Teraz zróbcie sobie za to kawę, usiądźcie i oprzyjcie się wygodnie w fotelu, bo opowiem Wam bajkę.
***
Wcale nie tak dawno temu, bo w pierwszej połowie XXI. wieku - i wcale nie za górami i lasami, bo w średniej wielkości państwie europejskim, żył sobie smok, a właściwie smoczyca, o wdzięcznym imieniu Dragonella. Mieszkała w przytulnej, pomarańczowej pieczarze, za towarzysza mając lekko wredne, czarne Pumiszcze. Gadzina i kot egzystowali we względnej komitywie, a smok wiódł sobie dość spokojne życie, w którym nie było co prawda żadnych ekscytujących fajerwerków, ale też nie było większych kataklizmów, a przynajmniej niczego, z czym nie mógłby sobie poradzić. Ot, codzienna krzątanina. Smok mimo mruczącego towarzystwa czuł się jednak samotny, bo trzeba wam wiedzieć, że była to gadzina wyjątkowo społeczna, nienajlepiej czująca się z dala od stada [nie tak, jak inne smoki ze znanych wam opowieści]. Dragonella próbowała więc stworzyć własne stado, ale nie bardzo jej to wychodziło. Dlaczego? Trudno by dociekać przyczyn. Być może szukała w złych bajkach [takich, co to je napisał Andersen lub inny facet z traumą - i dlatego nie kończą się szczęśliwie] lub całowała niewłaściwe żaby, które zamiast zamieniać się w pięknego, smoczego księcia, okazywały się wrednymi typami i trzeba było się potem nagłówkować, jak ich pogonić na cztery wiatry.
Ponieważ jednak bajki mają to do siebie, że wszystko jest w nich możliwe, pewnego dnia Dragonella poznała sympatycznego Hipopotama. I choć mogłoby się wydawać, że nie ma szans na porozumienie między wielkim błotnym ssakiem, a gadem pokrytym łuskami, to bardzo szybko okazało się, że oba zwierzątka rozumieją się w pół słowa i czują się ze sobą tak, jak by się znały od zawsze. A ponieważ z upływem czasu i w związku z zacieśnieniem kontaktów nie tylko wzajemne zainteresowanie nie osłabło, ale coraz bardziej się nasilało i po prostu - jak to mówią rozmaici mądrale - chemia zaczęła działać, to Dragonella i Hipopotam postanowili spróbować stworzyć własne, dwuosobowe stadko. Planowali dać sobie spokojnie kilka miesięcy czasu, by można było dostosować małą, pomarańczową pieczarę do potrzeb wodnego ssaka, a także aby sam Hipopotam mógł pozałatwiać wszystkie niezbędne sprawy i z czystą kartą zawitać u smoka.
Niestety, z międzyczasie stało się coś, czego żadne ze zwierzątek nie brało pod uwagę: Hipopotam bardzo ciężko zachorował. Z dnia na dzień wszystko inne przestało być ważne poza ratowaniem jego życia, bo aby w ogóle dalszy ciąg tej bajki był możliwy, to przecież uroczy błotny ssak musiał być najpierw zdrowy. To mając przede wszystkim na uwadze Dragonella postanowiła, że przenosiny Hipopotama do pomarańczowej pieczary zostaną przyspieszone, by mógł on tutaj rozpocząć leczenie. Okazało się bowiem, że nieopodal urzęduje renomowanej klasy dobra wróżka, która wraz z całym sztabem pomocników dysponuje asortymentem najróżniejszych potężnych mikstur zdolnych postawić Hipcia na nogi. Nie myślcie sobie, że była to łatwa decyzja. Oba zwierzątka ryzykowały dużo i bardzo się bały, mając w dodatku świadomość, że sama kuracja będzie niebezpieczna, będzie wymagała od obojga uruchomienia olbrzymich pokładów cierpliwości, wzajemnego zrozumienia, może się okazać bolesna i trudna na co dzień do zniesienia. Postanowiły jednak, że w zaistniałej sytuacji jest to jedyne sensowne rozwiązanie.
Jak ta bajka potoczyła się dalej? Gdyby nie choroba, opowieść miałaby charakter doprawdy iście bajkowy. Dragonella i Hipopotam nie pomylili się co do siebie, czar nie prysł i już w krótce żadne z nich nie potrafiło sobie wyobrazić życia osobno. Błotny ssak rozpoczął kurację - dobra wróżka pompowała w niego co raz to nowe medykamenty o składzie tak przerażającym, że na samą myśl o tym, co krąży w krwioobiegu Hipka, smokowi robiło się słabo. To wszystko było jednak konieczne, by Hipopotam mógł w rezultacie odzyskać zdrowie. Znosił więc dzielnie wszystkie dolegliwości, a Dragonella starała się jak mogła, by mu to ułatwić.
