Zastanawiam się, jaką wymowę pownien mieć dzisiejszy post. Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziś mija DOKŁADNIE rok od założenia tego bloga, wypadałoby więc dokonać lekkiego podsumowania, wnieść na stół tort i odśpiewać "100 lat". Ale oprócz tego z oczywistych przyczyn nasuwa mi się inny temat i po namyśle popłynę za nim, a post jubileuszowy dostaniecie za kilka dni. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie [tak naprawdę - nie macie wyjścia :)].
Jak mam nadzieję pamiętacie, mamy dziś Dzień Nauczyciela. Z tej okazji leżę całkiem legalnie bykiem w swojej pomarańczowej norce. Ustawowo to dzień wolny od zajęć dydaktycznych [czyli zwykłych lekcji], ale nauczyciele mają zapewnić opiekę dzieciom, które mimo to przyjdą na zajęcia. W praktyce organizacja 14 października zależy od polityki dyrekcji. Wiem, że podstawówki zwykle robią jakieś konkursy czy zawody sportowe, bo nie można jednak im całkowicie zamknąć placówki. Mamy w końcu do czynienia z naprawdę małymi dziećmi, a Dzień Nauczyciela to nie święto ogólnonarodowe i przecież rodzice normalnie pracują - ktoś więc musi się pociechami przez ten czas zająć. W liceach, zawodókach i technikach zazwyczaj nikt się nie wygłupia i szkoła jest zamknięta - choć jak wspominałam, zależy to od upierdliwości dyrekcji, bo np. w moim poprzednim miejscu pracy musieliśmy przyjść na kilka godzin i jeszcze zaplanować jakieś zajęcia, choć i tak wiadomo było, że NIKT z licealistów się nie pojawi, bo i po co, skoro nie ma obowiązku... W Zoo natomiast podchodzi się do sprawy racjonalnie: dyrektor w ciągu roku szkolnego ma do dyspozycji 8 dni, w których z dowolnych przyczyn może odwołać lekcje [w ten sposób notabene przedłuża się weekend majowy czy wolne w okolicach 11 listopada] - więc Główna całkiem legalnie zarządziła, że Święto Edukacji Narodowej będzie jednym z takich dni. I już, sprawa załatwiona, a Dragonka może całkiem spokojnie rozwalić się na narożniku z kotem na kolanach i kawą w łapie.
Ale nie o tym miało być - jak zwykle bawię się w przydługie dygresje. Chciałam dziś napisać kilka słów [już widzę Wasz ironiczny uśmieszek na twarzach - "ładne mi kilka..." :)] na temat istoty pracy nauczyciela i tego, dlaczego wykonuję ten zawód. A co mi tam, niech się zrobi pompatycznie i refleksyjnie. W końcu kiedy będzie na to odpowiedniejszy moment, niż dziś?
Bardzo często małpki pytają mnie, dlaczego jestem nauczycielem i robią strasznie zdziwioną minę, kiedy opowiadam zgodnie z prawdą: "Ponieważ tego chcę". "I jak to, naprawdę chce tu pani uczyć? Zwariowała pani?" - dopytują. Wtedy rzecz jasna uściślam, jak to się stało, że trafiłam do Zoo, ponieważ nie zwykłam kłamać i od początku mojej pracy postwiłam na szczerość wobec uczniów [jak do tej pory mi się to sprawdza]. Mówię im, że oczywiście nie sprawia mi przyjemności robienie za żandarma czy pilnowanie, żeby mi nikt sali nie zdemolował i że w takich chwilach jest mi naprawdę bardzo przykro i mam tam w środku duże poczucie krzywdy, że nie po to kończyłam studia, by słyszeć wyzwiska w swoją stronę. Natomiast owszem - bardzo lubię przekazywać wiedzę, tłumaczyć, opowiadać o świecie i to mogę robić tak długo, jak widzę, że uczniowie chcą słuchać i chociaż starają się coś załapać. Mówię im też, że jest to dla mnie wyjątkowe uczucie, kiedy obserwuję, że "zaskoczyło": udało mi się zainteresować tematem, wywołać emocje, albo gdy odpytuję za kilka dni z tego, co wyłożyłam - i słyszę, że uczeń zrozumiał.
Oczywiście, zupełnie inaczej pracowało mi się ze zwyczajną młodzieżą. Tutaj faktycznie nastawiona byłam głównie na wyniki - należało tak pokierować lekcją, by przekazać jak najwięcej konkretnych informacji, z których będą mogli zrobić użytek na maturze. Przynajmniej teoretycznie i ja, i oni cel mieliśmy wspólny, czyli jak najlepszy wynik egzaminu. Rzecz jasna idealnie było, jeśli przy okazji temat ich interesował, wtedy można było rozszerzyć podstawowy program o dodatkowe informacje, ale nie czarujmy się, nie zawsze tak było. Potencjalnie łatwiej zainteresować licealistów "Mistrzem i Małgorzatą" czy erotykami Tetmajera, niż np. "Bogurodzicą" czy "Kazaniami Sejmowymi" Piotra Skargi :)
W Zoo, jak bardzo prędko się przekonałam, kwestia tego, czy nauczę te dzieciaki czegokolwiek z tzw. podstawy programowej, jest naprawdę sprawą drugorzędną. Oczywiście niezmiennie próbuję to robić, prowadzić zwyczajne lekcje - zawsze jestem przygotowana, przynoszę materiały, kserówki, karty pracy, zdjęcia, piosenki, filmy i inne "czasoumilacze". Bywa, że trafię na spokojniejszy moment czy "optymistyczny" zestaw małpiątek, a wtedy udaje mi się coś wtłoczyć do ich mózgownic, odwykłych przecież od jakiegokolwiek wysiłku. Tutaj sukcesem pedagogicznym - i mówię to bez cienia ironii - jest np. fakt, że Bartek, który ledwo czyta [tzn. jest na etapie sylabizowania], pochłonął "Małego Księcia". Notabene - uśmiałam się ostatnio, kiedy zeszłam do biblioteki szkolnej po egzemplarz "Niemców". Otóż pani bibliotekarka stwierdziła, że jeśli zajrzy tu jakiś uczeń po lekturę szkolną, to ona już nawet nie pyta, z kim ma polski, bo wiadomo, że ze mną :) "Jak pani myśli? - spytała. - Oni naprawdę czytają te książki?" "Tak mi się wydaje. - odparłam. - Widać albo ich umiem zachęcić, albo zastraszyć. Wszystko jedno, efekt się liczy".
Będąc nauczycielem z Zoo czerpie się satysfakcję z każdej czwórki czy piątki, którą można postawić, bo małpiątko się nauczyło. Ba, nawet z każdego inteligentnego pytania związanego z tematem lekcji - bo jest to oznaka, że uczeń słucha i stara się zrozumieć. Albo ze stwierdzenia, że uczeń zimujący kilka lat w tej samej klasie wreszcie załapał, jak napisać rozprawkę.
A teraz cichutko - rzecz jasna, żeby nie zapeszyć - chcę się Wam czymś pochwalić. Otóż w jednym z Domów Kultury [z którego regularnie dostaję maile, bo mają mój adres jeszcze z czasów, kiedy pracowałam w liceum] organizowany jest konkurs recytatorski poezji współczesnej, adresowany do gimnazjalistów i uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Coś mnie podkusiło, podrukowałam więc przykładowe wiersze i zaniosłam dwóm dziewuszkom z mojej osobistej małpiarni. Wiecie co? Jedna z nich się zdecydowała :) [oczywiście, spróbuję zbałamucić jeszcze i tę drugą]. Sylwia - notabene to ta, która pytała, czemu jestem taka dziwna - ma kuratora za pobicie koleżanki w poprzedniej szkole [z której wyleciala do nas], a teraz będzie recytowała wiersz Andrzeja Bursy "Jaki miły i mądry facet...". Ma przedstawić dwa utwory, drugiego muszę jej więc jeszcze poszukać. Może macie jakiś pomysł na fajny wiersz do recytowania dla "młodej-gniewnej-agresywnej'? :)
Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby zdobyła jakąkolwiek nagrodę czy wyróżnienie. To mi zupełnie zwisa i powiewa. Najważniejsze, że popracuje nad interpretacją tekstu, nauczy się, a potem stanie na scenie i się zaprezentuje przed zupełnie obcymi ludźmi, którzy nic o niej nie wiedzą. Zobaczy, że można skupić na sobie zainteresowanie w inny sposób, niż wyzwiskami czy agresywnym zachowaniem. Będzie miała okazję poznać inne dzieciaki, które choć na co dzień żyją zupełnie innymi problemami, niż ona, to w tym momencie są przejęte dokładnie z tego samego powodu - bo mają WYJŚĆ I WYSTĄPIĆ. I nieważne, że Sylwia jest notowana na policji i ma rok w szkole do tyłu, a tamci są wzorowymi uczniami, których wszyscy głaszczą po główkach. Tu, na tej scenie wszyscy są tylko i wyłącznie AKTORAMI.
