Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 24 października 2011

Dwie historie

    Dziś będzie "post zbiorczy" o dwóch moich uczennicach- jednej byłej, a jednej obecnej. Zacznę od tej byłej, bo to przynajmniej jest dość przyjemna historia.

    Martę uczyłam w zeszłym roku szkolnym w 3 gimnazjum [chodziła do klasy m.in. ze stukniętą "Ciężarówką"]. Umysłowo nic jej nie brakuje, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że miała u mnie piątkę na koniec roku - zapewniam, że nawet w tej szkole jest to nie lada wyczynem. Zawsze wychodziłam z założenia, że na piątkę to u mnie "mucha nie siada", czyli uczeń naprawdę musi wszystko umieć. To trudne do zrobienia, owszem, ale podkreślam z całą mocą - JEST MOŻLIWE. Nie wymagam niczego, czego nie uczyłam, ale powinna być poprzeczka, do której mogą dążyć ambitni. Tak czy inaczej - Marta miała piątkę[w dodatku, jak może pamiętacie, załatwiłam jej idywidulaną nagrodę na koniec roku za wyniki osiągnięte z języka polskiego]. Co wobec tego taka dziewczyna robiła w Zoo?
    Ano zacząć wypada od tego, że Marta w tym roku skończyła 19 lat, ma więc trzy lata w edukacji do tyłu. Zagadnęłam ją kiedyś przy sprzyjającej okazji, co się takiego stało, że mimo swojego poziomu umysłowego chodzi do naszej szkoły. Można powiedzieć, że dziewczyna zapłaciła taką cenę za rozwód rodziców, którzy postanowili wywrócić jej życie do góry nogami, kiedy ich córka kończyła szkołę podstawową. Nie znam szczegółów, ale sama Marta stwierdziła, że bardzo ciężko to przeżyła - no i zaczęły się wagary, złe towarzystwo, alkohol, problemy z policją... Potem były przymusowe zmiany szkół, powtarzanie klas, staczanie się coraz niżej, aż w końcu wylądowała u nas. Trochę już zdążyła okrzepnąć i jakoś sobie radzi, tyle że - co sama przyznaje, a i ja miałam okazję kilka razy się przekonać na własne oczy - nie bardzo panuje nad negatywnymi emocjami. Marta określiła to tak, że czasem, kiedy ma gorszy dzień, to coś w nią dziwnego wstępuje i nie potrafi powstrzymać swojej złości. Zupełnie, jak by była w amoku, potrafi powiedzieć wszystko, zwyzywać każdego od najgorszych [notabene - mnie też kilka razy poczęstowała soczystą wiązanką na samym początku roku szkolnego...], a zdarzały jej się też i bójki pod wpływem gniewu. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że to nie jest - delikatnie mówiąc - normalne zachowanie, ale póki co nie odkryła, jak to może "wyłączyć". Mówi, że puszczają jej wszelkie hamulce i dopiero po czasie dochodzi do niej, co zrobiła.
     Marta po skończeniu gimnazjum poszła do pracy, ale też zapisała się do wieczorowego liceum dla dorosłych - notabene do tego samego, w którym ostatnio egzaminowałam na maturze :) Chce skończyć tę szkołę, a potem pójść na studia, jeśli pozwoli jej na to sytuacja finansowa. Na samym początku roku szkolnego przyszła do Zoo mnie odwiedzić i zapytała, czy pomogę jej napisać pracę zaliczeniową z antyku, którą kazali im oddać. Wypytałam, z czego jest ta praca, a następnie stwierdziłam, że oczywiście mogę służyć jej radą, ale na pewno za nią tej pracy nie napiszę. "Znasz mnie, wiesz, że jestem zła, wredna i niedobra. - powiedziałam z uśmiechem. - Możemy siąść, przeanalizować temat, pomogę Ci ułożyć plan tekstu, ustalimy wspólnie, co tam powinno być. Ale pracę napiszesz sama". Potem stwierdziłam, żeby przyszła do mnie ponownie, kiedy przeczyta lektury potrzebne do tej pracy. Marta skinęła głową - nie wyglądała na specjalnie zadowoloną, ale i nie była zaskoczona [w końcu zna mnie nie od dziś i wie, że u mnie nie ma lekko...].
    Ciekawa byłam, czy jeszcze się pojawi, a tu proszę - dziś przyszła. Co prawda musiałam ją odesłać, bo naprawdę nie miałam czasu, ale umówiłyśmy się na konkretną godzinę jutro. Twierdzi, że lektury ma przeczytane :) Ano nic, zobaczymy...

    A teraz druga odsłona... Pamiętacie pewnie Emilkę, 15-latkę z mojej osobistej małpiarni, która zaszła w ciążę? Jeśli nie, to tu są posty o niej: pierwszy i drugi. Urodziła pod koniec sierpnia, nie jest więc z oczywistych przyczyn w stanie chodzić do szkoły, a ponieważ jest niepełnoletnia, to w dalszym ciągu podlega obowiązkowi szkolnemu. W takich sytuacjach najlepszym wyjściem jest indywidualne nauczanie, problem jednak polega na tym, że formalności załatwić muszą rodzice ucznia. A matka Emilki jest kompletnie niezaradną, oderwaną od życia osobą [w dodatku mam podejrzenia, że to alkoholiczka, choć za rękę pijanej jej nie złapałam]. Wydzwaniałam do rodzicielki na początku roku szkolnego - twierdziła rzecz jasna, że oczywiście, już-już, załatwiają, a ona lada dzień przyniesie komplet dokumentów... Tjaaa, znamy takie wykręty. Niestety, jako szkoła mamy związane ręce, a tu czas leci, Emilka do szkoły nie chodzi i jeśli nic się nie zmieni, będzie nieklasyfikowana z wszystkich przedmiotów, co zaowocuje powtarzaniem klasy.
    Skoro moje telefony ponaglające nic nie dały, postanowiłam "uruchomić procedury". Poleciłam pani pedagog wysłać pismo do Urzędu Miasta z doniesieniem, że Emilia nie realizuje obowiązku szkolnego [i nie jest to notabene moja złośliwość, bo prawo nakłada na mnie taki obowiązek, jeśli uczeń jest niepełnoletni]. A ponieważ na rodziców, którzy nie potrafią w tej kwestii dopilnować pociechy, mogą być nałożone kary pieniężne, to w końcu coś się ruszyło [no cóż, złośliwie powiem, że nie ma lepszego straszaka na alkoholika niż perspektywa, że nie będzie miał za co pić...]. Otóż w piątek do szkoły zadzwonił kurator Emilki [notabene też niezłe ziółko - jeśli nie pamiętacie, to czytajcie]. Zwrócił się z pytaniem, czy dziewczynka ma zapewnione indywidualne nauczanie. Na informację, że nie, oświadczył... że matka Emilki przekazała mu, że SZKOŁA utrudnia przyznanie prywatnych lekcji! Jasne, nasza wina - zważywszy na to, że formalności MUSI załatwić rodzić, a my co najwyżej możemy realizować decycję Urzędu Miasta. Żałuję, że sama nie mogłam z nim porozmawiać - trafiło akurat na nową panią pedagog, która jest na stażu i nie bardzo jeszcze wie, jak reagować na podobne bzdury. Stanęło na tym, że mamusia dziewczyny ma się zgłosić w tym tygodniu do szkoły wyjaśnić sprawę. Polecenie służbowe jest takie, że jak tylko się pojawi, mamy z nią nie dyskutować, tylko skierować ją bezpośrednio do Wicedyry, która porozmawia z nią odpowiednio. Oczywiście, o ile kobieta w ogóle przyjdzie. Śmiem wątpić.
    Wiecie co? Ludzie są bezczelni. Kobieta spanikowała, że wejdą jej na zasiłek, rentę czy z czego tam ona się utrzymuje, a w efekcie nie będzie miała za co kupić flachy, dlatego nagle zaczęło jej zależeć. A ponieważ nie przyzna, że sama zawaliła, to winnych szuka dookoła. Szkoda mi tylko Emilki. Nie dość, że ma dziecko, to jeszcze skrajnie nieodpowiedzialną matkę.

3 komentarze:

  1. Przykra sytuacja ale najczęściej tak to właśnie wygląda: dzieci cierpią za głupotę swoich rodziców ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Swoją drogą... Odnosząc się do komentarza kolegi wyżej - na jakimś forum wyczytałam ostatnio opinie, że głupota rodziców objawia się tym, że dwoje dzieci ma wspólny pokój i nie ma kasy na indywidualne lekcje nurkowania. Ciekawe w takim razie, jak osoby wyrażające taki radosny pogląd nazwałyby rodziców Emilki. Albo Beatki.

    Dziewczyno, ja Cię podziwiam naprawdę za to, co Ty robisz dla tych dzieci. Pokłon ogromny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rodzice Beatki z tego, co wiem, to akurat zapewnili jej wręcz szklarniowe warunki rozwoju, pisałam o tym w późniejszych postach. Przykład tzw. nieudanej adopcji. Swoją drogą - w Zoo jest kilkoro takich dzieci, które zostały adoptowane przez zwyczajne rodziny, napawdę starające się, by dziecku niczego nie brakowało, ale problemy, które ciągnęły się za wychowankiem najwidoczniej okazały się zbyt silne.

    Synafia - sęk w tym, że ja tak naprawdę niewiele mogę zrobić. I to jest najbardziej frustrujące.

    OdpowiedzUsuń