Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 14 października 2011

Moje święto

    Zastanawiam się, jaką wymowę pownien mieć dzisiejszy post. Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziś mija DOKŁADNIE rok od założenia tego bloga, wypadałoby więc dokonać lekkiego podsumowania, wnieść na stół tort i odśpiewać "100 lat". Ale oprócz tego z oczywistych przyczyn nasuwa mi się inny temat i po namyśle popłynę za nim, a post jubileuszowy dostaniecie za kilka dni. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie [tak naprawdę - nie macie wyjścia :)].

    Jak mam nadzieję pamiętacie, mamy dziś Dzień Nauczyciela. Z tej okazji leżę całkiem legalnie bykiem w swojej pomarańczowej norce. Ustawowo to dzień wolny od zajęć dydaktycznych [czyli zwykłych lekcji], ale nauczyciele mają zapewnić opiekę dzieciom, które mimo to przyjdą na zajęcia. W praktyce organizacja 14 października zależy od polityki dyrekcji. Wiem, że podstawówki zwykle robią jakieś konkursy czy zawody sportowe, bo nie można jednak im całkowicie zamknąć placówki. Mamy w końcu do czynienia z naprawdę małymi dziećmi, a Dzień Nauczyciela to nie święto ogólnonarodowe i przecież rodzice normalnie pracują - ktoś więc musi się pociechami przez ten czas zająć. W liceach, zawodókach i technikach zazwyczaj nikt się nie wygłupia i szkoła jest zamknięta - choć jak wspominałam, zależy to od upierdliwości dyrekcji, bo np. w moim poprzednim miejscu pracy musieliśmy przyjść na kilka godzin i jeszcze zaplanować jakieś zajęcia, choć i tak wiadomo było, że NIKT z licealistów się nie pojawi, bo i po co, skoro nie ma obowiązku... W Zoo natomiast podchodzi się do sprawy racjonalnie: dyrektor w ciągu roku szkolnego ma do dyspozycji 8 dni, w których z dowolnych przyczyn może odwołać lekcje [w ten sposób notabene przedłuża się weekend majowy czy wolne w okolicach 11 listopada] - więc Główna całkiem legalnie zarządziła, że Święto Edukacji Narodowej będzie jednym z takich dni. I już, sprawa załatwiona, a Dragonka może całkiem spokojnie rozwalić się na narożniku z kotem na kolanach i kawą w łapie.
     Ale nie o tym miało być - jak zwykle bawię się w przydługie dygresje. Chciałam dziś napisać kilka słów [już widzę Wasz ironiczny uśmieszek na twarzach - "ładne mi kilka..." :)] na temat istoty pracy nauczyciela i tego, dlaczego wykonuję ten zawód. A co mi tam, niech się zrobi pompatycznie i refleksyjnie. W końcu kiedy będzie na to odpowiedniejszy moment, niż dziś?
    Bardzo często małpki pytają mnie, dlaczego jestem nauczycielem i robią strasznie zdziwioną minę, kiedy opowiadam zgodnie z prawdą: "Ponieważ tego chcę". "I jak to, naprawdę chce tu pani uczyć? Zwariowała pani?" - dopytują. Wtedy rzecz jasna uściślam, jak to się stało, że trafiłam do Zoo, ponieważ nie zwykłam kłamać i od początku mojej pracy postwiłam na szczerość wobec uczniów [jak do tej pory mi się to sprawdza]. Mówię im, że oczywiście nie sprawia mi przyjemności robienie za żandarma czy pilnowanie, żeby mi nikt sali nie zdemolował i że w takich chwilach jest mi naprawdę bardzo przykro i mam tam w środku duże poczucie krzywdy, że nie po to kończyłam studia, by słyszeć wyzwiska w swoją stronę. Natomiast owszem - bardzo lubię przekazywać wiedzę, tłumaczyć, opowiadać o świecie i to mogę robić tak długo, jak widzę, że uczniowie chcą słuchać i chociaż starają się coś załapać. Mówię im też, że jest to dla mnie wyjątkowe uczucie, kiedy obserwuję,  że "zaskoczyło": udało mi się zainteresować tematem, wywołać emocje, albo gdy odpytuję za kilka dni z tego, co wyłożyłam - i słyszę, że uczeń zrozumiał.
     Oczywiście, zupełnie inaczej pracowało mi się ze zwyczajną młodzieżą. Tutaj faktycznie nastawiona byłam głównie na wyniki - należało tak pokierować lekcją, by przekazać jak najwięcej konkretnych informacji, z których będą mogli zrobić użytek na maturze. Przynajmniej teoretycznie i ja, i oni cel mieliśmy wspólny, czyli jak najlepszy wynik egzaminu. Rzecz jasna idealnie było, jeśli przy okazji temat ich interesował, wtedy można było rozszerzyć podstawowy program o dodatkowe informacje, ale nie czarujmy się, nie zawsze tak było. Potencjalnie łatwiej zainteresować licealistów "Mistrzem i Małgorzatą" czy erotykami Tetmajera, niż np. "Bogurodzicą" czy "Kazaniami Sejmowymi" Piotra Skargi :)
    W Zoo, jak bardzo prędko się przekonałam, kwestia tego, czy nauczę te dzieciaki czegokolwiek z tzw. podstawy programowej, jest naprawdę sprawą drugorzędną. Oczywiście niezmiennie próbuję to robić, prowadzić zwyczajne lekcje - zawsze jestem przygotowana, przynoszę materiały, kserówki, karty pracy, zdjęcia, piosenki, filmy i inne "czasoumilacze". Bywa, że trafię na spokojniejszy moment czy "optymistyczny" zestaw małpiątek, a wtedy udaje mi się coś wtłoczyć do ich mózgownic, odwykłych przecież od jakiegokolwiek wysiłku. Tutaj sukcesem pedagogicznym - i mówię to bez cienia ironii - jest np. fakt, że Bartek, który ledwo czyta [tzn. jest na etapie sylabizowania], pochłonął "Małego Księcia". Notabene - uśmiałam się ostatnio, kiedy zeszłam do biblioteki szkolnej po egzemplarz "Niemców". Otóż pani bibliotekarka stwierdziła, że jeśli zajrzy tu jakiś uczeń po lekturę szkolną, to ona już nawet nie pyta, z kim ma polski, bo wiadomo, że ze mną :) "Jak pani myśli? - spytała. - Oni naprawdę czytają te książki?" "Tak mi się wydaje. - odparłam. - Widać albo ich umiem zachęcić, albo zastraszyć. Wszystko jedno, efekt się liczy".
    Będąc nauczycielem z Zoo czerpie się satysfakcję z każdej czwórki czy piątki, którą można postawić, bo małpiątko się nauczyło. Ba, nawet z każdego inteligentnego pytania związanego z tematem lekcji - bo jest to oznaka, że uczeń słucha i stara się zrozumieć. Albo ze stwierdzenia, że uczeń zimujący kilka lat w tej samej klasie wreszcie załapał, jak napisać rozprawkę.
   
