Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 22 września 2011

Małpka nr 9 - polski Oliver Twist

    Może to zabrzmi okrutnie, ale z punktu widzenia "nadzorcy małpek" cieszy mnie na ogół informacja, że któryś z moich podopiecznych przebywa w tzw. bidulu. Nim mnie odsądzicie od czci i wiary chcę zaznaczyć, że nie mam tu na myśli sierot biologicznych, czyli uczniów, którzy trafili do Domu Dziecka, bo oboje rodzice nie żyją, a żadna rodzina nie może [lub nie chce] się nimi zająć. Jeśli do Zoo trafi taki delikwent, to jako nauczycielowi, czyli - jak by nie patrzeć - urzędnikowi państwowemu, szczególnie otwiera mi się nóż w kieszeni. Taka "klasyczna sierota" została bowiem powierzona opiece państwa, które w takim razie ma w zastępstwie nieżyjących rodziców psi obowiązek zapewnić jej optymalne warunki rozwoju. Jeśli więc takie dziecko trafia do nas, czyli do "szkoły ostatniej szansy", to znaczy, że to państwo - mówiąc bardzo delikatnie - dało ciała na każdej linii. Jako dowód można przytoczyć tu historię Adasia, czyli Małpki Bum-Bum, którego jedyną "winą" był pech do rodzin zastępczych [zainteresowanych odsyłam tutaj].
   Do Domów Dziecka trafiają jednak nie tylko biologiczne sieroty, ale przede wszystkim dzieci, których rodzice z różnych powodów nie nadają się, by sprawować nad nimi opiekę. I właśnie tego typu przypadki miałam na myśli w pierwszym zdaniu, pisząc, że taka wiadomość jako nauczyciela mnie cieszy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że za każdą decyzją o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczej kryje się rodzinna tragedia. Z mojej perspektywy jednak lepiej, żeby taki uczeń mieszkał w bidulu - mam przynajmniej pewność, że nie jest głodny, nikt się nad nim nie znęca, mógł się wyspać i miał warunki, by odrobić lekcje. Innymi słowy - zaspokojono jego najbardziej elementarne potrzeby.