Mam tylko nadzieję, że jej się nie odwidzi. Wiecie co? Na czas jej występu to ja sobie chyba założę pampersa... :)
"DIES IRAE"! Moja propozycja dla młodej-gniewnej-agresywnej :)))
OdpowiedzUsuńFajnie byłoby mieć zajęcia/lekcje z taką nauczycielką. I tak trafiało mi się na porządne i "ludzkie" prowadzące, ale filmów i piosenek nie przynosiły :)))
"Dies irae", jakkolwiek świetne, odpada z dwoch powodów. Primo - to konkurs poezji współczesnej. Secundo - obawiam się, że Kasprowicz ma już zbyt archaiczny język dla przeciętnego nastolatka, a co dopiero dla małpiątka...
OdpowiedzUsuńJa mam kilka swoich popisowych numerów na prowadzenie lekcji. Dajmy na to - analiza "Flight of Icarus" Iron Maiden przy okazji mitu o Dedalu i Ikarze czy "Celiny" Kazika po omówieniu ballad Mickiewicza [jako przykład współczesnej ballady]. A śmierć Rolanda zawsze miksuję z agonią Boromira w pierwszej części "Władcy Pierścieni". Można? Można :)
Stoo lat, stoo lat, niech Smoczyca nam żyje!
OdpowiedzUsuńJa to bym se wzięła najchętniej w wehikuł i się w czasie cofnęła, ale Ciebie bym zostawiła i bym do Twojej klasy na język polski chciała trafić- Celina Kazika i Mickiewicz-bomba!
Dobra, a teraz propozycja dla młodej- może coś ze Świetlickiego? "Nieprzysiadalność"?
A, jeszcze Ci życzę moja droga, żeby Cię to Twoje powołanie nauczycielskie dodawało chęci do pracy. A tak po cichutku to Ci życzę przejścia z Zoo do jakiego Raju :) byle nie małpiego
"Celina" Kazika to nawet u małpek chwyciła. Puszczam piosenkę, rozdaję tekst i proszę mi wskazać w utworze cechy ballady... No co, "moralność ludowa" jak w mordę strzelił - w końcu ona została ukarana za zdradę śmiercią, a on za morderstwo poszedł siedzieć. Ingerencja sił nadprzyrodzonych też - w końcu Celina go straszy w celi. Język potoczny - no jak najbardziej... :)
OdpowiedzUsuńMag, u mnie na lekcjach wcale nie jest tak różowo. Ja bardzo wymagająca jestem :)
Co do Świetlickiego - nie pomyślalam o nim, bo za nim nie przepadam, ale może faktycznie by się nadawal? "Nieprzysiadalność" trochę przydługa [już widzę przerażenie w oczach Sylwii...], ale gdyby poskracać...? Hmm, pod rozwagę :)
Na wstępie oczywiście życzę wszystkiego najlepszego, a małpce to może zaproponuję wiersz Tuwima "karta z dziejów ludzkości"- tak żeby trochę kontrowersji wprowadzić na konkurs;-), no i myślę że i młodej powinien się spodobać
OdpowiedzUsuńPaffciu: wiersz jest świetny, tylko pytanie, w którym roku powstał? W kontekście - czy nie jest "za stary". Szczerze mówiąc nie pamiętam...
OdpowiedzUsuńA może jeszcze coś z kaskaderów- do Bursy Wojaczka dołożyć? Bo Szymborska to chyba odpada ;)
OdpowiedzUsuńWłaśnie tak kombinuję z Wojaczkiem i Stachurą. A Szymborskiej się nawet nie ośmielę zanieść, chyba że jej nie powiem, że to Szymborska :) To samo Herbert.
OdpowiedzUsuńMożna, tylko nie każdemu się chce :)))
OdpowiedzUsuń