Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 3 lipca 2012

Sprawy wakacyjne - i kolejny przepis kulinarny

    Dziś mam tak naprawdę pierwszy dzień wakacji. Wczoraj jeszcze musiałam pojechać do Zoo na radę plenarną, która trwała kilka godzin. Dla niezorientowanych - "ogłoszenia parafialne" dyrekcji, czytanie sprawozdań, roboczy przydział czynności na kolejny rok szkolny, informacje na temat egzaminów poprawkowych. Generalnie nuda, ale niestety konieczna ze względów formalnych.
    Na odnotowanie zasługuje nowe zarządzenie Głównej, pod którym podpisuję się obiema rękami [to jest skrzydłami...]. Otóż Szefową - podobnie jak mnie - wkurzyła nadmierna ilość egzaminów klasyfikacyjnych przyznawanych wagarowiczom i krętaczom, którzy traktują ten przywilej jako dodatkowy termin na zasadzie "a może się uda". W rezultacie przychodzą kompletnie nieprzygotowani, dostają jedynki... które potem poprawiają w sierpniu. Oni mają w nosie, a my, nauczyciele, musimy dwukrotnie uruchamiać całą procedurę związaną z egzaminami. Główna poszła więc po rozum do głowy, dokładnie przeanalizowała statut szkoły i wyczytała, że egzamin klasyfikacyjny należy się TYLKO uczniom, którzy mają nieobecności USPRAWIEDLIWIONE. W pozostałych przypadkach jest to wyłącznie dobra wola Rady Pedagogicznej - i jak praktyka pokazywała, rada zbyt często wyrażała zgodę na egzamin z byle powodu. Szefowa więc oznajmiła, że od września prawo do egzaminu klasyfikacyjnego będą mieli wyłącznie uczniowie, których nieobecności mają odpowiednią "podkładkę", a nie żadne tam "trudna sytuacja życiowa". Co więcej, podanie o egzamin z uzasadnieniem małpka będzie jej musiała OSOBIŚCIE zanieść w zębach do gabinetu - co na pewno będzie wystarczającym zabiegiem odstraszającym kombinatorów, bo uwierzcie, nie chcielibyście być w skórze ucznia, na którego wydziera się Główna... Następnie w stosownym terminie wołany będzie wychowawca delikwenta i z nim dokładnie analizowany konkretny przypadek. I dopiero w sytuacji, kiedy Szefowa nie będzie miała żadnych zastrzeżeń, to podanie zostanie przedstawione Radzie Pedagogicznej do przegłosowania.
    Co to oznacza w praktyce dla małpek? Ano prostą kalkulację: lepiej się nie nauczyć, przyjść i dostać jedynkę - niż robić uniki. W przypadku bowiem oceny niedostatecznej na koniec bez łaski dostaje się poprawkowy [a nawet dwa]. Natomiast jeśli nauczyciel wyliczy, że brakuje obecności - to pozamiatane, powtarzamy klasę... Mam tylko szczerą nadzieję, że moi koledzy i koleżanki z pracy będą w tej kwestii konsekwentni i nie będą na siłę klasyfikować leni i kombinatorów, którzy absolutnie na to nie zasługują.
   
    Ale dość o szkole - bo w końcu jestem na urlopie. Co zatem porabia Smok? Zasadniczo się roztapia. Najmniejszy wysiłek powoduje, że dosłownie robię się cała mokra i zupełnie nic na to nie mogę poradzić. Mój organizm dokładnie w ten sposób ratuje się przed przegrzaniem, trudno. Jedyne, co mogę robić, to uzupełniać płyny, by się z kolei nie odwodnić. Jedynym plusem tej pogody jest to, że prawie wcale nie chce mi się jeść. Ciśnienia nawet nie mierzę, nie chcę się przestraszyć :)
    Zamierzałam pospać, ale się nie dało, bo za gorąco. Wstałam więc prawie o tej samej porze, co Hipek do pracy [czyli po 6 rano]. Swoją drogą, jak tu się cieszyć z wakacji, skoro błotny ssak i tak jest poza domem i ciężko haruje...? No nic to, odwaliłam domowe obowiązki, czyli sprzątanie, pranie, zakupy. Wiecie co, chrzanię takie układy, że po każdorazowym wyjściu z domu na to słońce muszę w Pomarańczowej Jaskini dochodzić do siebie godzinę [nic a nic nie przesadzam!]. Siedzę zatem przed laptopem, stopy mam w miednicy z zimną wodą, w twarz dmucha mi podręczny wentylatorek [nabytek Hipka] i popijam zieloną herbatę w temperaturze pokojowej [genialna sprawa na upały]. I nic mi się nie chce.
    Ale przepraszam, wykonałam dziś jedną pożyteczną rzecz. Zrobiłam online kwerendę po miejskich bibliotekach i namierzyłam kilka książek, które przydadzą mi się do napisania pracy podyplomowej. Teraz muszę zebrać się w sobie, pojechać je zamówić i odebrać, a jak się domyślacie, nie bardzo mam na to ochotę przy tej temperaturze za oknem. Może jutro... :) Namierzyłam też dwie knigi wydane na początku XX wieku dostępne online w postaci skanów [kochana Biblioteka Uniwersytetu Śląskiego :)]. Śmiejcie się, ale budzi się we mnie żyłka naukowca i szperacza, czyli Smok w swoim żywiole. Zamierzam skompletować materiały, a potem je zapakować i wynieść się na wieś do Seniorki. Tyle przynajmniej będę miała wakacji... Ale to dopiero w przyszłym tygodniu, jak już, bo zapowiadają ochłodzenie. Nie mam zamiaru ładować się nikomu na łeb w takim stanie fizycznym [a on się nie polepszy, dopóki są upały], nawet, jeśli ten ktoś to moja najukochańsza rodzicielka.