Powyższa opowiastka nie ma jeszcze końca i w ciągu najbliższych lat w najmniej spodziewanym momencie może nastąpić negatywny zwrot akcji. Hipopotam i Dragonella zdają sobie z tego sprawę, dziś jednak przyszła wiadomość, że w czarodziejskiej, szklanej kuli wyraźnie widać BRAK OZNAK CHOROBY. Ergo - kuracja zadziałała i wszystko wskazuje na to, że najgorsze chwile oba zwierzątka mają już za sobą.
(jak na razie) KONIEC
Jak może mogliście się przekonać w swoim własnym życiu, duże nieszczęście [takie, jak na przykład poważna choroba], często okazuje się rodzajem testu dla osób, które znamy. Wtedy tak naprawdę okazuje się, kto ma "dość jaj", by nie wystraszyć się, nie spuścić uszu, nie uciec - tylko być przy nas. Nieważne, że obiektywnie może nie być w stanie nam pomóc. Nieważne, że nie zawsze wie, co powiedzieć, jak z nami rozmawiać, by nie zdenerwować i nie gadać samych banałów. Ważne, że JEST i my o tym wiemy. Bo przyjaciel to osoba, która zostaje, gdy inni odchodzą.
I dlatego w tym miejscu chciałabym podziękować kilku ludziom, których obecność odczuwałam w najtrudniejszych dla mnie momentach, kiedy nie miałam siły, nie dawałam sobie rady z trudnymi emocjami i po prostu było mi ciężko:
- Przede wszystkim Seniorce, czyli mojej Mamie. Wiem, że byłaś przeciwna mojej decyzji i próbowałaś mi ją wyperswadować, ale kiedy zobaczyłaś, że zdania nie zmienię, nie zostawiłaś mnie. Mogłam na Ciebie liczyć w każdym trudnym momencie, rozmawiać z Tobą ilekroć "nie wyrabiałam". Wiem, że gdyby działo się coś złego, zrobiłabyś wszystko, by mi pomóc - na szczęście nie było to konieczne. Dziękuję Ci za to, że mimo nieakceptowania tego, co robię, ani na chwilę nie przestałaś akceptować MNIE. A także za to, że szczerze mówiłaś nam obojgu o swoich obawach - i że dałaś nam szansę.
- Druga ważna osoba to wujek Hipopotama, Janusz. Nie miałam do tej pory okazji Pana poznać, nie wiem też, czy przeczyta Pan moje słowa, ale mimo to chcę w tym miejscu Panu podziękować. Opisując z mojego punktu widzenia, a więc osoby obserwującej reakcje Hipopotama, jestem Panu wdzięczna za wpływ, jaki Pan na niego miał swoimi rozmowami. Hipek nie ma łatwego charakteru, podawane leki często też dodatkowo czyniły go drażliwym [co jest reakcją zupełnie naturalną]. Mogę Pana zapewnić - niewiele było wtedy osób, z którymi w ogóle chciał gadać i które nie działały mu na nerwy. Pan bez wątpienia jest jedną z nich. Dziękuję, że był Pan z nim, interesował się - tak zwyczajnie, szczerze, po ludzku - jak on się czuje, jak przebiega leczenie. Myślę, że Hipopotam wyczuwał, że była to z Pana strony prawdziwa troska, a nie kontakt pod tytułem "bo tak wypada". Rozmowy z Panem sprawiały, że się uspokajał, stawał się "bardziej do życia", a proszę mi wierzyć, to naprawdę bardzo dużo.
- I wreszcie trzy osoby z kręgu moich przyjaciół:
Kasia - za to, że mogłam z Tobą tak zwyczajnie, bo babsku pogadać, spotkać się, wypić kawę, pójść do kina, oderwać się na chwilę od złych myśli. Umożliwiałaś mi "zresetowanie systemu". Dyskretnie interesowałaś się tym, co się u nas dzieje, nie narzucałaś się, ale byłaś w pobliżu i miałam tego świadomość. Dziękuję też za pomoc finansową, którą nam oferowałaś. Nie była konieczna - poza tym znasz mnie i wiesz, że nienawidzę pożyczać pieniędzy - ale doceniam to, że o tym pomyślałaś i że to zaproponowałaś.
