Podczas nauki każdego przedmiotu w szkole są działy zarówno ciekawe, jak i śmiertelnie nudne, a ponieważ od początku mojej "kariery" nauczycielskiej stawiam na autentyczność, to uczniowie świetnie wiedzą, których twórców czy epoki literackie lubię, a na co najchętniej puściłabym pawia. Rzecz jasna wymagam wszystkiego, bo fakt, że coś jest nudne, nie zwalnia od nauczenia się tego, ale na pewno nikomu nie każę - przywołując klasyka - zachwycać się Słowackim, no bo "jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?" [nawiasem mówiąc - Jula akurat dość lubię jak na romantyka :)]. Zawsze też pytana o opinie na temat danych lektur szczerze mówię, co o nich naprawdę myślę, zaznaczając, że de gustibus non est disputandum, więc to, że mnie coś przypadło [lub nie] do gustu, nie musi oznaczać, że uczniowie będą mieli to samo zdanie.
W związku z tym mało jest tak wdzięcznych dla mnie rzeczy do omawiania z uczniami, jak mitologia grecka. Mam na tym punkcie nieszkodliwego świra, a w związku z tym primo - znam mnóstwo szczegółów, którymi potrafię zainteresować dzieciarnię, a secundo - no nie ma siły, nawet małpki pewnie widzą ten płomień w moich oczach, kiedy im streszczam Parandowskiego zmiksowanego z Kubiakiem. Do tego z ręką na sercu twierdzę, że przynajmniej podstawowa znajomość mitologii niezbędna jest każdemu, kto chce cokolwiek rozumieć z kultury europejskiej. Nawet nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, że wszystko w niej pływa - dla przykładu, uwielbiam te rozdziawione gęby uczniowskie, kiedy uświadamiam im, że Morfeusz to grecki bóg snu [a w takim razie "Matrix" nabiera o wiele głębszego znaczenia :)]. W ogóle związki frazeologiczne o rodowodzie mitycznym to wielce przyjemny temat i świetna okazja, by garściami podrzucać co bardziej smakowite opowiastki. W zależności od wieku i poziomu słuchaczy można bowiem uzupełnić wiedzę dzieciarni o kilka pikantnych szczegółów, które zwykle są przez podręczniki pomijane. Dajmy na to - wszyscy słyszeli o nici Ariadny i dzielnym Tezeuszu, ale nie każdy już wie, że "wspaniały bohater" zostawił potem swoją wybawicielkę na bezludnej wyspie, bo mu się znudziła [choć w sumie nie skończyła aż tak źle, bo zainteresował się nią Dionizos - no ok, zostala żoną żula, ale jednak boga :)]. Albo - wszyscy mają szacunek do wiernej Penelopy, która czekała na Odyseusza 20 lat... dopóki nie uświadomię im, że w przeciwieństwie do żony mężulo podczas powrotu zabawiał się z różnymi panienkami i wcale z tego powodu nie miał wyrzutów sumienia.
A już najbardziej lubię omawianie "Króla Edypa" [w liceum] lub "Antygony" [to w gimnazjum], bo to z konieczności wymaga szczegółowego przypomnienia całego mitu o rodzie Labdakidów, który jest według mnie najbardziej mrożącym krew w żyłach fragmentem mitologii greckiej. To się naprawdę opowiada dzieciakom jak film sensacyjny. Przekonałam się o tym jeszcze ucząc w poprzedniej szkole. Byłam świeżo po studiach i jeszcze dziwiły mnie takie rzeczy, że 16-latek z dobrej rodziny nigdy nie słyszał o Edypie i Sfinksie. Kiedy zorientowałam się, że oni naprawdę tego nie znają, zaczęłam im opowiadać ze szczegółami, a moje ukochane "króliczki" [tak mówiłam na tę klasę licealistów, bo byli naprawdę fajni] siedziały łapiąc wypadające ze zdziwienia szczęki i tylko co chwilę zadając pytania w stylu: "No nie, pani żartuje - on się NAPRAWDĘ z własną matką ożenił?!". W dobrej szkole też rzecz jasna mogłam sobie pozwolić na szersze omówienie całej historii. Fatum ciążące nad Edypem wydaje się potwornie niesprawiedliwe... do momentu, aż dogrzebiemy się do informacji, że była to kara dla jego ojca Lajosa za gwałt popełniony na młodym chłopcu - a dla Greków fakt, że syn odpowiada za winę rodziców, nie był niczym dziwnym. I co, od razu inaczej patrzymy na klątwę rodu Labdakidów.
W Zoo w dwóch klasach gimnazjalnych właśnie zabieram się za omawianie "Antygony". W mojej "ukochanej" 3A [tam, gdzie jest Sebastianek-Bida z Nędzą] już zdążyłam przeprowadzić zajęcia zapoznające ich z właściwym mitem. Rozrysowałam ładnie drzewko genealogiczne tej popierniczonej rodzinki Labdakidów i opowiedziałam obrazowo, jak to Edyp wpakował się w kłopoty. Mam nadzieję, że definicję fatum zapamiętają za pomocą mojego ulubionego skojarzenia. Tłumaczę uczniom: "Greckie fatum działa tak jak u Kubusia Puchatka. Pamiętacie - im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Tu jest tak samo: im bardziej Edyp ucieka od przeznaczenia, tym bardziej właśnie klątwa się wypełnia".
W ramach podsumowania pozwolę sobie zacytować Piotrka, który w ten oto sposób skomentował treść mitu o rodzie Labdakidów: "K***, czego oni nas w tej szkole uczą? Koleś machnął czwórkę dzieci własnej matce - a to podobno my jesteśmy patologia! Przecież przy nim to my jesteśmy święci!".
Uwielbiam, kiedy literatura wyzwala emocje :)
Bardzo fajny post Smoku;-)) Nie wiem czy nie najlepszy jaki dotąd czytałem;-))
OdpowiedzUsuńOj tam oj tam... :) Nie cukruj :)
OdpowiedzUsuńNo ale cieszę się, że Ci się podoba.
Drago, Hipcio pewnie jakiś dobry obiad chce ...;)
OdpowiedzUsuńDionizos-żul- nieeee no, rozwaliłaś mnie:) Też uwielbiam mitologię, to chyba najbardziej uniwersalna literatura, jaka istnieje na świecie. A komentarz Piotra- bezcenny :)
Mag, to ja przeważnie gotuję hehe;-))
OdpowiedzUsuńZgadza się, ja gotuję przeważnie w weekendy tylko, choć i to nie zawsze. Hipek sprawdza się rewelacyjnie jako "kogut domowy", a już mięso robi takie, że palce lizać i obgryzać.
OdpowiedzUsuńCo do Dionizosa - no a może nie? Alkon jak się patrzy :)
zgadzam się z Hipciem - to chyba najlepszy twój post dotychczas. kudosy, gratsy i niski ukłon :-)
OdpowiedzUsuńWidocznie patrzę z innej perspektywy :) Gdybym ja miała typować swój najbardziej udany post, to wskazałabym kilka innych. Ale cóż, właśnie tak, jak pisałam - de gustibus non est disputandum :)
OdpowiedzUsuń