjęli się w życiu trudu wychowania kota :)
Usuńrozpiescilas Pumiszcze :) nic wiecej :)
OdpowiedzUsuńJa - trochę, na szczęście nastał Hipek :) Ale i tak to jest ciągłe ustalanie granic. Właśnie z psami jest mniejszy problem, bo pies generalnie jak uzna, że jesteś samcem alfa, to już będzie cię słuchał. Kot do końca życia nie przestanie kombinować, jak obejść przepisy.
UsuńNapisałaś o tym o czym ja od dawna myślałam... Testy przed zostaniem rodzicem, szkolenia itd... Niestety, to już od dawna sfera marzeń.
OdpowiedzUsuńZostawianie dzieciaczków na wychowanie ludziom, którzy się na tym znają...Mam już chyba z tysiąc kandydatów, tylko kto się tego podejmie :-)
Zawsze szkoda mi takich dzieciaczków, bo w sumie nie są niczemu winne, że jakieś nieodpowiedzialne osoby powołały je na ten świat. I tu powinno zareagować państwo, ale jak widać też ma to w głębokim poważaniu...
Ja sobie zdaję sprawę, że moje postulaty - czyli egzaminy na rodziców - wymagałyby rewolucji społecznej, zupełnie innego modelu społeczeństwa. I wiem doskonale, że to nierealne. Ale pomarzyć można...
UsuńZgadzam się w 100% że nie każdy powinien być rodzicem. A osób do przeegzaminowania (to się przez dwa ee pisze? słownik mi nie podkreślił ale jakoś tak dziwnie to wygląda..) kandydatów na rodziców byłoby więcej niż tylko oczywiste patologie.. Można być wzorem jednostki w społeczeństwie, a swoimi zaburzeniami osobowości i zachowań zniszczyć komuś dzieciństwo..
OdpowiedzUsuńRodzicielstwo powinno być przywilejem, a nie prawem..
Tak, przez dwa "ee", mimo że dziwnie wygląda :)
UsuńPod resztą Twojego komentarza podpisuję się obiema rękami i nogami.
Ja się zgadzam z przedmówcą, tyle tylko, że ja w ogóle uważam, że rodzicielstwo nie jest prawem (stąd absurdalne jest dla mnie stwierdzenie "mam prawo do dziecka" - nie, nikt nie ma praw do drugiego człowieka), jest darem i przywilejem właśnie. Na szczęście wielu rodziców myśli podobnie. Ale wielu nie myśli wcale :(
OdpowiedzUsuńProblem w tym, że oddanie dzieci "na wychowanie" specjalnej kadrze też niewiele zmienia. Bo nawet świetny ekspert od rozwoju, edukacji i wychowania, nie będzie po prostu kochał, tak, jak kochają rodzice. A bez tej miłości rodzicielskiej da się wychować obywateli, ale nie da się sprawić, żeby dzieci były w pełni szczęśliwymi ludźmi. (Mama Mariusza może i kocha, ale jakoś kaleko, ułomnie, toksycznie, albo i wcale - coś mi mówi, że i ją ktoś tak kaleko kiedyś kochał...)
Przeegzaminować potencjalnych rodziców też się niestety nie da - a to z tego prostego względu, że nikt z nas nie spodziewa się tak naprawdę, jak rodzicielstwo jego życie zmieni. Wiem to nie tylko z własnego doświadczenia. Bycie rodzicem to doświadczenie ekstremalne - można i trzeba się do niego przygotować, ale i tak jesteśmy w stanie sprawdzić się tylko w praktyce, i nikt z nas nie dostaje wtedy samych piątek.
Podobnie jest zresztą z całym życiem - z miłością, z przyjaźnią, z cierpieniem, z przemijaniem - chciałoby się, żeby jakieś odczłowieczone, obiektywne "państwo" miało na wszystko reguły i zasady, którymi byłoby w stanie kierować ludźmi i zaprowadzić ład na ziemi. Ale nie - najważniejsze na tym świecie sprawy są tylko w naszych rękach. I tak naprawdę większość z nas z wielkim trudem tę odpowiedzialność uświadamia sobie i z wielkim trudem ją znosi, realizuje - a niektórzy pod tym ciężarem upadają i już nie wstają.
Zgodzę się na pewno z tym, że niestety dopóki człowiek nie sprawdzi na własnej skórze, czy, jest rodzicielstwo, to tak naprawdę nie będzie tego wiedział. Ja też przed podjęciem pracy w Zoo miałam sporą podbudowę teoretyczną w postaci przeczytanych książek i odbytych warsztatów psychologicznych, a mimo to pierwsze miesiące były koszmarne. Tym niemniej jestem przekonana, że bez tej teorii byłoby mi 100 razy ciężej - o ile w ogóle bym sobie poradziła. Ergo - obowiązkowe "nauki przedrodzicielskie" może mają jednak sens, pod warunkiem, że podchodzono by do nich na poważnie.
