Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 19 września 2011

W obronie terytorium

    Dziś będzie o Jej Wysokości oraz o innych mruczących futrzakach. Ale po kolei.
    Ponieważ Hipopotam - przytaczając jego własne słowa - z dnia na dzień czuje się coraz silniejszy, postanowiliśmy wykorzystać piękną, jesienną pogodę i wybraliśmy się na weekend do wiejskiej posiadłości Seniorki. Dla osób, które cały czas spędzają w betonowo-ceglanej miejskiej puszczy, a zamiast odgłosów przyrody słyszą co najwyżej "sztachet-party" u sąsiadów, taka zmiana otoczenia jest naprawdę relaksującą odmianą. Nie zrozumcie mnie źle, ja bynajmniej nie narzekam na egzystencję w środku dużego, polskiego miasta - lubię miejsce, w którym żyję i na stałe na pewno nie zamieniłabym mojej pomarańczowej pieczary na żaden rustykalny domek z ogródkiem tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Co innego jednak życie codziennie, a co innego odpoczynek. No i tutaj owszem, niezaprzeczalnie lepiej wyciszyć się poza miastem.
    Nie da się ukryć, że wiejska posiadłość Seniorki to naprawdę piękne miejsce. Nie będę się w tym momencie rozpisywać szczegółowo na temat jego walorów, bo Hipopotam zrobi to lepiej - zainteresowanych odsyłam na jego bloga i zapewniam, że jest na co popatrzeć. Ja natomiast uraczę Was relacją z wizyty z trochę innej, bo kociej perspektywy.
    Nie przypuszczacie chyba, że wyjeżdżając na weekend moglibyśmy zostawić Jej Wysokość samą, smutną w mieszkaniu? Naturalnie została załadowana do transportera, by i ona mogła korzystać z wiejskich uroków. Zna już dobrze to miejsce, bo rok temu spędziła ze mną u Seniorki cały lipiec. Dowcip polega na tym, że wówczas była tam niepodzielną panią i władczynią, teraz jednak u mojej mamy zdążyła zadomowić się już inna futrzasta rodzinka. Najpierw była to urocza, szara koteczka, która jednak poczuła się tam na tyle dobrze, że zaczęła przyprowadzać swoje malutkie pociechy. Oczywiście ma to niezaprzeczalnie związek z faktem, że zarówno Seniorka jak i jej mąż są dobrymi ludźmi i z powodu tych powtarzających się odwiedzin otworzyli na terenie ogrodu koci odddział stołówki MOPS-u... W wyniku tego futrzaki zaczęły przychodzić codziennie i poczuły się jak prawdziwi koci rezydenci. No i pojawił się problem, kiedy do ogrodu zawitała Puma, pamiętająca jeszcze, że to jest jej osobisty teren łowiecki. Relacjonując przebieg konfliktu w skrócie, to Jej Wysokość w końcu łaskawie zgodziła się na udzielenie intruzom azylu politycznego na jej włościach [a to ona była tu organem wydającym decyzję, bowiem masą ciała przewyższała kocią mamusię tak gdzieś ze dwa razy...]. Nie obyło się to bez scen drastycznych - jeden z maluchów zagnany przez Pumę na skraj małego oczka wodnego tak się wystraszył, że zostawił w wodzie kilka okrągłych bobków, wyłowionych niezwłocznie siatką na motyle.
    Ale i dla Jej Wysokości znalazł się w pewnym momencie godny przeciwnik. Do królestwa Seniorki przybył duży, wiejski kocur, który odebrał widocznie raport od swoich szpiegów, że "tu dobrze karmią". Z nim już Pumie nie poszło tak łatwo - doszło do dwóch starć, w których z odsieczą księżniczce musiał przybyć Rycerz na Białym Koniu [w tej roli Hipopotam z kijem w ręku :)]. Za trzecim jednak razem Jej Wysokość pogoniła intruza i musiała mu najwidoczniej porządnie przejechać po pysku pazurkami ze swoim starannie wykonanym miastowym manicurem, bo skubany zwiewał piszcząc tak, że aż się za nim kurzyło. I rzecz jasna więcej nie wrócił.
    Oprócz tego Pumiszcze żywiło się prawie wyłącznie na powietrzu, polując na ogrodowe żaby i myszy. A od wczoraj odsypia pełen wrażeń weekend leżąc na swoim ukochanym ręczniczku umieszczonym na przybitej specjalnie dla niej przez Hipopotama półeczce pod sufitem.
    Jako bonus mam dla Was materiał filmowy, którego bohaterem jest Mała Wodna Kocia Srajdka. A propos, ma ktoś może pomysł na imię? Komisyjnie stwierdzono, że jest to koteczka :)   



8 komentarzy:

  1. O tak, walki były drastyczne;-))

    OdpowiedzUsuń
  2. I dlatego konieczna była interwencja Rycerza... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj tam, oj tam, od razu rycerz. Zwykły pachoł z kijem;-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej Wysokość jest innego zdania. Zostałeś oficjalnie pasowany na rycerza, więc powstań, Sir Hippopotamusie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale, ze z kijem na kocurka? No wiecie?! Ale ten maluch (ta maluszka?) wcina! A w imionach to ja niezbyt dobra jestem, ale Mamcika mego podpytaj, kiedyś naszego psa chciała nazwać Ugryź :))))

    OdpowiedzUsuń
  6. Kocurka? Ty wiesz jakie to bydle było?;-))

    OdpowiedzUsuń
  7. A może to był tygrys? ;P
    Drago, podkradłam Ci linka do prof. Bralczyka- rewelacja, siedzę i słucham zamiast czytać zaległe książki- a idź Ty!

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj tam oj tam, książki nie zając... Smacznego :)

    OdpowiedzUsuń