    A teraz cichutko - rzecz jasna, żeby nie zapeszyć - chcę się Wam czymś pochwalić. Otóż w jednym z Domów Kultury [z którego regularnie dostaję maile, bo mają mój adres jeszcze z czasów, kiedy pracowałam w liceum] organizowany jest konkurs recytatorski poezji współczesnej, adresowany do gimnazjalistów i uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Coś mnie podkusiło, podrukowałam więc przykładowe wiersze i zaniosłam dwóm dziewuszkom z mojej osobistej małpiarni. Wiecie co? Jedna z nich się zdecydowała :) [oczywiście, spróbuję zbałamucić jeszcze i tę drugą]. Sylwia - notabene to ta, która pytała, czemu jestem taka dziwna - ma kuratora za pobicie koleżanki w poprzedniej szkole [z której wyleciala do nas], a teraz będzie recytowała wiersz Andrzeja Bursy "Jaki miły i mądry facet...". Ma przedstawić dwa utwory, drugiego muszę jej więc jeszcze poszukać. Może macie jakiś pomysł na fajny wiersz do recytowania dla "młodej-gniewnej-agresywnej'? :)
    Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby zdobyła jakąkolwiek nagrodę czy wyróżnienie. To mi zupełnie zwisa i powiewa. Najważniejsze, że popracuje nad interpretacją tekstu, nauczy się, a potem stanie na scenie i się zaprezentuje przed zupełnie obcymi ludźmi, którzy nic o niej nie wiedzą. Zobaczy, że można skupić na sobie zainteresowanie w inny sposób, niż wyzwiskami czy agresywnym zachowaniem. Będzie miała okazję poznać inne dzieciaki, które choć na co dzień żyją zupełnie innymi problemami, niż ona, to w tym momencie są przejęte dokładnie z tego samego powodu - bo mają WYJŚĆ I WYSTĄPIĆ. I nieważne, że Sylwia jest notowana na policji i ma rok w szkole do tyłu, a tamci są wzorowymi uczniami, których wszyscy głaszczą po główkach. Tu, na tej scenie wszyscy są tylko i wyłącznie AKTORAMI.
    Mam tylko nadzieję, że jej się nie odwidzi. Wiecie co? Na czas jej występu to ja sobie chyba założę pampersa... :)

9 komentarzy:

  1. "DIES IRAE"! Moja propozycja dla młodej-gniewnej-agresywnej :)))

    Fajnie byłoby mieć zajęcia/lekcje z taką nauczycielką. I tak trafiało mi się na porządne i "ludzkie" prowadzące, ale filmów i piosenek nie przynosiły :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. "Dies irae", jakkolwiek świetne, odpada z dwoch powodów. Primo - to konkurs poezji współczesnej. Secundo - obawiam się, że Kasprowicz ma już zbyt archaiczny język dla przeciętnego nastolatka, a co dopiero dla małpiątka...

    Ja mam kilka swoich popisowych numerów na prowadzenie lekcji. Dajmy na to - analiza "Flight of Icarus" Iron Maiden przy okazji mitu o Dedalu i Ikarze czy "Celiny" Kazika po omówieniu ballad Mickiewicza [jako przykład współczesnej ballady]. A śmierć Rolanda zawsze miksuję z agonią Boromira w pierwszej części "Władcy Pierścieni". Można? Można :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Stoo lat, stoo lat, niech Smoczyca nam żyje!
    Ja to bym se wzięła najchętniej w wehikuł i się w czasie cofnęła, ale Ciebie bym zostawiła i bym do Twojej klasy na język polski chciała trafić- Celina Kazika i Mickiewicz-bomba!
    Dobra, a teraz propozycja dla młodej- może coś ze Świetlickiego? "Nieprzysiadalność"?
    A, jeszcze Ci życzę moja droga, żeby Cię to Twoje powołanie nauczycielskie dodawało chęci do pracy. A tak po cichutku to Ci życzę przejścia z Zoo do jakiego Raju :) byle nie małpiego

    OdpowiedzUsuń
  4. "Celina" Kazika to nawet u małpek chwyciła. Puszczam piosenkę, rozdaję tekst i proszę mi wskazać w utworze cechy ballady... No co, "moralność ludowa" jak w mordę strzelił - w końcu ona została ukarana za zdradę śmiercią, a on za morderstwo poszedł siedzieć. Ingerencja sił nadprzyrodzonych też - w końcu Celina go straszy w celi. Język potoczny - no jak najbardziej... :)
    Mag, u mnie na lekcjach wcale nie jest tak różowo. Ja bardzo wymagająca jestem :)

    Co do Świetlickiego - nie pomyślalam o nim, bo za nim nie przepadam, ale może faktycznie by się nadawal? "Nieprzysiadalność" trochę przydługa [już widzę przerażenie w oczach Sylwii...], ale gdyby poskracać...? Hmm, pod rozwagę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Na wstępie oczywiście życzę wszystkiego najlepszego, a małpce to może zaproponuję wiersz Tuwima "karta z dziejów ludzkości"- tak żeby trochę kontrowersji wprowadzić na konkurs;-), no i myślę że i młodej powinien się spodobać

    OdpowiedzUsuń
  6. Paffciu: wiersz jest świetny, tylko pytanie, w którym roku powstał? W kontekście - czy nie jest "za stary". Szczerze mówiąc nie pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
  7. A może jeszcze coś z kaskaderów- do Bursy Wojaczka dołożyć? Bo Szymborska to chyba odpada ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Właśnie tak kombinuję z Wojaczkiem i Stachurą. A Szymborskiej się nawet nie ośmielę zanieść, chyba że jej nie powiem, że to Szymborska :) To samo Herbert.

    OdpowiedzUsuń
  9. Można, tylko nie każdemu się chce :)))

    OdpowiedzUsuń