Bartek - przede wszystkim za informcje na temat choroby. Rozmowy z Tobą w dużej mierze pomogły mi podjąć decyzję o tym, że Hipek ma rozpocząć leczenie tutaj. Wiedziałam dzięki nim, czego mogę się spodziewać na co dzień, na co powinnam uważać, jak się przygotować. W trudnych chwilach dobrze mi robi skupianie się na konkretach, na działaniu - i dzięki naszym rozmowom miałam taką możliwość.
Tomek - [jeśli czytasz te słowa] - za codzienną ludzką życzliwość, z jaką traktujesz Hipopotama. Za to, że może z Tobą pogadać, podyskutować, pośmiać się, kiedy mnie nie ma.
No i tak to robaczki. A kciuki trzymajcie dalej. Na pewno nie zaszkodzi :)
Siostro Smoczyco, zdala Siostra ten egzamin celujaco. Moje gratulacje. Dalej moze byc juz tylko lepiej.
OdpowiedzUsuńTrzymam mocno kciuki i pozdrawiam cieplo. Bardzo cieplo.
No i się poryczałam...
OdpowiedzUsuńTzw. Seniorka
Robal: Ty patrz, a ja nawet nie wiedziałam, że zdaję egzamin :) A kciuki trzymaj, aż zbieleją.
OdpowiedzUsuńSeniorka: no pisk no... A nie tak było?
Dołączam się do podziękowań, no i poleciały Hipopotamowe łzy szczęścia;-))
OdpowiedzUsuńNo i zrobili mi tu wodospad Niagara... :)
OdpowiedzUsuńŻyczę dużo śzczęscia :) Ania
OdpowiedzUsuńDziękuję. Przyda się :)
OdpowiedzUsuńyou've been a very bad girl. a very, very bad, bad girl, Gaga (http://www.youtube.com/watch?v=EVBsypHzF3U, 4:45). skomentowałaś u ostatnio u czytanej przeze mnie synafii i w czwartek zamiast pracować, przeczytałem prawie całego twojego bloga. powiedz sama: jak w tym kraju ma być dobrze, skoro ludzie w godzinach pracy robią takie rzeczy ;-)
OdpowiedzUsuńteraz na serio: wielokrotnie w trakcie lektury zbierałem opadniętą szczękę, i prawie rozbolał mnie kark od kręcenia głową z niedowierzaniem z lewa na prawo i z prawa na lewo.
za to, co robisz dla swoich uczniów oddaję cie wielki wirtualny pokłon, obdarzam szacunkiem i wysyłam w twoją stronę wszelkie dobre emocje. to naprawdę niesamowite, że są tacy nauczyciele, jak ty.
nie wiem, czy będę często komentował, ale na pewno każdego kolejnego wpisu będę wyczekiwał z utęsknieniem. adres twojego bloga powędrował do zakładek i czytnika RSS-ów. pozwoliłem sobie również poczęstować nim znajomą anglistkę.
P. S.
cieszę się, że Hipcio wydobrzał. życzę wam dużo szczęścia razem :-)
Drgo, jak ja się cieszę- kochani, ja tak mocno zaciskam kciuki, niech no to choróbsko tylko spróbuje wrócić, to proszę do mnie podesłać, będzie miało do czynienia z moimi różowymi glanami (tak, tak Drago, mam różowe, kurwio-różowe glany ;). I co ja tu będę dużo mówić- też się dołączyłam do wodospadu Niagara.
OdpowiedzUsuńmiguelm75: jasne, że byłam złą dziewczynką. Przecież uprzedzałam, że jestem wredna :) Kusi mnie, żeby pozdrowić z tego miejsca Twojego pracodawcę, ale może nie jest to najlepszy pomysł :) :) :)
OdpowiedzUsuńNie chcę, żeby zabrzmiało to jak fałszywa skromność [nie trawię tej naszej narodowej cechy - tzn. umniejszania swoich walorów, bo "tak wypada"], ale serio: pracując w tej szkole nie mam wrażenia, że robię coś niezwykłego. Tam WSZYSCY tak pracują. Inaczej się chyba zwyczajnie nie da.
Cieszę się, że podoba Ci się moje pisanie. No i zapraszam jednak do komentowania. Zaprzyjaźnioną anglistkę również - uwielbiam filologów :)
Mag: zatopicie mi pomarańczową pieczarę od tego płakania...
OdpowiedzUsuńStanowczo domagam się zrobienia glaniorom zdjęcia i umieszczenia na Twoim blogu :)
pfrrr, dooobra, kiedyś zrobię....
OdpowiedzUsuńW sumie nie musisz - Hipek uświadomił mi, że przecież było je widać na zdjęciach, które nam przysłałaś z koncertu... Smok ma sklerozę :)
OdpowiedzUsuń