Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 25 października 2011

No i co ja mogę...?

    Wyobraźcie sobie, moi Drodzy Czytelnicy, że mamusia Emilki zjawiła się jednak dziś w szkole, w dodatku wraz z córką. Rozmawiałam z nią chwilę na korytarzu, kiedy czekała w kolejce do gabinetu Wice. Oszczędziłam jej pytania, na jakiej podstawie twierdzi, że to szkoła utrudnia zorganizowanie indywidualnego nauczania - przerwa nie jest odpowiednim czasem do tego typu wyjaśnień, a poza tym bardziej mnie szczerze mówiąc interesowała sama Emilka [której przecież nie widziałam od końca maja...]. Tak czy siak zdążyłam wysłuchać utyskiwań, jak to strasznie trudne i skomplikowane procedury uniemożliwiają załatwienie prywatnych lekcji. Rzekomo nie ma podstaw, bo skoro dziewczyna po porodzie czuje się dobrze, to powinna wrócić do szkoły. Wierzyć mi się nie chce, bo wielu naszych uczniów załatwiało sobie lekcje z dużo błahszych powodów - a już naprawdę fakt, że ma się dwumiesięczne dziecko (które przecież trzeba karmić piersią), nie tylko nie brzmi jak wymówka, ale po prostu jest ważnym powodem. Rzecz jasna nie mogłam w oczy powiedzieć rodzicielce Emilki, żeby mi nie wciskała kitu, tylko smutno pokiwałam głową. Rozbawiła mnie jeszcze tylko, kiedy na odchodnym spytała, jak to można zrobić, by jej córka nie miała już wyznaczonego kuratora - bo ma go przyznanego do ukończenia 18. roku życia z powodu swoich ograniczeń intelektualnych [pedagog z poprzedniej szkoły starała się o umieszczenie Emilki w szkole specjalnej]. Odparłam - zgodnie z prawdą - że nie mam pojęcia, jak coś takiego załatwić i poradziłam zapytać Wicedyrę, wiedząc z góry, że szefowa już będzie wiedziała, co kobiecie odpowiedzieć. Bo jak na razie dla mnie jasne jest tylko to, że matka mojej uczennicy spanikowała i za wszelką cenę chce się pozbyć problemów, czyli umyć rączki.
    Jak się dowiedziałam od pani Wicedyrektor, stanęło na tym, że Emilia będzie musiała wrocić do szkoły. Najwidoczniej mniejszym problemem dla babci jest zorganizowanie opieki wnukowi, niż bieganie po urzędach i załatwienie prywatnych lekcji. Szkoda mi Emilki, szkoda mi jej synka [kto to widział, żeby dwumiesięczne niemowlę zostawało bez matki?!], ale jako szkoła mamy w tej kwestii związane ręce. W dodatku matka mojej wychowanki osiągnęła szczyt bezczelności, bo chciała, aby Wice wydała jej zaświadczenie, że Emilia chodzi do szkoły! Widocznie Urząd Miasta naprawdę "odciął ją od koryta" i kobieta kombinuje, jak tylko może, by to odkręcić. Szefowa rzecz jasna spokojnie oświadczyła, że zaświadczenie wyda, owszem - kiedy Emilia NAPRAWDĘ zacznie uczęszczać na lekcje.
    A sama Emilka? Bez zmian, miła, uśmiechnięta, choć wyglądająca na zmęczoną [i wcale jej się nie dziwię...]. W szkole krzywda jej się nie stanie, ponadrabia zaległości i ukończy drugą klasę. Byle by tylko chodziła do szkoły...
    Drobne mi się w kieszeni nie zgadzają, kiedy pomyślę o skrajnej nieodpowiedzialności dorosłych ludzi, za którą muszą odpowiadać ich dzieci. Wiem, wiem, że to banał. Naprawdę miałam ochotę wręczyć matce Emilki młotek albo chociaż tom encyklopedii i kazać walnąć się nim w łeb...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz