W zeszłym tygodniu - od środy do piątku - trafiła mi się szybka fucha w charakterze lektora dla cudzoziemców łaknących polszczyzny jak kania dżdżu :) Dla tej części moich Czytelników, która dołączyła do nas niedawno, wyjaśniam: Dragonka dorywczo trudni się też nauczaniem języka polskiego jako obcego, tzn. wtedy, kiedy jej się coś trafi. Jeśli nie pamiętacie, jak to się odbywało w poprzednie wakacje, to zapraszam do odświeżenia postów z lipca i sierpnia 2011 [polecam w szczególności "Żółte wiaderko" oraz "Psze pani, co to znaczy"].
Tym razem było prawie identycznie, jak rok temu - czyli telefon we wtorek, a zajęcia od środy [wskoczyłam na zastępstwo za lektorkę, której pochorowało się dziecko]. Dwóch uczniów, z czego z pierwszym, Dieterem z Drezna, miałam już lekcje indywidualne w tamte wakacje, tak więc przynajmniej bardzo dobrze wiedziałam, czego się spodziewać. Jest to tak na oko 40-letni facet, który prowadzi interesy w Polsce, więc język jest mu potrzebny z powodów biznesowych - ale sprawę też ułatwia fakt, że jego była żona i jednocześnie matka jego dwójki dzieci, jest Polką. Dieter niestety z jakiegoś powodu jest przypadkiem niewyuczalnym, tzn. zatrzymał się na poziomie komunikatywnym, pozwalającym mu się dogadać w taki sposób, aby być zrozumianym, ale na tym koniec. Teraz jednak musi zdać egzamin certyfikacyjny z polskiego na poziomie B1 i dlatego zażyczył sobie ostrego treningu gramatycznego.
Drugi z uczniów to Andreas, przesympatyczny student antropologii z Kopenhagi. Przyjechał do Polski na 4 miesiące... podglądać gospodarstwa rolników w Bieszczadach. To nie żart - zarzekał się, że to dla niego fascynujący materiał badawczy, bo mało zostało w cywilizowanej części Europy takich "skansenów chłopskich", jak właśnie w Bieszczadach. No cóż, pewnie sporo w tym prawdy... Adreasowi zależało przede wszystkim na tym, by móc się zacząć dogadywać i przeżyć w polskiej głuszy, bo trudno oczekiwać od tubylców, że będą znali angielski :)
Dowcip z uczeniem obu panów polegał na tym, że Niemiec był na zdecydowanie wyższym poziomie językowym, niż Duńczyk - ale ze względów formalnych nie bardzo się dało przydzielić ich do innych grup. W związku z tym szefowa połączyła ich w parę i niech lektorzy się martwią... No cóż, przerobiłam z nimi trochę gramatyki [dokładnie tryb rozkazujący i warunkowy, bo to im wypadało z programu opracowanego przez poprzednią nauczycielkę], pomęczyłam ich zestawami egzaminacyjnymi z poziomu B1 [ku radości Dietera, a rozpaczy Andreasa], wprowadziłam trochę słownictwa związanego z częściami ciała oraz cechami charakteru [to z kolei bardziej pod potrzeby Duńczyka].
W ramach ćwiczeń ze słuchania natomiast przytachałam swojego laptopa i uraczyłam panów kronikami filmowymi z lat '50 ubiegłego wieku. Swoją drogą szkoda, że nie wpadłam na ten pomysł już rok temu, bo propagandowe filmy nadają się wprost idealnie do celów szkoleniowych dla obcokrajowców - jest łopatpologiczny obraz, powoli i wyraźnie mówiący lektor, jasny, z góry łatwy do przewidzenia przekaz. Przy okazji rzecz jasna można się dużo nagadać o socjalizmie, socrealizmie, o sytuacji politycznej i społecznej Polski Ludowej. Puściłam więc cudzoziemcom słynną kronikę o stonce ziemniaczanej [którą Dieter był ubawiony, bo okazało się, że jego ojciec w tym samym czasie zbierał "żuka kolorado", ale rzecz jasna w NRD :)], potem filmik o Kole Gospodyń Wiejskich z Moszczenicy śrubujących normy gospodarcze, a na koniec o kobietach-spawaczkach z Huty Ostrowiec i windziarkach z budowy na Muranowie. Byli zachwyceni, choć Bogiem a prawdą nie sądzę, by takie zwroty, jak np. bumelant, dywersant, podżegacz, kułak czy przodownica pracy, przydały im się na co dzień w naszym pięknym kraju :)
Na zakończenie oddam głos Andreasowi, ponieważ powiedział coś, co utkwiło mi w pamięci. Zapytałam go, dlaczego zainteresował się akurat Polską - bo przecież nawet dla antropologa znalazłoby się w Europie co najmniej kilka ciekawszych nacji. Wygładzając gramatycznie i stylistycznie jego wypowiedź [bo nie byłby w stanie jeszcze zbudować aż tak skomplikowanych zdań], odparł mniej więcej tak:
- Wy, Polacy, jesteście niesamowici jako naród. No pokaż mi kogoś, kto też jest tak przywiązany do swoich korzeni i tradycji? Przecież was 123 lata nie było w ogóle i co z tego? Zaczęliście od nowa po I wojnie światowej jak gdyby nigdy nic. Gdyby to padło na jakiś inny naród, to po 50 latach byłoby po języku i kulturze, a was nic nie ruszyło, a literatura to się nawet lepiej rozwijała, niż jak mieliście własne państwo. Gdyby nie to, że tak było naprawdę, to nigdy bym w coś takiego nie uwierzył.
Wiecie co? Szkoda, że - uogólniając - Polacy nie potrafią tak optymistycznie popatrzeć na swoją historię, jak ten młody obywatel Danii. Może przestaliby wtedy tak sobie dogryzać i prowadzić wojny polsko-polskie... Wiem wiem, marzenia ściętej głowy.
Nawiązując do ostatnich dwóch akapitów myślę, że to sprawia inny punkt widzenia. Są zdarzenia, w których warto usłyszeć zdanie osoby postronnej:)
OdpowiedzUsuńp.s. Twój przepis na leczo jak najbardziej dla mnie:)
Pozdrawiam:)
Pewnie masz rację z tym punktem widzenia, ale jakoś tak smutno mi się zrobiło kiedy usłyszałam, jak wychwala nas Duńczyk - podczas gdy sami na sobie potrafimy tylko wieszać psy...
UsuńPoczułem delikatny fetor zatęchłej polityki ;-)) wojna polsko-polska gdzieś już to słyszałem hm, niech się zastanowię .............;-))
OdpowiedzUsuńJeśli masz problemy z pamięcią, to na pewno znajdą się smutni panowie, którzy Ci pamięć odświeżą :)
UsuńMyślałam, że mam bogaty zasób słownictwa... pewnie dlatego, że stawiam się w kontraście z absolwentami najpierw klasy matematycznej, później informatyki ;) cóż, przyjęłam lekcję pokory i teraz już wiem, kto to bumelant i kułak ;)
OdpowiedzUsuńJakby Ci kiedyś zabrakło pomysłów na posty, to napisz mini przewodnik po poprawnej polszczyźnie dla absolwentów kierunków ścisłych. Bo tak jak o tym myślę, to prawie nic nie pamiętam ze szkoły... można zaczynać zdanie od "bo"?
Mam koleżankę, urodzoną w Polsce, ale wychowaną w Emiratach pół Polkę pół Palestynkę, która mówi po Polsku z cudownym akcentem, i którą uwielbiam torturować prosząc o poprawne wymówienie "czeszę się" i "cieszę się", tzn tak, żeby było słychać różnicę ;) Ta koleżanka co roku przyjeżdża do Polski i nasz kraj wielbi. Dosłownie wielbi. Ilekroć jej słucham, myślę sobie "ale mamy fajnie" :) Może zacznę ją nagrywać, puszczę to gdzieś na youtubie jako kanał propagandowy? :)
Co do "absolwentów kierunków ścisłych", to polecam Ci post pt. "Żółte wiaderko" - o matematyku jako osobnym gatunku ludzkim :):):)
UsuńCiężko napisać mini-przewodnik poprawnej polszczyzny, nie wiedziałabym, które reguły przede wszystkim wybrać. Zdania od "bo", nie powinno się zaczynać, tak samo jak od "więc" :)
Bumelant to śliczne słowo, chociaż akurat niemieckie. Naprawdę, gorąco polecam kroniki filmowe z czasów PRL-u, można je znaleźć na youtube. Znajdziesz tam mnóstwo takich uroczych, zapomnianych już dzisiaj wyrazów.
Och, ale przecież tabelki są takie ładne... ;) przyznaję bez bicia, że np. arabskiego uczę się tabelkami... wprawdzie jestem bardzo początkująca, ale jak do tej pory, nie znalazłam ani jednego wyjątku od poznawanych reguł. To tak, jakby ktoś stworzył język w oparciu o funkcje...
UsuńJak teraz o tym myślę... francuskiego też uczyłam się tabelkami ;) może po prostu pewnym osobom, to wchodzi? Choć nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tupała i krzyczała w poszukiwaniu tabelek. Co więcej, wszystkie robiłam sama wg. "swojej logiki", może dlatego mi to ułatwiało naukę, bo tabelki odzwierciedlały to, co mój mózg już przeprocesował...
Jeśli chodzi o osobny gatunek ludzki, to moje otoczenie nazywa tak humanistów ;) kwestia przynależności do obozu ;) Tylko, my tak nazywamy prawdziwych humanistów. Nie podróbki, które tylko dlatego, że nie są w stanie zrozumieć nieco bardziej zaawansowanej matematyki, nazywają się humanistami.