    A teraz, moi drodzy Czytelnicy, zachęcona zainteresowaniem, jakie wzbudził Urodzinowy Galaretkowiec Hipka [o czym świadczą liczne komentarze pod postem], zaserwuję Wam dziś kolejny przepis. Mam nadzieję, że nie obrazicie się, że na czas wakacji blog szkolny zmieni charakter - przynajmniej w części - na blog kulinarny... Obiecuję, że nie będzie to stan permanentny, ale edukacyjnie mamy sezon ogórkowy [chyba, że odezwą się obcokrajowcy...], a o czymś pisać trzeba. Mam w zanadrzu kilka przepisów, które są naprawdę dobre i sprawdzone. Nie powinniście być zawiedzeni.
    Lubicie szpinak? Nie każdy jest jego fanem, ale jeśli tak, to uraczę Was czymś ekstra - roladą szpinakową. Wbrew pozorom bardzo prosta i szybka w przygotowaniu - całość zajmuje najwyżej godzinę. Niestety, obecnie nie mogę jej robić, bo Hipkowi zrobił się do niej uraz - wcinał ją ochoczo na pierwszym etapie choroby, a potem go od tej potrawy odrzuciło... Cóż, może to kiedyś przejdzie. Oby, bo roladka jest w dechę.

ROLADA SZPINAKOWA

2 opakowania mrożonego szpinaku [2x450g]
4 jajka
2-3 łyżki bułki tartej
2 serki śmietankowe typu "almette"
sól, pieprz, czosnek granulowany [do smaku]
plastry wędzonego łososia / upieczona pierś z indyka pokrojona w cienkie plastry / tuńczyk z puszki

Szpinak rozmrozić [najlepiej zostawić na noc], dobrze odcisnąć. Do zimnego szpinaku dodać 4 żółtka, bułkę tartą, przyprawy, zmiksować. Ubić pianę z 4 białek i ostrożnie wymieszać łyżką z masą szpinakową. Blachę piekarnika wyłożyć pergaminem i na nim równomiernie rozsmarować ciasto. Piec ok. 20 minut w temp. 200 st. C. Na CIEPŁE ciasto nałożyć kuchenną ściereczkę, zwinąć w rulon i tak wystudzić. Następnie rozwinąć roladę i wysmarować serkami. Na to rozłożyć równomiernie łososia [albo indyka czy tuńczyka]. Ostrożnie zawinąć w roladę, wstawić do lodówki, by się schłodziło. WCINAĆ.
Rewelacyjne na drugi dzień, jak się przegryzie, ale szczerze wątpię, by przetrwało tyle czasu...


                                                [Rolada szpinakowa - wersja z tuńczykiem]




24 komentarze:

  1. oooooooo, a miałam jutro robić pierogi! Wygląda na obłędne w smaku, a do tego zdrowe i nadające się dla Małża, który dzielnie przestrzega diety nisko-węglowodanowej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, to się nada bardzo dobrze. Naprawdę polecam, rewelacja i znika błyskawicznie :)

      Usuń
  2. robiłam kiedyś podobną, ale z marchewki zamiast szpinaku, ale szpinakiem nadziewaną.. rany, niech już będzie rano :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A masz gdzieś przepis na tę marchewkową? Może Hipo by mógł ją jeść...

      Usuń
    2. Wziął i wsiąkł ten przepis... Szukałam dziś w oczekiwaniu na piekące się roladki ze szpinaku (:D ) i się nie doszukałam... musiał nie przetrwać którejś z przeprowadzek...

