Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragonka w kuchni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragonka w kuchni. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 stycznia 2016

Bitki z marchewką

    Ten tego ten... W Morelowej [bo już nie Pomarańczowej] Jaskini spokój. Mysza rośnie zdrowa, pogodna i dalej grzeczna. Hipek w kość nie daje, Puma takoż. A o polityce - choć to mnie niezmiennie emocjonuje - nie chce mi się postów pisać, bo jeszcze mnie zamkną... :) Czyli co, może skoczymy do kuchni i pozaglądamy Smoczycy w garnki?
    Znowu będzie coś szybkiego, niedrogiego i prostego w przygotowaniu. Proszę państwa, oto bitki. Pochodzenie przepisu tradycyjne - czyli Dragonka przeszperała internety i zrobiła autorski miks kilku przepisów. A że wyszło dobre, to się dzielę, a co :)



BITKI Z MARCHEWKĄ

SKŁADNIKI:
6 plastrów schabu
1-2 cebule
duża marchewka
mąka
oliwa z oliwek
kostka warzywna
przyprawy: sól, pieprz, słodka papryka, czosnek granulowany
liście laurowe
ziele angielskie

Schab lekko rozbijamy [ale nie na papier - chyba, że ktoś lubi, ale ja tam wolę czuć, że coś gryzę...], nacieramy przyprawami i obtaczamy w mące. Następnie smażymy na oliwie na brązowy kolor [idealnie, jeśli się lekko przypali], po czym przekładamy mięso razem z tłuszczem z patelni do szerokiego garnka lub rondla. Wrzucamy do środka cebulę pokrojoną w cienkie krążki oraz marchew pokrojoną w plastry. Zalewamy gorącą wodą tak, żeby przykryło mięso, dodajemy kostkę warzywną, kilka liści laurowych i 3-4 ziarna angielskie. Ostrożnie wszystko mieszamy i przykrywamy. Ma się dusić, aż będzie miękkie. Ile? To zależy od jakości i grubości mięsa, ale tak minimum pół godziny. Nie ma rady, sprawdzamy co jakiś czas widelcem. Kiedy bitki są miękkie, zagęszczamy sos mąką [ale nie dużo, nie chodzi nam o to, by łyżkę można było postawić...].
    I co? I już. Wpierniczamy z kaszą, ziemniakami lub ryżem oraz z surówką.




piątek, 1 stycznia 2016

Mielone inaczej

    A ja noworocznie - kuchennie :) Pomyślałam, że przyjemnie będzie zacząć Nowy Rok z jakimś dobrym jedzonkiem. Powstało więc pytanie: co tu dobrego zrobić, aby się nie narobić, ale jednak coś fajnego zjeść? Moim starym zwyczajem pogrzebałam w Internecie, a następnie przerobiłam wyszukany przepis według własnego uznania. Efekty są nader zadowalające, zatem się pochwalę.



RULONIKI Z MIĘSA MIELONEGO Z MARCHEWKĄ

SKŁADNIKI:
1 kg mięsa mielonego
1 duża marchewka
1 średnia cebula
torebka ryżu [ok. 100 g]
1 jajko
mąka
olej [do smażenia]
przyprawy

    Cebulę kroimy w drobną kostkę, a marchewkę ścieramy na tarce z grubymi oczkami. Następnie wrzucamy toto na patelnię i lekko przesmażamy. Dodajemy do mięsa, wrzucamy ugotowany i przestudzony ryż. Przyprawiamy tak, jak "normalne mielone" - u mnie po najmniejszej linii oporu, czyli przyprawa do mięsa mielonego plus niepełna łyżeczka czosnku granulowanego. Całość mieszamy i odstawiamy do lodówki na godzinę, żeby się przegryzło.
    Po upływie wskazanego czasu wbijamy do mięsa całe jajko, wsypujemy 3 łyżki mąki i całość mieszamy. Następnie formujemy z masy grube rulony, obtaczamy z mące i smażymy na patelni jak klasyczne mielone. No i to by było na tyle :)
    Proste, tanie - a zapewniam, że smaczne. Do tego ziemniaki, jakaś surówka i mamy obiad gotowy. Hipkowi w każdym razie smakowało.




sobota, 17 października 2015

Dwa sosy do spagetti

    Mam dziś dla Was aż dwa przepisy - oba na sosy pomidorowe do spagetti. Pierwsza wesja jest trochę bardziej ambitna oraz ekologiczna, bowiem jej bazą są świeże pomidory. Uwielbiam ten przepis, sprawdzałam go już "milijon" razy i przy każdej możliwej okazji udostępniam go wszystkim krewnym i znajomym królika. W zasadzie to się zdziwiłam przeglądając archiwum bloga, że jeszcze go tu nie zamieściłam, bo to moje popisowe danie. Ma wszelako jeden zasadniczy minus - kiedy kończy się sezon na pomidory, to cały przepis bierze lekko w łeb. Otóż nie dość, że robi się kosztowny [sami wiecie, jakie zawrotne ceny osiągają te warzywa późną jesienią i zimą...], to jeszcze zdecydowanie mniej "eko" - bo pomidory kupione w zimne miesiące na kilometr pachną chemią i różnymi polepszaczami. Jestem więc zdania, że robienie "zdrowego" sosu z prawdziwych pomidorów w takiej sytuacji mija się z celem i o wiele lepszym pomysłem jest jednak wykorzystanie koncentratów i przecierów. 
    Tyle tytułem wstępu. Co zatem zamierzam dziś zrobić? Otóż najpierw podam Wam przepis na ten mój ukochany sos z prawdziwych pomidorów - a potem na coś, co dziś popełniłam na obiad. Też dobre i mało skomplikowane, co jest podstawową zaletą, kiedy się ma niemowlę na pokładzie. No i kota, ma się rozumieć - czyli stworzenia, które domagają się bez przerwy uwagi Mamy Smoczycy i nie ma przeproś :)

NATURALNY SOS DO SPAGETTI

Składniki:
1 kg dojrzałych pomidorów
2 średnie cebule
2-3 ząbki czosnku 
bazylia świeża lub suszona
4 łyżki oliwy z oliwek
sól i pieprz wg uznania  

Pomidory sparzyć, obrać ze skórek. Pokroić w średnią kostkę razem z pestkami. Cebulkę pokroić w kostkę. Czosnek obrać i zgnieść nożem tak, by puściło sok, ale ząbek był w miarę cały. Oliwę rozgrzać na dużej patelni. Na skwierczący tłuszcz wrzucić cebulkę i smażyć, aż się lekko zeszkli. Dodać pomidory i dusić, aż zmiękną i się rozpadną. Wtedy wrzucić całe, zgniecione ząbki czosnku. Podusić ok. 20 min. i dodać bazylię. Dusimy całość do momentu, gdy sos na tyle się wysmaży, że będzie miał gęstą konsystencję. Przyprawić solą i pieprzem, a przed podaniem wyjąć ząbki czosnku (mają dawać jedynie aromat). Serwować z makaronem, najlepiej spagetii.
Przy sosie oczywiście można majstrować, ja przetestowałam już kombinację z pieczarkami oraz z tuńczykiem (dodawać mniej więcej wtedy, kiedy bazylię). Można też dodać mięso mielone i robi się klasyczny sos bolognese.

