Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 17 marca 2011

Skutki załamania pogody

   Po kilku dniach wiosennej aury mamy załamanie pogody - ot, marzec. Mokro, zimno, do pracy daleko. W szkole ogrzewanie wyłączyli i w związku z tym jest lodowato: w poniedziałek, ostatniego dnia przed ochłodzeniem, w budynku było co najmniej kilka stopni mniej, niż na zewnątrz. Opuszczając mury miałam wrażenie, że wchodzę do sauny. Obecnie każdą wolną chwilę [a nie ma ich dużo] spędzam grzejąc dłonie trzymając w nich kubek gorącej kawy. Nie spadek temaperatury jest jednak najgorszy. O wiele poważniejszym problemem są wiejące od kilku dni silne wiatry. Panie i panowie, w Zoo rozpoczęła się akcja HALNY.
   Małpki to swtorzenia bardzo wyczulone na zmiany pogody. Nie jestem biologiem, nie wyjaśnię Wam więc, dlaczego tak się dzieje, ale tu z obserwacji nauczycielskich wynika jednoznacznie - przy gwałtownych załamaniach pogody dzieciakom odbija o wiele bardziej, niż zwykle. A już prawdziwy dramat ma miejsce, jeśli zaczyna silnie wiać. Wówczas nawet spokojni zazwyczaj uczniowie zaczynają się odszczekiwać, a ci, z którymi i tak są problemy, zaczynają przechodzić sami siebie. Jak zwykle, żeby nie być gołosłowną, opiszę Wam dwie sytuacje, świeżutkie jak poranne bułeczki z Awiteksu...
   Robiłam ostatnio w zawodóce sprawdzian z części mowy. Oddałam, omówiłam, na kolejnej lekcji odbyła sie poprawa dla chętnych - zainteresowany był nią jeden uczeń, ale dobre i to, zresztą, ich problem, nie mój. Sprawa zamknięta, realizuję nowy temat. Lekcja trwała już dobre 15 minut, zdążyłam się porządnie rozgadać na temat królestwa zmarłych w mitologii greckiej, kiedy wparował mi na zajęcia Piotr, typ "wiecznie nabuzowanego dresa", z nieodłącznym redbullem made in Biedronka w ręce. Żadnego dzień dobry czy przepraszam za spóźnienie, tylko od progu żąda tonem nieznoszącym sprzeciwu, żebym mu pokazała sprawdzian [a dostał z niego pałę]. Odparłam spokojnie, że omówienie się odbyło, ja teraz prowadzę lekcję, a kartkówkę dostanie do ręki w stosownej, wolnej chwili. Chłopak widocznie nie był przygotowany na odmowę, bo zaczął się awanturować - stanął koło biurka, wymachiwał rękami i wpadł w słowotok mający na celu zastraszenie mnie i sprawienie, bym TERAZ ZARAZ JUŻ spełniła jego rozkaz. Wiem, że jedyne, co mogę zrobić w takiej sytuacji, to zachować stoicki spokój przy jednoczesnym twardym powtarzaniu jak zdarta płyta, że "nic z tego, usiądź, teraz prowadzę lekcję", bo jeśli pozwolę sobie na okazanie emocji, to po mnie. Trwało to dobre kilka minut, nim usiadł, co nie znaczy, że przez resztę lekcji był spokój. Przerywał mi tok zajęć jeszcze kilkanaście razy, kilka razy wstawał z miejsca wymachując rękami. Zachowywał się jak kibol na meczu, a o tym, jak poważna to była sytuacja może świadczyć reakcja jego kolegów z klasy, którzy w pewnym momencie stanęli po mojej stronie i zaczęli go uspokajać: "Piotrek, morda, siadaj już, powiedziała, że potem pokaże, nie?" Nawiasem mówiąc, kiedy wreszcie podeszłam do niego ze sprawdzianem [rzeczywiście, był na to moment, bo reszta była zajęta czytaniem mitu o Orfeuszu i Eurydyce], to krzyknął, że teraz to nie chce i mogę sobie to w dupę wsadzić... Czysta, zwierzęca agresja, nakręcana przez wysoką ilość tauryny we krwi [skoro nie pije się nic innego poza napojami energetycznymi...] plus halny.
   Dziś za to było jeszcze "zabawniej". Na zajęciach w mojej osobistej małpiarni pojawił się Marek - rzadko chodzi, miał sporo enkaeli, dziś natomiast był wyraźnie podminowany. Od początku lekcji znalazł sobie pasjonującą rozrywkę w postaci zabawy obluzowanym blatem stolika i wyjmowaniem z niego wielkich, metalowych śrub przytwierdzających blat. Upomnienia rzecz jasna kompletnie ignorował, nie miał też zamiaru brać udziału w zajęciach - kiedy rozdałam książki z tekstem "Dziadów Dwójki", popatrzył z pod byka i prychnął: "A na ch*** mi to, i tak nie będę czytał". Odparłam, że to jego wybór, ale jeśli po przeczytaniu przeze mnie na głos fragmentu nie będzie wiedział, o czym on jest, to dostanie jedynkę. Wobec niezmienionej postawy Marka [a dodatkowo usiłował na różne sposoby uniemożliwić mi czytanie] dotrzymałam słowa. Po omówieniu fragmentu odwróciłam się, by zapisać notatkę na tablicy... i w tym momencie w tablicę uderzyła z całym impetem metalowa śruba ławki, w odległości mniej więcej dwóch palców od mojej twarzy. Marek siedział z bezczelnym uśmiechem na twarzy, a kiedy spytałam, czy zdaje sobie sprawę, że to było zagrożenie dla mojego życia, wycedził patrząc mi prosto w oczy: "No co, złapała mnie pani za rękę? To nie ja".
   Tu pojawia się pytanie: co nauczyciel może zrobić w takiej sytuacji. Oczywiście, nie mam dowodu, że to on, a przecież nikt z klasy mi tego nie potwierdzi i nawet nie prosiłabym ich o to. Okoliczności jednak były jasne. Spisałam więc notatkę służbową z dokładnym opisem całego zajścia, zglosiłam sprawę Wiceszefowej, wzywam też matkę Marka na rozmowę. Przykro mi to mówić, ale w tym momencie nic więcej nie mogę zrobić.
   W Zoo powinien być monitoring nie tylko na korytarzu, ale również w salach. Szkoła powinna zatrudnić ochroniarza. Póki co jednak nie ma co o tym marzyć, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że następnym razem podobna metalowa śruba nie trafi mnie z impetem w głowę. Tak niestety wygląda rzeczywistość w tej placówce. Może być kilka miesięcy względnego spokoju, ale to nie znaczy, że jestem bezpieczna. I dla własnego dobra nie wolno mi o tym zapomnieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz