Spacerniakiem określam obowiązkowe dyżury pełnione podczas przerw na korytarzach przez grono pedagogiczne. Zgodnie z przepisami bowiem nauczyciele mają zapewnić opiekę dzieciakom nie tylko na lekcji, ale przez cały czas, jaki są one zobowiązane przebywać na terenie szkoły. Na początku każdego roku szkolnego dyrekcja rozpisuje więc grafik dyżurów w ten sposób, by wszystkie oddzielne fragmenty budynku [np. korytarze, klatki schodowe] były między zajęciami obstawione przez jednego nauczyciela.
W zamyśle ustawy belfer ma w ten sposób zapewnić bezpieczeństwo młodzieży i interweniować, jeśli dzieje się coś złego. Praktycznie jednak oczywiście różnie z tym bywa. Dlaczego? Przede wszystkim z przyczyn praktycznych. Korytarz jest długi, a nauczyciel nie ma zdolności teleportacyjnych, nie jest więc często w stanie zareagować odpowiednio szybko [lub też - najzwyczajniej w świecie może pewnych incydentów nie zauważyć, jeśli akurat przebywa na drugim końcu odcinka]. Poza tym - dorosły w tym miejscu jest jeden, a dzieciaków kilkanaście lub kilkadziesiąt, a jak mawia mój ojciec parafrazując łacińską maksymę: "Kiedy ludzi kupa - i Herkules dupa...". Nikt z nas nie jest zobowiązany do skończenia kursu samoobrony czy uczęszczania na zajęcia ze sztuk walki, więc jeśli działoby się coś naprawdę niebezpiecznego, to i tak nie jesteśmy w stanie obezwładnić nadpobudliwego wariata [i to jeszcze w taki sposób, by jemu samemu nie zrobić krzywdy]. Możemy w takiej sytuacji co najwyżej telefonicznie "wezwać posiłki".
Co zatem należy do obowiązków nauczyciela podczas dyżuru? Obecność i reagowanie w miarę możliwości. Nikt raczej nie pociągnie mnie do odpowiedzialności, jeśli podczas mojego dyżuru jakiemuś uczniowi stanie się krzywda - pod warunkiem, że tam byłam, skoro miałam być. A na czym polega zatem wpraktyce sprawowanie opieki nad dzieciarnią podczas przerw? Ano zwykle na spacerowaniu z jednego końca korytarza na drugi - i dlatego ten obowiązek ochrzciłam "spacerniakiem".
Sensowne dyrekcje układają grafiki dyżurów w ten sposób, by nie umęczyć nauczyciela i by miał on swój rewir niedaleko sali, gdzie wcześniej skończył zajęcia. Bezcelowe jest np. wlepianie spacerniaka na 5 minutowej przerwie na parterze, jeśli poprzednia lekcja była na II piętrze, bo nim wyprosimy dzieciaki, spakujemy się, zamkniemy salę i dotrzemy na wskazany obszar, to czas zdąży minąć. Nie powinno też zdarzać się, że ktoś pełni dyżur kilka przerw pod rząd, bo to oznacza, że fizycznie nie ma nawet czasu, by np. pójść do toalety [a życzę powodzenia w prowadzeniu lekcji przy pełnym pęcherzu - przypominam, belfrowi nie można na zajęciach zostawić klasy nawet na moment].
W każdej szkole są lepsze i gorsze [czytaj: potencjalnie niebezpieczne] obszary do dyżurowania. U nas najlepszy spacerniak to I piętro [koło sekretariatu, gabinetu dyrekcji i pokoju nauczycielskiego], a najgorzej mieć wartę na portierni, koło wejścia do szkoły, bo trzeba pilnować, żeby małpki nie jarały w budynku i mieć oko na "podejrzany element", który próbuje dostać się na teren Zoo. Jeśli komuś trafi się portiernia w dodatku na dużej przerwie, to już prawdziwy powód do złożenia kondolencji - chyba, że jest ciepło i dzieciarnia siedzi przed budynkiem.
Bardzo żałuję, ze w Zoo nie ma radiowęzła - wtedy można by było zawsze umilić sobie czas dyżuru muzyką. Pamiętam jeszcze z mojego własnego liceum, że kiedy przez jeden dzień w tygodniu moja ekipa siedziała w radiowęźle, to często puszczaliśmy kawałki Iron Maiden dla naszego faceta od PO. Wiedzieliśmy, że lubi ten zespół, a - jak sam kiedyś wspomniał na lekcji - w domu żona nie pozwala mu słuchać.
Zaletą spacerniaka jest chyba tylko to, że można się w jego trakcie dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, mimowolnie słysząc uczniowskie rozmowy [bo skoro się przechodzi obok...]. I tak na zakończenie podzielę się z Wami jedną uroczą scenką prosto z mojego dzisiejszego dyżuru :)
OSOBY:
Dragonka - belfer na spacerniaku
Sebastianek "Bida z Nędzą" - uczeń klasy 3A
Lesio - wychowanek Dragonki, dość pyskaty, prowokator [notabene miał gałę z polskiego, przeszedł warunkowo]
Pozostali uczniowie z 3A i z klasy Dragonki
Duża przerwa, korytarz. Dragonka przechodzi powoli obok grupki chłopców.
UCZNIOWIE (w różnym tempie):
Dzień dobry pani!
DRAGONKA:
Witam chłopcy.
LESIO (tonem zaczepnym):
Do widzenia!
Dragonka spogląda na Lesia wzrokiem, jak by patrzyła na wyjątkowo tłustą i włochatą gąsienicę, nie komentuje i idzie dalej. Kiedy się oddala, dochodzi do jej uszu następująca wymiana zdań:
SEBASTIANEK:
Lechu, czemu tak brzydko mówisz do pani?
LESIO:
Bo co?
SEBASTIANEK:
Powaliło cię? Nie masz podejścia do nauczycieli. Z panią trzeba miło, to ci będzie szła na rękę, zobaczysz. A jak nie, to przejeb***...
Kurtyna :)
"... w domu żona nie pozwala mu słuchać." - uroki życia małżeńskiego :)
OdpowiedzUsuńNo cóż, rodzinne szczęście to sztuka kompromisów :)
OdpowiedzUsuń