    A teraz wersja sosu pomidorowego dla jesienno-leniwych :)


SZYBKI SOS DO SPAGETTI BOLOGNESE

Składniki:
pół kilo mięsa mielonego
2 ząbki czosku [albo granulowany... :)]
1 papryka
1 cebula
1 marchewka
oliwa z oliwek do smażenia
zioła: 2 łyżeczki oregano, pół łyżeczki bazylii, pół łyżeczki tymianku
2 szklanki soku pomidorowego
1-2 łyżki koncentratu pomidorowego
sól, pieprz 

Kroimy w kostkę cebulę i paprykę, marchewkę ścieramy na tarce o grubych oczkach. Do rondla lub szerokiego garnka wlewamy oliwę i na rozgrzaną wrzucamy cebulę, paprykę i marchewkę.



Chwilę smażymy, a potem wlewamy sok pomidorowy i dusimy pod przykryciem ok. 10 minut. 




Następnie wrzucamy rozdrobnione mięso mielone i mieszamy wszystko. Gotujemy chwilę [aż mięso zmieni kolor], po czym dodajemy zioła i czosnek oraz koncentrat pomidorowy [trochę na oko, bo ma zagęścić, jak kto lubi]. Pogotować jeszcze chwilę, po czym doprawić solą i pieprzem do smaku.




Pasuje do tego na dobrą sprawę każdy makaron - to też w zależności, jak bardzo gęsty sos nam wyszedł. 

    No to cześć. Idę jeść :)

poniedziałek, 4 maja 2015

Fajna pieczeń

    Dziś o jedzonku.
    Na Wielkanoc wyszperałam i wypróbowałam bardzo fajny przepis na pieczeń z wieprzowiny. Fajność polega i na smaku, i na prostocie przyrządzania. Wychodzi klasyczne pieczone mięso - dobre zarówno jako danie obiadowe, jak i na zimno w ramach wędliny do kanapek. Robiłam już toto dwa razy i w obu przypadkach znikło błyskawicznie. A zapewniam,  że Hipek jest bardzo wymagającym i ostrym recenzentem, jeśli chodzi o wszelkie potrawy mięsne.


WIEPRZOWINA W RĘKAWIE

Ok. 1 kg schabu bez kości albo szynki wieprzowej
Przyprawy do marynaty:
- płaska łyżeczka soli
- po płaskiej łyżce oregano, tymianku, majeranku i słodkiej papryki
- 3 łyżki oleju 
- 3-4 ząbki czosnku
poza tym:
dwie kostki bulionu warzywnego lub mięsnego
śmietana i mąka (opcjonalnie do sosu)

   Przyprawy oraz wyciśnięty przez praskę czosnek wymieszać z olejem i natrzeć tym mięso. Odstawić w miseczce minimum na 6-7 godzin [akurat na noc].




    Kiedy się przegryzie, rozpuścić kostki bulionowe w niepełnym kubku gorącej wody. Włożyć mięso do rękawa, zalać bulionem i zawiązać. Rękaw do pieczenia ponacinać, żeby nie wystrzelił w piekarniku. Całość włożyłam jeszcze do żaroodpornego naczynia, ale to dla własnej wygody [łatwiej tym potem operować].




    Piec około godziny w temperaturze 200 stopni. No i już :) Po wyjęciu mięsa można gorący bulion z rękawa wykorzystać jako świetny sos do tej pieczeni - wystarczy zlać do garnuszka i zagęścić śmietaną i mąką.
    Tak, jak pisałam - pieczeń świetnie sprawdza się i na gorąco, i na zimno. Nie jest ostra, ale bardzo ziołowa i aromatyczna. Mam nadzieję, że będzie Wam tak smakować, jak Hipkowi :)




niedziela, 18 stycznia 2015

Moje zmagania z Bretonką

    Dawno nie było nic kulinarnie. Przepis, który Wam dziś zaserwuję, nie będzie szczytem oryginalności - ale właśnie go sama opracowałam [jak zwykle miksując kilka przepisów na tę samą potrawę, zaczerpniętych z różnych źródeł], a ponieważ nieskromnie powiem, że wyszło mi coś naprawdę pysznego, to pragnę uwiecznić to osiągnięcie dla potomności. A co :)
    Mam dziś dla Was tradycyjne danie kuchni polskiej, czyli fasolkę po bretońsku [swoją drogą - wie ktoś może, czy ma to coś w ogóle wspólnego z Bretonią?]. Kupiłam ostatnio toto gotowe w słoiczku dla Hipka w ramach szybkiego obiadu - jak na sklepową masówkę to nawet niezłe było, ale przy okazji stwierdziłam, że technologia wyrobu tej potrawy nie jest jakaś bardzo skomplikowana, więc przy najbliższej okazji spróbuje ją zrobić sama. Dodam, że był to mój fasolkowy debiut, bo jakoś do tej pory wcześniej na to nie wpadłam, żeby dodać bretonkę to smoczego repertuaru kuchennego.
    Przypuszczam, że każda doświadczona gospodyni ma swój patent na fasolkę, ale tymczasem zobaczcie, co wykombinowała Dragonka. Z góry przepraszam też za jakość zdjęć pod przepisem - były robione komórką, bo nasz aparat jest w naprawie.



BRETONKA

SKŁADNIKI:
1 kg fasoli "jaś"
2 duże kiełbasy [u mnie toruńskie]
pół kilo gotowanego boczku
2 małe cebule
2-3 ząbki czosnku
oliwa z oliwek [do smażenia]
ok. 300 g koncentratu pomidorowego
liście laurowe, sól, pieprz, majeranek.