    Dziś jednak będzie niestety o wyjątku od tej reguły. Uczę w trzeciej gimnazjalnej chłopca - nazwijmy go Darek - który od kilku lat jest wychowankiem Domu Dziecka. Nie jestem jego wychowawczynią, nie wiem więc, dlaczego tam trafił, mam jedynie informację, że jego rodzice żyją [w dzienniku znajduje adres ich zameldowania]. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym bardziej mam wrażenie, że patrzę na jakiegoś bohatera literackiego rodem z powieści XIX-wiecznych o dzieciach z zapchlonych sierocińców, przymierających głodem i wykorzystywanych do nieludzkiej pracy. Przesadzam rzecz jasna, ale niestety nie do końca.
    Przede wszystkim - ktoś zaniedbał "diagnostykę", bo po kilku lekcjach z nim nie mam wątpliwości, że chłopak powinien być w szkole specjalnej. Kompletnie nie radzi sobie z nauką czegokolwiek i nawet jak na standardy Zoo wyraźnie odstaje intelektualnie od reszty małpiątek. Jest w stanie jedynie siedzieć na lekcji i kopiować notatkę z tablicy do zeszytu, a i to nie bez błędów, bo pisze i czyta z wyraźną trudnością. A już jasne jest, że o zrozumieniu czegokolwiek nie ma co marzyć. Chcecie przykładu? Trafiło się, że byłam z nim sama na lekcji - ósma rano w poniedziałek, tylko on dotarł. Pomyślałam, że to świetna okazja, bym z nim popracowała indywidualnie i w rezultacie by zrobił coś na tyle konstruktywnego, by zdobyć jakąś pozytywną ocenę. Zaczęłam go więc najpierw całkiem spokojnie, "na luzie" pytać z ostatniej lekcji, która odbyła się poprzedniego dnia i na której był. Miałam nadzieję, że coś mu w głowie zostało, tym bardziej, że omawialiśmy akurat fragment z Biblii o Adamie, Ewie i jabłku - no darujcie, ale w naszym [czytaj: katolickim] kręgu kulturowym każdy słyszał tę historię... Okazało się jednak, że Darek z całego opowiadania zapamiętał tylko finał, czyli wygnanie z raju, ale już świadomość jak do tego doszło zaginęła w mrokach umysłu ucznia. Wzięłam więc głęboki oddech i zarządziłam inne ćwiczenie. Dałam mu do przeczytania króciutki [pół strony w podręczniku!] mit o genezie wojny trojańskiej, czyli o sądzie Parysa w sprawie najpiękniejszej boginii. Dałam mu 20 minut na zapoznanie się z tekstem, a po upływie czasu poleciłam, żeby mi go opowiedział. Wiecie, że nic nie zapamiętał? Dosłownie NIC. Nie był nawet w stanie wymienić imion bohaterów, łącznie z imieniem Parysa, które przecież było w tytule... Przyznam, że opadły mi ręce. Co ten chłopak w ogóle tu robi? Jakim cudem ja mam dać mu pozytywną ocenę z polskiego? Mimo najszczerszych chęci - no jak???
    Notabene - Darek, jak można się domyślić, jest pośmiewiskiem całej klasy. Koledzy śmieją się z niego niemiłosiernie, podbudowując sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, bo oto znalazł się "prawdziwy debil", głupszy niż ktokolwiek dookoła. A on biedny nie ma jak się bronić...
    To jednak nie koniec zaniedbań, jeśli chodzi o tego chłopca. Jak wiadomo, jesień to czas zachorowań na wszelkie możliwe infekcje. Kilku nauczycieli już jest na zwolnieniach, a połowa uczniów charczy i smarka. Darek też się doprawił - siedział na polskim i całe 45 minut kaszlał tak, że mało nie zostawił płuc na ławce. Naprawdę aż serce się ściskało, ale to pikuś, bo w pewnym momencie zauważyłam, że na chusteczce, którą zasłonił sobie usta... jest krew! Nikt mi nie wmówi, że dorobił się tego w przeciągu kilku dni. Jeśli pluje krwią, to znaczy, że sprawa jest po pierwsze poważna, po drugie - trwa już długo. W takim razie pojawia się pytanie: co do jasnej cholery robią jego opiekunowie w bidulu?! Grają w szachy korespondencyjne?!
    Po zakończonej lekcji poleciałam do wychowawczyni Darka i kazałam jej zadzwonić do Domu Dziecka, by zabrali chłopaka do lekarza. I rzeczywiście, następnego dnia nie pojawił się w szkole, a faksem przyszło jego zwolnienie lekarskie. No rychło w czas, może nie pozaraża całego Zoo...
    Naprawdę nie sądziłam, że w XXI wieku w środku Europy mogą funkcjonować tak ewidentnie olewające swoich wychowanków placówki opiekuńcze. Co to ma być, powieść Dickensa? Chyba wciąż jestem zbyt wielką idealistką mającą zaufanie do państwa polskiego, bo gdybym nie widziała tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła.

6 komentarzy:

  1. Ja pier...toż to ręce opadają. Zgłaszałaś też te jego problemy z pamięcią, czytaniem? Przecież chłopak powinien chodzić do szkoły specjalnej, krzywdę mu się w ten sposób robi. Ale co ja cie będę- sama wiesz najlepiej. Co za ciemnogród.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mówiłam Wice - stwierdziła, że w tym momencie to już trochę za późno, niech już skończy tę trzecią gimnazjum... Normalnie na badania dziecko idzie z rodzicami, w przypadku Darka powinna go skierować placówka. A ta najwidoczniej ma to w dupie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam dużo polskich domów dziecka, ale te, które widziałam, były dalekie od "dobrego miejsca dla dziecka". Bardzo, bardzo żal tego chłopca :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Dragonella:
    Też nie znam Domów Dziecka, ale wiem niestety, jakie warunki w domach rodzinncyh mają co niektórzy moi podopieczni. I w wielu takich przypadkach naprawdę lepiej, jeśli nie mieszkają z rodzicami, tylko w placówkach opiekuńczych.

    OdpowiedzUsuń
  5. A bo pewnie w domach rodzinnych to inaczej niż w takim klasycznym domu dziecka? Tak się domyślam, nie znam dobrze tematu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dom rodzinny - tu miałam na myśli ich własne domy, czyli z tatusiem i mamusią. I wiem niestety, że spora częśc tych dzieci mieszka w takich melinach, że już naprawdę lepiej, jeśli ich zabiorą do DD.

    OdpowiedzUsuń