UsuńW kwestii miłości - hmm... Jak wiadomo na przestrzeni wieków rozmaicie podchodzono do miłości rodzicielskiej, były systemy [ba! całe wieki...], w których rodzice kompletnie nie interesowali się swoimi dziećmi, tylko właśnie zlecali pieczę nad ich rozwojem wychowawcom. I jakoś to funkcjonowało, mam wrażenie, że wcale nie gorzej, niż obecnie. Jestem jednak zdania, że dla rozwoju dziecka ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, a jeśli tego nie potrafi zapewnić rodzic, to powinien ktoś inny. Toksyczna miłość to tak naprawdę żadna miłość, bo przynosi więcej szkody, niż korzyści.
Wiesz, wszystko zależy od tego, co uznamy za cel "wychowania". Jeśli chodzi nam o wychowywanie obywateli, to tak, myślę, że przekazanie dzieci wyłącznie wyedukowanym specjalistom ma sens (bierzmy oczywiście zakładkę na to, że i wyedukowany specjalista może okazać się niezdolnym do wprowadzenia w teorii w czyn/nieopanowanym/emocjonalnie niedostępnym etc.). Tyle że ja patrzę na to inaczej - rolą rodzica jest moim zdaniem (za Jesperem Juulem i innymi) zbudowanie w dziecku poczucia własnej wartości, wiary w siebie i emocjonalnego kapitału szczęścia po to, aby w przyszłości umiało byś szczęśliwe i dawać szczęście innym (jeśli rodzic jest w stanie takie zadanie realizować, to tym bardziej jest w stanie zapewnić swoim dzieciom bezpieczeństwo czy wykształcenie - paradoksalnie to jest łatwiejsze w realizacji). Gdyby to było proste, to ludzkość nie miałaby w ogóle takich problemów, jak opisana przez Ciebie rodzina. Tylko że nie jest - dla nikogo. A to, że jakoś to funkcjonowało na przestrzeni wieków i funkcjonuje nadal - to prawda. W sensie obywatelskim właśnie. Bo przecież poziomu spełnienia i szczęścia poszczególnych ludzi, i kiedyś i teraz, nie sposób zmierzyć.
UsuńŻeby podsumować - wychowawca jest jak koło ratunkowe tam, gdzie rodzic zawiódł, ale nie sądzę, żeby był w stanie rodzica tak po prostu zastąpić ("odżywianie zbiorowe, czyli z kotła, stosujemy tam, gdzie życie rodzinne nie jest możliwe" śpiewała Krystyna Zachwatowicz onegdaj ;))
No właśnie im dłużej żyję, obserwuję świat - a zwłaszcza, im dłużej pracuję w Zoo - tym jestem mniejszą entuzjastką idei rodziny jako najlepszego środowiska dla wzrostu dziecka... Dobry wychowawca też jest w stanie zaszczepić w wychowanku poczucie własnej wartości - rzecz jasna w systemie, który ja mam na myśli, opieka państwa nad dziećmi musiałaby być skonstruowana inaczej, niż teraz, żadnych biduli-molochów. Nie jestem też generalnie przeciwniczką rodziny jako takiej - tyle, że zastanawiam się, czy do posiadania praw rodzicielskich nie powinno się podchodzić inaczej, tzn. na zasadzie, że są kwestią nabytą, przywilejem, a nie prawem, które każdy ma tylko z racji tego, że spłodził potomka.
UsuńNawiasem mówiąc - Topik [Topcia :)] dalej strajkuje? Dziewczyna ma charakterek od samego początku :)
Wiesz, ja jako rodzic będę się upierać, że miłość matki i ojca jest nie do zastąpienia żadnym systemem opieki, choćby najbardziej sprawnym. Ale rozumiem, że praca w Zoo musi zmuszać do takich refleksji - masz codziennie do czynienia z dziećmi rodziców, którzy swojemu zadaniu nie sprostali. A nie sprostali zapewne dlatego, że sami pochodzą z niewydolnych rodzin... Więc wyobrażam sobie, że Twoje spojrzenie na rodzinę jest zgoła inne niż moje.
UsuńJednak myślę, że z tym nabyciem praw rodzicielskich to nie jest prosta sprawa. A to dlatego, że tak jak nie można mieć pełnego zaufania do kogoś tylko dlatego, że spłodził potomka, tak też nie można mieć pełnego zaufania do kogoś tylko dlatego, że jest wyedukowanym wychowawcą/ekspertem/urzędnikiem (oni też zawodzą, mimo teoretycznego przygotowania, brutalny przykład - pan Samson). Prawo prawem, wiedza wiedzą, ale sprawę knoci zawsze ludzka niedoskonałość. Nie wierzę w zbawcze systemy, raz, że nigdy w historii żaden się nie sprawdził, dwa, że ludzie jako gatunek zawsze nadużywają szczytnych idei i prostytuują je w rezultacie. I cierpią.
Topik twardo siedzi i nie wychodzi. Staram się czekać na nią cierpliwie, ale średnio mi wychodzi ;)