    Fasolę, jak wiadomo, trzeba namoczyć. Ile? U mnie stała prawie dobę, ale myślę, że zostawienie jej w wodzie po prostu na noc w zupełności by wystarczyło. Wrzucamy więc jaśka do dużego garnka i zalewamy wodą na wysokość ok. 3-4 cm. Kiedy się wymoczy, wylewamy tę wodę [wiem, wiem - tu szkoły są różne, ja wylałam, bo było dużo farfocli i jakiś taki brzydki, mętny kolor], a następnie nalewamy świeżą do tej samej wysokości, jak na moczenie. Fasolę gotować ok. godziny z kilkoma listkami laurowymi - do momentu, aż będzie średnio miękka [ale nie za bardzo, żeby się nie zrobiła breja]. Pod koniec gotowania na dużą patelnię z rozgrzaną oliwą z oliwek wrzucamy pokrojony w grubą kostkę boczek, kiełbasę w talarkach, posiekaną cebulę i czosnek. Podsmażamy razem, a następnie wrzucamy wszystko jak leci do garnka z fasolą. Gotujemy wszystko jeszcze jakieś 10 minut i dodajemy koncentrat pomidorowy. Na koniec doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem [duuużo majeranku!] w proporcjach takich, jak tam kto lubi.
    No i już... Jedyny mankament potrawy to konieczność jej wcześniejszego zaplanowania, bo trzeba namoczyć fasolę. Reszta jest banalna.




piątek, 10 października 2014

Na klęskę urodzaju - ciasto

    Tytułowa klęska urodzaju dopadła Seniorkę. Otóż jabłonki w sadzie w jej wiejskiej posiadłości owocują jak wściekłe. Jabłek jest kilka odmian [co kto lubi], wszystkie piękne, dorodne, rumiane... i w nieprzejadalnych ilościach. Seniorka obdziela nimi kogo tylko może, czyli wszystkich krewnych i znajomych Królika, ale ile jedna przeciętna rodzina może wziąć na użytek własny? Skrzynkę, góra dwie - a to doprawdy śmieszna ilość w porównaniu do tego, co jeszcze wisi na drzewach oraz co już zostało zebrane. Ostatnio wpadłam nawet na pomysł, by zawieźć owoce do Zoo i porozdawać małpkom w ramach jakiejś akcji zdrowotnej [albo politycznej: "Jedzcie jabłka na złość Putinowi" :)]. No bo coś trzeba z tym zrobić, przecież się nie wyrzuci...

    Tydzień temu pojechaliśmy do Seniorki w towarzystwie kolegi z pracy Hipka, który załadował jabłkami cały bagażnik i pół tylnego siedzenia osobówki - a i tak nie widać różnicy "przed" i "po". Sami też zabraliśmy trochę owoców na użytek własny, których oczywiście jeszcze nie przejedliśmy do końca. W ramach przyspieszenia tego procesu popełniłam za to ciasto jabłkowo-budyniowe. Nie pamiętam już, skąd mam przepis, ale jest dobre, sprawdzone i łatwe w przygotowaniu. A że dawno razem nie buszowaliśmy w kuchni, Drogi Czytelniku, to chętnie podzielę się recepturą.



CIASTO JABŁKOWO-BUDYNIOWE

SKŁADNIKI:
5 jajek
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki pszennej
pół szklanki mąki ziemniaczanej
kostka margaryny
łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki śmietany
2 budynie śmietankowe
litr mleka
ok. kilograma jabłek [kwaśnych - u nas szare renetki]
cynamon

Margarynę [dość miękką, a nie przed chwilą wyjętą z lodówki] utrzeć z cukrem i jajkami. Dodać mąkę pszenną, ziemniaczaną oraz proszek. Wszystko ubić znów mikserem na jednolitą masę. Jabłka obrać i pokroić na drobne kawałki [albo utrzeć na tarce, jeśli się komuś chce w to bawić :)]. Budynie ugotować zgodnie z przepisem na torebce. 
Na wysmarowanej i wysypanej bułką tartą blaszce rozsmarować 3/4 ciasta [uwaga, będzie dość gęste]. Na to wyłożyć jabłka, posypać cynamonem i zalać równomiernie gorącym budyniem. Do pozostałego ciasta dodać śmietanę i przykryć tym wierzch ciasta. Piec około godziny w temperaturze 180 stopni.
Prawda, że proste?
Smocznego :)


sobota, 19 kwietnia 2014

Szkocka zapiekanka

    Mam szczerą nadzieję, że ci spośród moich Czytelników, którzy są wierzący - a wiem, że są tu tacy - nie poczują się urażeni, ale leżąc właśnie najedzona po uszy z laptopem na kolanach i Jej Wysokością umoszczoną na stopach mogę z całą mocą stwierdzić jedno: uwielbiam być ateistką w święta :) 
    Ten czas w Pomarańczowej Jaskini oznacza błogie lenistwo. Żadnych ekstra porządków - mieszkanie posprzątane tak, jak zwykle co tydzień. Żadnego ekstra gotowania - zresztą i tak jesteśmy tu tylko we trójkę [Smok, Hip i Kot], więc nie byłoby komu jeść. Błotny Ssak popełnił hutrową ilość swojej popisowej sałatki jajczano-paprykowo-ryżowej, Dragonka upiekła sernik [właśnie się studzi], a na jutro przewidziano biały barszcz firmy Knorr z białą kiełbasą. Po co więcej? Lodówka pełna, kto głodny, to się obsługuje. Żyć, nie umierać. Jedyne, co planujemy w ramach tradycji świątecznych, to wpaść z wizytą do Mojego Taty w poniedziałek wielkanocny, ale to też dlatego, że się za nim stęskniliśmy, a dodatkowe wolne to dobra okazja. 

    A dziś na obiad w Pomarańczowej Jaskini był szkocki eksperyment. Otóż ostatnio z Drybkiem od kilku zajęć wałkujemy jednostkę lekcyjną tematycznie poświęconą żarciu. A ponieważ jak na starego kawalera przystało John należy do mężczyzn gotujących, to w ubiegłą środę w ramach ćwiczeń kazałam sobie podać przepis na jego specjalność, czyli zapiekankę ziemniaczano-wołową, o której już kilka razy wspominał. Jest to danie obiadowe, którym się zajada ze swoim tatą ilekroć wpada z wizytą do domu rodzinnego. Byliśmy ciekawi z Hipciem, co też z tego wyjdzie - no i rezultat zaraz Wam przedstawię.
   Kilka uwag przed procesem technologicznym oraz konsumpcją:
- Przepis podaję na 2-3 osoby.
- Niby nie wychodzi tego dużo, ale to tylko pozory. Zapewniam, że zapiekanka jest bardzo sycąca, ergo najecie się niewielką ilością.
- Uważajcie, by nie przedobrzyć ze składnikami. Hipciozaur, który dziś pełnił funkcję mistrza ceremonii, dodał kilka składników "od serca", co właśnie oboje czujemy w naszych brzuszkach jednak zbyt intensywnie. Ale od czego jest w domu herbatka z kopru... :)


SZKOCKA ZAPIEKANKA 

SKŁADNIKI:
5 średnich ziemniaków
1 średnia cebula
ok. 400g mielonej wołowiny
1 kostka rosołowa
szklanka wody
mleko
masło 
olej
sól, pieprz 

Obieramy ziemniaki, cebulę i marchewki. Ziemniaki nastawiamy do gotowania,  cebulę drobno siekamy, a marchewkę kroimy w cienkie talarki. Rozgrzewamy porządnie olej na patelni i lekko rumienimy cebulkę. Następnie dodajemy wołowinę. Kiedy się podsmaży, wrzucamy marchewkę, wlewamy wodę i dodajemy kostkę rosołową. Całość smażymy dalej mieszając od czasu do czasu, do momentu aż woda wyparuje. Przyprawiamy solą i pieprzem tak, jak lubimy.