      Roladki też wzięły i wsiąkły. Jeszcze zanim zdążyły się razem z nadzieniem w lodówce schłodzić.. tzn, nigdy do lodówki nie dotarły... zostało mi tylko zdjęcie :D

      Usuń
    3. Wiedziałam, że tak będzie :) A Małż się załapał? Następnym razem zrób od razu z podwójnej porcji :)

      Usuń
    4. Załapał, jedliśmy na wyścigi :D

      Usuń
    5. To najlepsza reklama dla tej rolady :)

      Usuń
    6. Będzie lepsza dziś na blogu, tylko teraz na basen biegnę :)

      Usuń
  3. Wygląda zabójczo. A ze świeżego szpinaku się nie da?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie próbowałam. Musiałabyś go pewnie bardzo drobno posiekać albo zmielić, bo jak inaczej się utrze mikserem...?
      Jeśli zrobisz ze świeżym i wyjdzie, to daj znać :)

      Usuń
  4. Robal lubic szpinak :)
    Tak zanim przejde do kulinariow, to wlasnie zlopie zielona herbate (¡Que asco!) ale zaparzylem pol szklanki, dodalem slodzik (za chinskiego boha nie wypije gorzkiej herbaty) i kilka kostek lodu. Mowie ci, dziala bezblednie.
    Natomiast wracajac do RORADY...
    Mozna zrobic z zoltego sera (nadzienie wedlug upodoban).
    Skladniki:
    - gar z dopiero co zagotowana woda, w wiekszej ilosci - ok. 3-4 litrow.
    - 1 kg zoltego sera w kawalku (znaczy bryla jakiej goudy czy edama czy boh wie czego).
    - walek do ciasta, ewentualnie stolnica.

    Do goracej wody (po wylaczeniu palnika) wrzucic bryle sera. Przykryc garnek deklem. Po ok 20 minutach wyjac ser (bedzie wtedy bardzo miekki, wiec ostroznie - nie mowiac, ze goracy) i polozyc na desce. Rozwalkowac szybko na prostokat o grubosci ok pol centymentra.
    Jeszcze kiedy jest troszke cieply, przelozyc na sciereczke lub folie, posmarowac nadzieniem, zwinac i dodatkowo owinac folia aluminiowa.
    Wrzucic do lodowki.
    Reszta jak u ciebie :)

    A szpinak to z czosneczkiem i smietanka... Hmmmmm :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żałuj, że nie widziałeś miny Hipka, jak mu przeczytałam, że to z kilograma sera żółtego :) On strasznie lubi. Oznajmił, że musimy koniecznie zrobić.

      Usuń
    2. HAHAHAHAHAHAHA! No prosze, facet wie, co dobre :) wszystkie czynnosci po wyjeciu sera z wody trzeba robic szybciutko, bo to szybko stygnie. ale co tam. Ostatecznie mozna poczekac 30 min. z tym zatopionym serem i w miedzyczasie zrobic farsz. Farsz miesny, pieczarkowy, szpinakowy, lososiowy, jajeczny, czy co ci tam wpadnie w lapy.
      Ja ostatnio jadam glownie ser. Bialym, kremowym smaruje kanapki, zamiast maslem, a na wierzch ser zolty. Jakos mi mieso nie wchodzi... Chyba sie starzeje... ;)

      Usuń
    3. U nas będzie na pewno farsz mięsny albo rybny w ostateczności. Hipek jest typowym mięsożercą - sałatkę z bobem i tak przegryzał parówkami, bo mu kurczaka w środku było za mało :)

      Usuń
  5. Tak tylko dorzucę... nie zdziw się, gdybyś kiedyś, w poszukiwaniu kulinarnych inspiracji, natknęła się na arabską kuchnię fusion i przepis na roladę szpinakową nadziewaną pastą chilli, lub białym serem z oliwą z oliwek i zataarem, lub foulem z bastermą...

    Podbiłaś Półwysep Arabski! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będzie po arabsku "Smocza rolada szpinakowa"? Taka może być oficjalna nazwa tej potrawy w Dubaju :)

      Usuń
    2. ملفوف سباخ التنين (malfuf sabanykh al tinin) ;) ale to tłumaczenie słowo w słowo, nie sens w sens... bo w arabskim nie da się stworzyć przymiotnika od nazwy zwierzęcia (smocza), więc to tak naprawdę znaczy, że to jest rolada szpinakowa zrobiona ze smoka.. bez sensu ;)

      Arabski to koszmarny i jednocześnie niesamowity język... bardzo mocno opisowy (jak arab mówi "twoje oczy płoną żarem jaśniejszym od gwiazd wieczornych, migoczących na granacie nieba", to znaczy to "ładna jesteś" i bynajmniej nie jest poetą, tak po prostu mają ;) mają za dużo słów, a słowa tworzą i tworzą, ale już przymiotnika od Smoka stworzyć nie umieją...)