"Polskie tabelki" są nie do wrycia, przysięgam. Jeśli mi nie dowierzasz, wygooglaj sobie polską deklinację i koniugację, albo ja Ci mogę poszukać, jeśli bardzo chcesz... Uwierz mi, nikt normalny nie jest się w stanie tego nauczyć na pamięć. A już na pewno nie na początku nauki.
UsuńSerio arabski jest taki logiczny? Może już mają na tyle skomplikowany system znaków, że jeszcze jak by były wyjątki gramatyczne, to by powariowali :) Coś za coś.
Wiesz, mnie generalnie bawi szufladkowanie ludzi na "matematyków" czy "humanistów" - to wygodna wymówka zarówno dla jednych, jak i dla drugich, gdy chcą się jakoś wytłumaczyć ze swoich niedoskonałości. Tak przynajmniej ja na to patrzę. Sama siebie nazywam humanistką, ale mam na myśli to renesansowe znaczenie - tzn. humanista jako ktoś, kto interesuje się człowiekiem i jego potrzebami.
Każde szufladkowanie jest złe :) natomiast jest pewien zestaw wspólnych cech, które trudno mi nazwać, które mają np informatycy, matematycy, fizycy, jak i inne, które pewnie mają osoby zorientowane na historię, literaturę, nauki społeczne.
UsuńDla przykładu, dużo łatwiej jest mi dojść do sedna jakiejś kwestii, gdzie dyskusji są poddawane związki przyczynowo-skutkowe z osobą np. po elektronice, niż z artystą fotografem.
Jednego też jestem pewna - kobiety po kierunkach ścisłych, mówią o połowę mniej, niż mężczyźni po humanistycznych! :)
Zaświtał mi w głowie pewien pomysł... otóż mój mąż wyraża chęć nauki polskiego, tyle, że dopiero po przeniesieniu się do Polski, które mamy w bardzo odległych planach (5 letnich). Głównie dlatego, że jest to zapracowany człowiek, a poza tym w Dubaju nie ma kursów polskiego... zostają lekcje na DVD, bo ja nie umiem uczyć. Zastanawiam się, czy taki kurs, który prowadzisz, można zorganizować przez Skypea? Nasz znajomy stąd też chce się uczyć ;)
Nigdy nie uczyłam przez Skype'a, ale mogłabym spróbować. Materiały pisemne mogliby dostać mailem, a podręczniki pewnie da się zamówić. To mógłby być fajny pomysł :) Gdyby chcieli, to ja jestem za :) Co szkodzi zobaczyć?
UsuńUśmiechnęłam się czytając to o kobietach po kierunkach ścisłych - osobiście znam taką panią inżynier gadułę, że bije na głowę wszystkich facetów-humanistów :) Serio serio.
Z tymi cechami charakteru też bym była ostrożna - ale może po prostu mam inne doświadczenia z ludźmi. Albo to kwestia systemów kształcenia, bo "zaliczyłyśmy" inne, ja polski, Ty brytyjski z tego, co pamiętam.
Co do mnie - jestem po polonistyce, a w dodatku mam dyskalkulię [choć sama się od tym dowiedziałam dopiero na studiach podczas zajęć z psychologii] - a mam opinię osoby racjonalnej, poukładanej i logicznej. Moja Wicedyra - matematyczka - często mówi, że jestem zaprzeczeniem wszystkiego, co do tej pory sądziła o polonistach :)
To musi być wyjątek potwierdzający regułę :)
UsuńZ tym Skypem to może na priv się przeniesiemy? Nie mogę dopatrzeć się Twojego maila, więc jak coś to off shore pen (pisane razem) małpka gmail kropka com :)
A ja bym jeszcze poradził oglądanie klasycznych polskich filmów i seriali sensacyjnych takich jak "07 zgłoś się". Nie dość, że język tam żywy, to i realia doskonale przedstawione. A co do polityki i wojen polsko-polskich to chętnie się dowiem, którą opcję popierasz? Polską, czy polską? :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i goeiedag (czyt. chuje-dach).
Stare polskie seriale są genialne kulturowo, ale to jednak już wyższy poziom językowy. Dla Dietera i Andreasa byłoby za dużo słów, pogubiliby się.
UsuńJa naturalnie popieram opcję naszą, bo jak wiadomo - nasza naszość jest bardziej najsza niż wajsza :P
Goeiedag to chyba po holendersku?
I nikt nas nie przekona, że białe jest białe, a czarne czarne!
UsuńI tak, tak właśnie mówią w Holandii. Jak widzisz, czytelników/wielbicieli/fanów* masz w wielu miejscach świata.:)
*Właściwe skreślić.
A mogę skreślić wszystko, że tak zapytam nieskromnie? :)
UsuńOczywiście. Niniejszym oświadczam, że czuję się skreślony. :P
Usuń