Do ugotowanych ziemniaków dodajemy masło, mleko i wszystko razem tłuczemy. Ma wyjść dość gęste, kremowe puree. Do żaroodpornego naczynia na spód wkładamy mięso i przykrywamy ziemniakami. 




John mówił, żeby zapiekać pod przykryciem, ale my z Hipkiem nie mieliśmy pokrywki, po się dawno temu stłukła... Piekiliśmy zatem w temperaturze 180 stopni nie 25 minut [jak poelcił John], ale ok. 40 - do momentu, aż ziemniaki się pięknie przyrumieniły. I też wyszło dobre.
Fajna opcja obiadowa. Smacznego :) 



czwartek, 20 marca 2014

Domowe ptasie mleczko

    W czeluściach Internetu - a jak wiadomo, tylko Chuck Noris przeczytał cały Internet [i to dwukrotnie :)] - wygrzebałam bardzo oryginalny przepis na deser. Ni mniej, ni więcej, tylko domowe ptasie mleczko, tyle, że nieoblane na wierzchu czekoladą. Oprócz tej jedynej niedogodności pianka ma same zalety, a mianowicie:
    - robi się ją błyskawicznie [ok. pół godziny]
    - jest ekonomiczna, tzn. koszt produkcji śmiesznie niski, a deseru wychodzi sporo
    - prezentuje się znakomicie.
    
    Ergo - jeśli chcecie przygotować coś słodkiego na szybko, albo macie nagły najazd gości z małymi dziećmi i warto by im podać coś fajnego, to nie ma lepszego przepisu.


 PTASIE MLECZKO

SKŁADNIKI:
2 galaretki [jakie - to już zależy od upodobania]
2 śnieżki [czyli bite śmietany w proszku]
2 szklanki wody
2 szklanki mleka
2-3 łyżeczki żelatyny
płatki czekoladowe / czekolada

 Galaretki z żelatyną rozpuścić w gorącej wodzie, a następnie wstawić garnek do naczynia z zimną wodą, żeby się schłodziło. Śnieżki ubić z mlekiem, wlać do tego wystudzoną i lekko już tężejącą galaretkę - i całość znów zmiksować. Na koniec wsypać czekoladę [jeśli nie mamy płatków lub kuleczek, to ścieramy na tarce o grubych oczkach] i wymieszać. Masę wylać na blaszkę i wstawić do lodówki, aż stężeje do końca [co naprawdę nie trwa długo]. I już, gotowe.


    Piankę robiłam dotychczas w dwóch wersjach: galaretka truskawkowa + gorzka czekolada oraz galaretka cytrynowa + biała czekolada [ta opcja właśnie jest na zdjęciu]. Obie pyszne, choć Hipek twierdzi, że cytrynowa to mistrzostwo świata i że powinni mnie zatrudnić w Wedlu. Jest mały problem w kwestii, w czym robić piankę, bo w zwykłej, metalowej blaszce sinieje na brzegach, co nie wygląda estetycznie, choć nic a nic nie psuje smaku. Najlepiej chyba, by ptasie mleczko stężało w silikonowej foremce, jeśli macie coś takiego na składzie.
    A propos Hipka, to rzecz jasna on jest autorem materiału zdjęciowego :)







UPDATE 22.III

wersja: galaretka agrestowa + gorzka czekolada  



  

niedziela, 16 lutego 2014

Zupa z czerwonej soczewicy

    No i po moich feriach... Połowę chorował Smok, połowę Hipek. Ergo - dwa tygodnie urlopu zmarnowane. Nigdzie nie byłam, nic nie zrobiłam, czas przeleciał mi przez palce. I w sumie to nawet chętnie wrócę do pracy w związku z tym, przynajmniej coś się będzie działo. 

    Na poprawę humoru poeksperymentowałam trochę w kuchni, bo - jak wiadomo - gotować to ja lubię, dopóki mam czas i nikt nie traktuje tego jako mój smoczy obowiązek. Miałam ogromną ochotę uskutecznić coś, czego jeszcze nigdy nie przyrządzałam, a w szafce od dawien dawna zalegał mi kilogram czerwonej soczewicy, podrzuconej nam kiedyś przez Seniorkę. Gdyby to była zielona, to przerobiłoby się ją na pasztet lub pierogi, ale z czerwonej najlepsza wychodzi zupa. Genialną robi Seniorka właśnie, ale ponieważ jest ona ostatnio osobą zapracowaną ponad wszelką przyzwoitość [serio serio, aż się serce kraje, tak biedna zaiwania...], to nie miałam sumienia męczyć jej o przepis. Od czego jest jednak jak zwykle wujek Google? Tradycyjnie już - poszperałam, poczytałam i z trzech najlepszych według Smoczego osądu przepisów zmajstrowałam jeden. Wychodzi uczciwa, rozgrzewająca i bardzo treściwa zupa, w sam raz na obiad w zimowe popołudnie. Receptura jest w dodatku całkowicie bezmięsna, a zatem uniwersalna - choć jak by się ktoś bardzo uparł, to może sobie tam jakieś zwierzęce zwłoki wkroić... :) Zapewniam jednak, że i bez tego daje radę, czego najlepszym dowodem jest fakt, że smakowała Hipopotamowi, Naczelnemu Mięsożercy III RP...

ZUPA Z CZERWONEJ SOCZEWICY 

SKŁADNIKI:
2 kostki bulionu warzywnego
200g czerwonej soczewicy 
400-500ml przecieru pomodorowego [taki w kartonie albo w puszce] 
2 papryki
puszka zielonego groszku
puszka czerwonej fasoli [opcjonalnie]
2-3 ziemniaki
średnia cebula 
2 ząbki czosnku 
oliwa z oliwek
pół łyżeczki papryczki chilli w proszku
łyżeczka słodkiej papryki w proszku
sól, pieprz [według uznania]

Kroimy drobno cebulę, siekamy czosnek i wrzucamy do garnka na rozgrzaną oliwę, żeby się toto zeszkliło. W tym czasie płuczemy soczewicę - nie trzeba jej namaczać, wystarczy umyć i zostawić na durszlaku, żeby odciekła. Po kilku minutach do garnka wrzucamy pokrojoną w grubą kostę paprykę, mieszamy i smażymy ok. 5 minut. 
Rozpuszczamy kostki bulionowe w gorącej wodzie [trochę więcej, niż pół litra]. Do warzyw wlewamy przecier pomidorowy, wsypujemy soczewicę i zalewamy wszystko bulionem. Mieszamy - jeśli jest za gęste, można dolać jeszcze trochę wrzątku. Całość przykrywamy i gotujemy, aż soczewica będzie miękka [co nie potrwa długo, góra 10 minut].
Do naszej mocno już rozgotowanej brei dodajemy pokrojone w kostę ziemniaki, wsypujemy chilli i paprykę w proszku, mieszamy i gotujemy ok. 10 minut pod przykryciem. Potem wrzucamy groszek [i ewentualnie fasolę] i gotujemy jeszcze trochę, aż ziemniaki będą miękkie. Próbujemy "na ostrość" - jeśli coś jest nie tak, wykańczamy dzieło solą i pieprzem.

    I to by było na tyle :) Zupa - jak każda tego typu potrawa - najlepiej smakuje na drugi dzień, kiedy się porządnie przegryzie. U nas zdaje się na trwałe zagości w jadłospisie, ale jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.
    Smocznego :) 



wtorek, 7 stycznia 2014

Zupa Bratowej

    Nim się małpki rozkręcą, a ja w związku z tym będę miała nowy materiał na posty, przygotowałam dla Was kolejny przepis kulinarny. Podpatrzyłam go, kiedy byliśmy z wizytą świąteczną u mojej Bratowej słynącej z tego, że - co tu dużo mówić - cholernie dobrze gotuje. Z ręką na sercu stwierdzam, że nie zostałam u niej jak do tej pory uraczona niczym, co nie rozpływałoby się w ustach, ale zwykle są to dania wymagające trochę wprawy w kuchni. Tym razem jednak było zdecydowanie inaczej, ale prostota wykonania to tylko jedna z zalet potrawy, którą dziś zaprezentuję.
    Drogi Czytelniku - jeśli wpadasz w ostatniej chwili do domu, jesteś głodny jak Hipek przed snem [bo trzeba zaznaczyć, że Błotny Ssak uwielbia wrzucić coś na ruszt przed udaniem się na spoczynek, mimo zgorszonych Smoczych oczu wznoszących się do sufitu], na dodatek masz prawie pustą lodówkę i jakieś nędzne resztki miedziaków w portfelu, czas biegnie nieubłaganie, a domownicy walą łyżkami o blat stołu krzycząc: "Jeść! Jeść!" - to "Zupa Bratowej" jest w sam raz dla Ciebie. Jest prosta i szybka w przygotowaniu, śmiesznie tania, a w smaku naprawdę genialna. A mówią, że ideałów nie ma... :)


ZUPA BRATOWEJ 

SKŁADNIKI:
2 serki topione po 100g 
3 kostki rosołowe/warzywne
mąka
makaron  

Wlewamy do garnka ok. 1,5 litra wody, wrzucamy do niej dwie kostki rosołowe i doprowadzamy całość do wrzenia. W międzyczasie gotujemy makaron do zupy - jaki kto lubi [świderki, muszelki, łazanki, kokardki...]. 
Odlewamy ok. 1/3 gorącego bulionu do wysokiego naczynia. Wrzucamy do niego serki topione [smak zależy od naszych upodobań, nadaje się każdy], dosypujemy kilka łyżek mąki i całość miksujemy blenderem. Po otrzymaniu jednolitej "zawiesiny" [gęstość mniej więcej taka, jak na ciasto naleśnikowe] wlewamy ją powoli do reszty bulionu. Teraz tylko zagotować na małym ogniu cały czas mieszając, doprawić do smaku solą/pieprzem/ulubionymi ziołami, dodać makaron - i gotowe.

Zupę robi się dosłownie 15 minut. Może przepis wydaje się banalny i mało efektowny, ale zapewniam, że danie jest PYSZNE. Kto raz spróbuje, ten się w tej zupie zakocha. A zatem SMOCZNEGO :) 

sobota, 19 października 2013

Najprostszy gulasz świata

     Przypuszczam, że każdy, kto w miarę regularnie zajmuje się gotowaniem obiadów na potrzeby domowe, ma w swoim repertuarze przepis na jakiś gulasz. Jest to fajna potrawa, która nie wymaga szalonych umiejętności kulinarnych, za to na ogół wszystkim smakuje i można ją robić w rozmaitych wariantach, w zależności od upodobań. Podobnie jak w przypadku zapiekanki koszt przygotowania gulaszu też może być dowolny w zależności od tego, jakimi środkami dysponujemy. Możemy kupić super wypasione mięso wołowe, a możemy zadowolić się łopatką wieprzową - i też wyjdzie smaczne.
     U nas dziś - a także jutro :) - na obiad gulasz w ulubionej Hipciowej wersji, czyli z papryką. Dragonka najchętniej dorzuciłaby do niego jeszcze jakieś warzywa [kukurydzę? groszek z marchewką? brukselkę? zieloną fasolkę szparagową?], ale wie, że Błotny Ssak kręciłby na to nosem, bo w kwestii gulaszu jest dość konserwatywny. Uraczę Was wobec tego najprostszym przepisem, jaki tylko można sobie wyobrazić - przy jednoczesnej gwarancji, że potrawa jest pyszna i znika z talerza w wersji ekspresowej. I - jak to zwykle jednak u Smoka - nie naraża budżetu domowego na szwank.


GULASZ Z PAPRYKĄ

SKŁADNIKI:
około kilograma łopatki wieprzowej [u nas zawsze kupujemy więcej, bo w trakcie przygotowania pod blatem niezawodnie melduje się Jej Wysokość, domagając się swojej części mięsa...]
2 duże cebule
2-3 czerwone papryki
2-3 ząbki czosnku [albo granulowany z torebki jako wersja dla leniwych]
przyprawa do gulaszu [albo inna, ulubiona kompozycja przypraw]
kostka bulionowa
sól, pieprz
2 łyżki mąki
oliwa do smażenia

Mięso kroimy w dość grubą kostkę, mieszamy z przyprawą do gulaszu i zostawiamy na 15 minut. Rozgrzewamy w szerokim garnku [lub w dużym, głębokim rondlu] oliwę, wrzucamy mięso, podsmażamy, aż się porządnie przyrumieni i puści sok. Następnie dodajemy pokrojoną w drobną kosteczkę cebulę oraz zmiażdżone ząbki czosnku. Chwilę smażymy, a następnie zalewamy bulionem [kostkę rozpuszczamy w 0,5 litrze wody], mieszamy i dusimy. Jak długo? To zależy od mięsa - po prostu dusimy do miękkości [ale myślę, że nie mniej, niż pół godziny]. Następnie próbujemy sos i doprawiamy go solą i pieprzem według uznania. Dodajemy pokrojoną w paski paprykę, mieszamy i dusimy jeszcze ok. 10 minut [papryka ma nie być surowa, ale nie pozwalamy, by się rozciapała...]. Ostrożnie zagęszczamy mąką, by nie porobiły się kluski. 
    No i to by było na tyle. Zdaniem Smoka gulasz najlepszy jest z kaszą gryczaną, ale jak znam Hipka, to zażyczy sobie ziemniorów, ewentualnie wtrząchnie z chlebem. De gustibus... :) Do tego ogórki kiszone - u nas królują póki co domowej roboty, a konkretnie naszych Ziomali, Bartka i Maćka [to ci od Carcassone].





piątek, 11 października 2013

Ciasto z owocami

    Seniorka zaliczyła ostatnio przeprowadzkę i w związku z tym robiła porządki połączone z generalnym przeglądem wszystkiego, co się da. Wiadomo, podczas takich akcji można wyszperać różne perełki. W tym przypadku ową perełką okazał się stary skoroszyt, w którym latami pieczołowicie zbierałyśmy różne, sprawdzone przepisy na ciasta i sałatki. Seniorka wspaniałomyślnie stwierdziła, że mi go ofiaruje jako swojej jedynej córce oraz spadkobierczyni talentu kulinarnego [hie hie hie, od razu zaczął mi się kołatać drobiazg Szymborskiej brzmiący: "Od absyntu zanik talyntu..." :)].
    Dragonka wielce uradowana prezentem niezwłocznie postanowiła zrobić z niego użytek. Na pierwszy ognień poszło ciasto zwane Bananowiec - będące kompozycją biszkoptów, masy bananowej oraz galaretki. Niestety, coś "nie pojszło", bo masa miała konsystencję kremu, w związku z tym ciasto - jakkolwiek dobre w smaku - kompletnie nie nadawało się do krojenia i podawania. Podejrzewam, że to wina zbyt małej ilości żelatyny [albo "żelatyna już, panie tego, nie taka jak dawniej" - jak to skwitowała Seniorka]. Nie uraczę Was zatem przepisem, bo muszę najpierw popełnić Bananowca drugi raz i dojść metodą prób i błędów, jakie są właściwe proporcje.
    Ponieważ jednak w niedalekiej przyszłości spodziewamy się gości [ziomale wpadają do nas na partyjkę Carcassonne], przeto pojawił się pretekst, by odświeżyć kolejny przepis. I choć Hipopotam jęczał coś o serniku, to Smoczyca okazała się przygłucha na jego sugestie i tak oto z piekarnika wylazło ciasto owocowe. W tym wydaniu akurat jabłecznik, ale jest to przepis uwzględniający dowolne sezonowe owoce, które znajdują się pod ręką. Z powodzeniem mogą to być np. śliwki, gruszki czy truskawki [innych zdaje się w domu rodzinnym z Seniorką nie testowałyśmy, ale co szkodzi komuś spróbować?]. Ciasto proste i szybkie w wykonaniu, a do tego pyszne. Hipek wtrąbił już dwa kawałki [nie czekając nawet, aż wypiek wystygnie], po czym oświadczył, żebym lepiej na przyjście gości kupiła w piekarni trochę ciastek, bo jabłecznik może nie doczekać...

CIASTO Z OWOCAMI

Składniki:
6-7 jajek [w zależności od wielkości]
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy
kostka margaryny
owoce

Margarynę rozpuszczamy w rondelku i zostawiamy do ostygnięcia. Jajka ubijamy mikserem z cukrem, następnie dodajemy mąkę [jedną i drugą], proszek do pieczenia i cukier waniliowy. Na końcu dodajemy rozpuszczoną margarynę i wszystko zmiksujemy na jednolitą masę. Do przygotowanej tortownicy [czyli wysmarowanej tłuszczem i obsypanej bułką tartą] wlewamy 1/3 ciasta. Na to ładujemy owoce - tyle, żeby wszystko zakryło i by powstała całkiem pokaźna warstwa. Jeśli daliście jabłka, to warto posypać je odrobiną cynamonu. Na to wylewamy resztę ciasta. Pieczemy ok. 50 minut w temperaturze 180 stopni. Po wyjęciu można posypać cukrem pudrem, jeśli ktoś lubi.
    A oto efekt końcowy:




wtorek, 22 stycznia 2013

Ciasto Teściowej

    Miałam dziś opublikować drugi post z serii "Dlaczego Dragonka jest przeciwniczką kar cielesnych", ale szczerze mówiąc mój mózg aktualnie nie nadaje się już do prowadzenia dłuższych i jednocześnie logicznych wywodów. Od wczoraj bowiem grzebię się w nikomu niepotrzebnej, papierkowej robocie. Wspominałam już, że "szkoła lubić papierki"? Toteż właśnie zlecono mi przeprowadzenie i opracowanie ankiety dotyczącej wzajemnych relacji wychowawca-rodzic w naszej placówce. Wiadomo, że nikt tego nie będzie czytał. Wiadomo, że nikt z tego wniosków nie wyciągnie. Wiadomo, że to robota głupiego i psu na budę potrzebna. Ale - w razie nalotu z kuratorium - papierki muszą być, a zatem Dragonka na polecenie Głównej Szefowej je produkuje. 10 stron tabeleczek, wykresików i rozmaitych diagramów sporządzonych w Excelu oraz opatrzonych mądrze brzmiącym komentarzem. Bleee... Właśnie skończyłam się z tym babrać, ale uwierzcie mi, że nie dam dziś rady napisać dla Was nic naprawdę rozsądnego.
    Aby Was jednak nie zostawiać całkiem na lodzie, mam tutaj przepis na kolejne ciasto. Nazywa się ono oryginalnie - nie wiedzieć czemu - "Regan", ja jednak przechrzczę je na "Ciasto Teściowej", jako że przepis otrzymałam dzięki uprzejmości Mamy Hipopotama, którą w tym miejscu gorąco pozdrawiam. Wypiek bardzo prosty, bardzo szybki, efekt murowany. Dodam jeszcze, że dzisiejszego dnia wyrobem owego specjału zajął się nie kto inny, tylko Błotny Ssak :)

CIASTO TEŚCIOWEJ

SKŁADNIKI:
5 jajek
"kopiata" szklanka cukru
1 szklanka oleju
3 szklanki mąki tortowej
2 łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 kg jabłek (słodkich i twardych, pokrojonych w drobne plasterki)
zapach cytrynowy




Jajka z cukrem dobrze zmiksować, potem powoli, stopniowo dodawać olej, mąkę, zapach i proszek do pieczenia, a na końcu kakao. Następnie wsypać jabłka i dokładnie wymieszać łyżką. Nie przejmować się nic a nic tym, że ciasto wychodzi tak gęste, że tę łyżkę można w nim postawić [ja sama, gdy piekłam "Regana" po raz pierwszy, to przestraszona dzwoniłam do przyszłej Teściowej z pytaniem, czy czegoś nie schrzaniłam...]. Tak ma być i już :)
Masę przełożyć do przygotowanej blaszki. Piekarnik rozgrzać do 100 stopni, włożyć ciasto, zwiększyć temperaturę do 180 stopni i piec ok. 50 minut. Ot i cała filozofia.
No to kto się skusi? :)