      Nie używają czasownika "być" w nam znany sposób. Za to mają kilka różnych "być" ;)

      Liczba mnoga to tylko od 3 do 11 - później rzeczowniki wracają w liczbie pojedynczej...

      A, słownik :D nie ma jak u nas, że a... b... c... tylko 3 literowe rdzenie słów, np jak chcesz znaleźć coś odnośnie książki, pisania, biblioteki, to idziesz pod KTB bo to 3 litery tworzące wszystkie słowa związane z książkami (kitaab - książka, ktub - pisać, maktabat - biblioteka)... więc, żęby coś znaleźć, musisz wykombinować jaki jest rdzeń słów logicznie ze sobą powiązanych...

      oczywiście nie, że ktb, tylko... كتب

      Usuń
    3. O arabskim miałam trochę na teorii języka, ale tylko tak w ramach "ciekawostki" dla polonistów, na zasadzie porównania systemu języków indoeuropejskich z innymi. Pamiętam np. że mają głoski gardłowe i krtaniowe, czyli dla Europejczyka kompletna egzotyka nie do powtórzenia bez długotrwałych ćwiczeń.
      A ta rolada to chyba bardziej w opisie jako "zrobiona przez Smoka" :)

      Biedny w takim razie Twój mąż - kiedy chce Ci powiedzieć komplement, to musi wcześniej przygotować sobie szklankę wody, żeby mu w ustach nie zaschło :)

      Usuń
  6. Właśnie zauważyłam, że formatowanie przestawiło wszystko co napisałam w "szlaczkach"... bo pisałam od prawej do lewej a wyświetliło się od lewej do prawej, zupełnie tracąc sens.

    Tak, te dźwięki to koszmar... mają "germańskie" krtaniowe H, gardłowe kh i gulgoczące, "francuskie" r... na dokładkę "a" krótkie, długie i średnie ;) oraz "a" przechodzące w "i", które jednak jest "a"... z "a" jeszcze przeszło, ale te trzy H,kh i r... powiedzmy, że H umiem wymówić, pod warunkiem, że jest to sam dźwięk ;) w słowie już nie wychodzi ;)

    Mój mąż mnie komplementuje po angielsku, bo to język, który uważa za swój własny (jako dziecko mieszkał w Stanach i całą edukację przeszedł w amerykańskich szkołach), po arabsku mówi biegle, ale twierdzi, że "nie czuje" tego języka. Do tego od mamy wyniósł francuski, którym też mówi bez zająknięcia, ale uparcie twierdzi, że tak nie jest ;) Strasznie mu zazdroszczę bycia naturalnie trójjęzycznym... W dzisiejszym świecie to dar nie do przecenienia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przejmuj się - przecież ja i tak nie załapałam, czy te "szlaczki" są od dobrej strony, czy od złej... Mogłaś mi napisać cokolwiek, a ja i tak łyknęłabym jak młody pelikan :)

      Masz rację, trójjęzyczność to skarb. Rozumiem, że mąż "myśli" w języku angielskim? le to jak tak, to koniecznie ucz go polskiego. No przecież jest o wiele prostszy, niż arabski.

      Usuń
  7. Tak, myśli w angielskim, dlatego twierdzi, że nie czuje arabskiego, czy francuskiego. Polskiego ma zamiar się nauczyć, ale to dosyć zajęty człowiek, do tego umysł bardzo ścisły, a nauka języka, jak wiadomo, dużo z matematyką wspólnego nie ma ;) Za to potrafi bezbłędnie wymówić: ogórkowa, sernik, żubrówka i parę innych, pokrewnych tematycznie ;)

    A wiesz, z tym myśleniem po angielsku... ja po angielsku jedynie studiowałam, a o sprawach zawodowych umiem myśleć i mówić wyłącznie w tym języku. Choć to może taka natura informatyki, po polsku nie potrafię nazwać wszystkich składowych komputera, zwłaszcza tych elektronicznych :/ a żebyś widziała moją listę zakupów :D "sliced marchewka" jako przykład pierwszy z brzegu :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Oooo!!! Super przepis! Już wydrukowany i będzie próbowany :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam nową Czytelniczkę :)
      Życzę smacznego i napisz potem, jak się udało. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń