Smok jaki jest, każdy widzi. Wielkie, potężne, zielone, od czasu do czasu odbije mu się siarką, co powoduje samozapłon obiektów znajdujących się w bezpośrednim otoczeniu. Ktoś może powiedzieć, że taka już smocza natura, którą należy zaakceptować i pielęgnować. Niestety, sam zainteresowany gad tej opinii nie podziela. Kolor łusek akurat nie stanowi problemu, za to gabaryty już tak... Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach piękne jest tylko to, co chude i ta prawidłowość dotyczy również mnie. Nie jest tragicznie, Greenpeace nie spycha mnie do wody, kiedy leżę na plaży, a lustra nie pękają ilekroć koło nich przechodzę, tym niemniej zgubienie kilku (kilkunastu?) kilogramów by mi się przydało.
Ba, ale jak to zrobić skutecznie, bez "efektu jojoba" [cytat z mojej znajomej :)], w miarę szybko [bo jeśli mimo wysiłków nie ma efektów, to Smok się zniechęca...] i bezboleśnie? Dodam, że na operację odsysania tłuszczu mnie nie stać i nie zanosi się na to ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości. Wiem też niestety, że na dłuższą metę nie jestem w stanie zmusić się do regularnych ćwiczeń - no smoki są leniwe i już. Pozostaje więc uprzejme podziękowanie Szewczykowi Dratewce za kotlety z baraniny i przejście na dietę.
Dieta to też jednak nie sprawa dla amatorów. Musi być taka, aby zadziałała, ale też by pozwoliła normalnie funkcjonować, czyli nie osłabiała i nie narobiła szkód w organizmie. Diet istnieje skolko ugodno, wybierać, przebierać... Moja ulubiona to owocowo-warzywna, na której zresztą byłam przez ostatnie 2 tygodnie. Plusem jest to, że czuję się po niej świetnie, pełna energii, a w dodatku sam skład nie stanowi dla mnie problemu - to może brzmi jak herezja [w końcu jestem Smoczycą], ale mam za sobą 9 lat bycia wegetarianką. Minus to jednak powolność - to sposób żywienia nastawiony głównie na oczyszczenie organizmu, więc chudnięcie jest li i jedynie efektem ubocznym. 3,5 kg w dwa tygodnie to troszkę za mało jak na wysiłek włożony w ich zgubienie. Jaki wysiłek? A spróbujcie się odżywiać wyłącznie jabłkami, marchewką, kapustą kiszoną i ogórkami...
Co w związku z tym? Po długich rozważaniach postanowiłam pójść za modą i spróbować diety Dukana. Wiem wiem, trzeba cholernie uważać i się nawadniać, by nie rozwaliła nerek. Obiecuję, że będę :) Nasłuchałam się jednakże od różnych osób tylu achów i ochów na temat doktora Pierre'a, że sama "też tak chcę". A już dobił mnie mój były uczeń mający już od dawna status kumpla, który od stycznia "zgubił Dukanem"... 12kg! Kurde... To ja się tu męczę i raptem poleciały trzy z hakiem...? Dość tego :)
Dziś pierwszy dzień proteinek. Od rana wpierniczam chude serki, zagryzam makrelą, a w ramach przekąski pieczonym indykiem. I tak będzie do czwartku, kiedy to będzie mi można włączyć trochę warzyw.
Jej Wysokość wyraża swoją zdecydowaną aprobatę odnośnie mojego nowego sposobu żywienia. Od każdego produktu domaga się haraczu :)
Hiszpanie proponuja diete ''cucurucho'' :) podobno dziala. Co do Dukana, to MaGda na swoim blogu kulinarnym poleca calkiem sporo dan dopasowanych do diety proteinowej ( http://gotuj.skutecznie.tv ). A ja w 1,5 miesiaca zgubilem tylko 8 kilo i jakos sie nie przejmuje :). Dzis wolne od gimnastyki, ale trzeba bedzie nadrobic te stracone momenty kiedy indziej. Wniosek - nie mam zycia po robocie :)
OdpowiedzUsuń~~**
8 kg w 1,5 miesiąca to bardzo dużo, nawet nie wiem, czy nie za dużo. A tak w ogóle - to kiedy mi odpiszesz na maila, hę? :)
OdpowiedzUsuń