środa, 16 stycznia 2013

Sernik z ziemniakami

    Dawno już, Drogi Czytelniku, nic wspólnie nie gotowaliśmy ani nie piekliśmy. Wspólnie - czyli Smoczyca zakasuje rękawy, a Ty czytasz relację, oglądasz zdjęcia i zakładasz śliniaczek :) Żarty żartami, ale najwyższy czas przewietrzyć sprawdzone przepisy, tym bardziej, że to ferie, a zatem szkolny sezon ogórkowy.
    Dziś będzie coś naprawdę wyjątkowego - czyli sernik przepisu mojej babci Rozalii [a mamy Seniorki]. Jest to nietypowy sernik, bo dodaje się do niego ziemniaki. Budzi to zdziwienie na twarzach wszystkich ludzi, którzy nie pochodzą ze wschodu - no bo jak to, kartofle do ciasta...? Żałujcie, że nie widzieliście tego sceptycyzmu na twarzy Hipka, kiedy mu oznajmiłam, jak się "u mnie w domu" robi sernik [a sam jest olbrzymim fanem tego wypieku]. Pierwszy kawałek spróbował z wyraźnym niedowierzaniem... a następnie już tylko pomrukiwał z zadowolenia. Twierdzi, że lepszego sernika nie jadł nigdy w życiu, a ja przecież przez grzeczność nie będę się z nim spierała :)
    Ciasto jest proste w wykonaniu, nie wymaga pieczenia żadnych spodów ani podobnych ceregieli. Jego zaletą jest także to, że doskonale nadaje się do mrożenia. Możecie więc śmiało zrobić dużą blaszkę, połowę zjeść, a połowę schować do zamrażalnika awaryjnie na wypadek najazdu Hunów. Oczywiście pod warunkiem, że coś z tego sernika zostanie, w co śmiem wątpić...


SERNIK BABCI RÓŻY

SKŁADNIKI: 
1kg białego półtłustego sera
8 jajek
3/4 kostki masła
1 szklanka cukru
4-5 niedużych ziemniaków
100g rodzynek







Ser, ugotowane i wystudzone ziemniaki oraz masło zmielić dwukrotnie maszynką. Żółtka oddzielić od białek i utrzeć z cukrem na kogel-mogel, który następnie dodajemy do zmielonej masy i miksujemy. Ubić na sztywno pianę z białek i BARDZO OSTROŻNIE łyżką wymieszać z resztą ciasta. Na koniec dodać wymoczone w gorącej wodzie rodzynki. Całość władować do przygotowanej blaszki i piec około godziny w temperaturze 180 stopni. Nie przejmować się, jeśli ciasto bardzo wyrośnie i przez to popęka - potem opadnie podczas studzenia.

A oto efekt końcowy. Ciekawa jestem, ile z tego sernika zostanie do jutra...





piątek, 10 sierpnia 2012

Magulcowe pyszności

    Co tu ukrywać - po tym tygodniu jestem zrąbana, jak koń po westernie. Odbębniłam dwie grupy plus dodatkowe godziny warsztatowe, więc trochę się nazbierało. Oczywiście kiedy przeliczyłam ten czas na gotówkę, to ślepia mi się zaświeciły [bo na szczęście w tej szkole językowej płacą całkiem przyzwoicie], ale też mój wkład pracy był wart tych pieniędzy. Co będzie dalej, to jeszcze nie wiadomo - w poniedziałek nowe grupy piszą testy kwalifikacyjne i wtedy się dopiero okaże, czy i ile będę miała godzin zajęć. Szczerze mówiąc to mam trochę mieszane uczucia. Jasne, że dodatkowa kasa się zawsze przyda, ale z drugiej strony to najchętniej bym sobie odpoczęła... Ano nic, pożyjemy, zobaczymy.
    Post o innastrańcach dojrzewa w moich zwojach mózgowych, ale jeszcze mu trochę brakuje. W oczekiwaniu na niego proponuję natomiast kolejną wycieczkę do Smoczej Kuchni. Dziś Dragonella poleca


   Przepis - do którego odsyła link ukryty pod nazwą ciasteczek - podpatrzyłam na blogu kulinarnym Mag, czyli mojej ulubionej recenzentki literackiej. Okazuje się bowiem, że jest to dziewczę wszechstronne, utalentowane nie tylko humanistyczno-językowo, ale i kuchennie. Zresztą, jak do tej pory jedyną wadą, jaką u niej odkryłam, jest fakt, że mieszka ona we Wrocławiu, a więc dość daleko od Smoczej Jaskini... No ale nikt nie jest doskonały, więc wspaniałomyślnie jej to wybaczam :)
    Jak słusznie zauważyła w przepisie Mag, jedynym kłopotem może być zdobycie lawendy. Pod tym względem Smok poszedł na łatwiznę, bowiem dostał ją pocztą w prezencie od wspomnianej wynalazczyni ciasteczek. Żałujcie, że nie widzieliście miny mojej i Hipka, kiedy otworzyliśmy tę pachnącą paczuszkę :) A skoro już dostaliśmy lawendę, to nie było wymówki i ciasteczka trzeba było zrobić.
    Drobna uwaga techniczna odnośnie procesu produkcyjnego - najlepiej mieć do tego pomocnika [w tej roli rzecz jasna genialnie sprawdził się Hipciozaur]. Otóż kiedy rozciapciacie masło z cukrem pudrem i macie nim ubabrane paluszki, to dobrze by było, gdyby resztę składników ktoś wam dosypywał stopniowo na stolicę czy blat, dopóki nie powstanie piękne, kruche ciasto. W przeciwnym razie ubrudzicie sobie dosłownie wszystko w zasięgu kończyn, a połowa masła ubabra opakowanie z mąką względnie paczuszkę z lawendą.
    Przysięgam na wszystko, co chcecie - ciasteczka są REWELACYJNE. Niby wyszło ich dużo, ale znikają w tempie ekspresowym [cytat z Hipka: "Smok, zabierz to ode mnie, bo pęknę..."]. Idealne do kawy albo mleka.
    A oto materiał ilustracyjny:


"Magulcowe pyszności" na chwilę przed wstawieniem do piekarnika



Mmmm... Palce lizać i obgryzać :)





czwartek, 26 lipca 2012

(Nie)żołądkuj się...

    Z braku - mam nadzieję, że tylko na razie - kolejnej grupy do uczenia, mam dla Was następny post kuchenny. Będzie, jak się łatwo domyślić, o żołądkach.

    Zdaję sobie sprawę, że przez wiele osób żołądki [czy ściśle mówiąc - ogólnie podroby] są potrawą niegodną jedzenia, taką jakby trochę "nieczystą". Nie będę się z tym odczuciem wdawała w dyskusję, choć w mojej ocenie jeśli ktoś je mięso w ogóle, to nie widzę specjalnej różnicy, czy to jest mięsień pośladkowy w postaci szyneczki, czy tkanka z innej części ciała. Najważniejsze, żeby smakowało :) Wracając konkretnie do żołądków, to kojarzą mi się nierozerwalnie z przedszkolem oraz ze stołówką w podstawówce - taki sztandarowy, tani w przygotowaniu posiłek, idealny do zastosowania w zbiorowym żywieniu. U nas w domu nie przypominam sobie, by Seniorka kiedykolwiek zrobiła żołądki, dlatego też nie miałam ich w repertuarze do czasu, aż poznałam Hipka. Błotny ssak mianowicie podroby uwielbia i mógłby jeść na przemian żołądki, wątróbkę, serduszka, nerki, a potem od początku :) Nerek robić nie zamierzam [chyba, że ktoś podrzuci mi naprawdę prosty przepis - bo te, na które ja się natknęłam, wymagają stanowczo za dużo babrania], serduszka mi jakoś nie smakują - ale za to w żołądkach i wątróbce nieskromnie mówiąc zdążyłam się już wyspecjalizować. Dziś zatem przepis na naprawdę proste, ale co ważniejsze, pyszne żołądki. Proporcje na 4-5 osób.

ŻOŁĄDKI W SOSIE ŚMIETANOWO-KOPERKOWYM

1kg żołądków [kurze lub indycze - te drugie są delikatniejsze w smaku i nieco bardziej "wykwintne"]
2 kostki bulionu warzywnego
4-5 ziarenek ziela angielskiego
kilka listków laurowych
pęczek koperku
śmietana 12%
mąka
pieprz [do smaku]

Żołądki dokładnie oczyścić z farfocli i "żółtego czegoś", pokroić w kawałki [nie za małe!]. Wrzucić do średniej wielkości gara, nalać wody na jakieś 2-3cm nad poziom mięsa, zagotować. Z gotującej się powierzchni wody zdjąć łyżką biały nalot [można przecedzić, jeśli ktoś chce mieć super czysty wywar, ale ja tego nie robię, a i tak wychodzą dobre...], wrzucić kostki bulionowe, ziele angielskie i liście laurowe. Zamieszać, zmniejszyć płomień, przykryć i gotować na bardzo bardzo małym ogniu [ma sobie leciutko bulgotać] ok. 2 godzin. Nie trzeba stać i ich pilnować - od czasu do czasu zaglądamy, czy się za dużo wody nie wygotowało [jeśli tak, to dolewamy, ale WRZĄTKU, żeby nie przerwać gotowania], mieszamy i mamy z głowy. Żołądki się co prawda jak widać długo robią, ale nie wymagają zaangażowania kucharza w tym czasie.
    Kiedy mięso jest miękkie, przygotowujemy "zagęszczacz". W dużym kubku [ja mam taki prawie pół litrowy - Hipek z niego pije kawę :)] robimy miksturę składającą się z 2 pełnych łyżek śmietany, mąki i gorącej wody, które mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Następnie powoli toto wlewamy do żołądków, najlepiej od razu mieszając, żeby się nie zrobiły lane kluski. Jeśli jest za mało gęste, to jeszcze dodajemy mąki z wodą, ale już bez śmietany. Na koniec sypiemy pieprz według uznania i wrzucamy drobniutko posiekany pęczek koperku. Mieszamy wszystko łychą... i gotowe :)
    Podajemy z kaszą lub ziemniakami oraz jakąś surówką. Choć Hipek z lenistwa czasem wtrząchnie z bułką, a i tak mu się uszka z uciechy trzęsą.
    No cóż, pozostaje mi życzyć SMOCZNEGO :)



wtorek, 17 lipca 2012

Potrawa sezonowa - leczo

Zgodnie z życzeniem ostrzeżenie dla Mag - UWAGA, BĘDZIE O ŻARCIU! :)

   Nim znowu mnie wymiecie z Pomarańczowej Jaskini, mam dla Was następny post kulinarny, korzystajcie więc, póki są wakacje i małpki nie dostarczają żadnych tematów. Dziś będzie leczo, czyli typowa, sezonowa, wakacyjna potrawa. Nie polecam gotowania tego specjału poza okresem letnim ze względu na jakość warzyw. Jasne, że zarówno pomidory jak i paprykę można niby dostać przez cały rok, ale sami wiecie, jak to wygląda w naszej szerokości geograficznej - wszystko jest drogie, wątpliwej jakości, a po spożyciu nieuchronnie odbija się chemią. To już lepiej napchać się leczo po uszy w wakacje [podobnie, jak z bobem :)], a potem przez resztę roku wziąć sobie na wstrzymanie.
    Przepis podaję na duży garnek - obiad spokojnie dla 4-5 osób.

LECZO

3-4 cebule
2 średnie cukinie
6-8 papryk w różnych kolorach
8-10 pomidorów
kiełbasa zwyczajna [ile kto tam chce :)]
1-2 łyżeczki koncentratu pomidorowego [opcjonalnie!]
ziele angielskie, liście laurowe, pieprz, sól, bazylia

    W dużym garnku rozgrzewamy kilka łyżek oliwy z oliwek i wrzucamy do zeszklenia pokrojoną w grubą kostkę cebulę. Cukinie obieramy, wyjmujemy łyżeczką nasiona ze środka [na upartego można tego nie robić - ale ja tam nie lubię tych farfocli...], kroimy w dużą kostkę i wrzucamy do cebuli. Podlewamy ODROBINĄ gorącej wody, dodajemy 5-6 ziarenek ziela angielskiego i kilka listków laurowych, po czym przykrywamy pokrywką i zaczynamy duszenie [od czasu do czasu trzeba zamieszać]. Paprykę pozbawiamy nasionek, kroimy w paski, potem w dużą kostkę, wrzucamy do garnka, mieszamy, dusimy dalej. Pomidory sparzamy wrzątkiem, ściągamy z nich skórkę, kroimy w dużą kostkę - i do gara. Kiełbasę kroimy w talarki, podsmażamy lekko i dodajemy do reszty. Całość doprawiamy solą, pieprzem i bazylią po czym próbujemy - jeśli wyda nam się "za mało pomidorowe", to można podrasować koncentratem. Dusimy jeszcze kilka minut i danie gotowe.
    Można podawać na dobrą sprawę z czym się chce - pasuje zarówno ryż, jak i ziemniaki, makaron, chleb. Bez dodatków też będzie pyszne :) A jeszcze lepsze na drugi dzień, kiedy się przegryzie.