Wspominałam we wrześniu w poście pt. "Raporcik", że mam niejakie dyscyplinarne problemy z moją nową pierwszą klasą zawodową. Przyjmuję to raczej ze spokojem - większości z tych delikwentów nie uczyłam [poza dwoma chłopcami: jeden miał ze mną polski w 3 gimnazjum, a drugi po prostu nie zdał i powtarza klasę zawodową], więc nie wiedzą, jakie numery u mnie przechodzą, a jakie nie. A skoro nie wiedzą, to próbują mnie "ustawić", sami ustalić reguły gry. Cóż, zobaczymy, kto silniejszy :) Z niewielkiego doświadczenia w nauczaniu w Zoo widzę, że nowe klasy trzeba po prostu sobie wychować i w pesymistycznym wariancie może to trwać i do końca pierwszego półrocza, kiedy to posypią się zasłużone jedynki i enkaele, a cwaniaczki przekonają się, że polski ze mną to jednak nie są żarty.
Problem z zawodówką jest taki, że towarzystwo traktuje zajęcia w szkole jak pole do występów gościnnych. Czują się bardzo dorośli z racji tego, że przez 2 dni w tygodniu mają praktyki w zwyczajnym zakładzie pracy, gdzie muszą się podporządkować normalnym regułom obowiązującym w relacjach pracodawca-pracownik. Kiedy więc po dniu spędzonym na sumiennym układaniu kafelków/montowaniu zlewów/czyszczeniu pralek/lepieniu pierogów/farbowaniu włosów klientkom [w zależności od tego, jaki profil zawodowy wybrali] muszą znów zasiąść w ławce i wyjąć zeszyt do polskiego czy matematyki, to mają poczucie, że urwali się z choinki. Wydaje im się więc, że są w szkole przez pomyłkę, a wszelkie wymagania, z którymi się tu spotykają, są niepoważne. Problem polega na tym, że aby ukończyć szkołę zawodową, muszą uzyskać pozytywne noty i z praktyk, i z przedmiotów szkolnych. Taki jest program nauczania - czy im się to podoba, czy nie. A na ogół - bardzo im się to nie podoba...
Migać od pracy na zajęciach próbują się wszyscy - na to jednak jestem przygotowana. Oni usiłują się obijać, a moje zadanie polega na tym, by im na to nie pozwolić. Dopóki całość przebiega w wesołej i kulturalnej atmosferze [oczywiście - mówimy tu o poziomie kultury dostosowanym do ich możliwości...], to nie ma większych problemów. Gorzej, jeśli zaczyna się "jawna chamówa". Wtedy z całą stanowczością muszę im uświadomić, iż fakt, że za katedrą siedzi młoda kobieta z założenia nieprzeklinająca i niepodnosząca głosu, nie oznacza automatycznie, że można jej dyktować reguły, według których przebiega lekcja.
Ale do rzeczy. Wspominałam, że problem mam tam z kilkoma uczniami, a najbardziej z jednym, nie będącym notabene już nawet rozwydrzonym nastolatkiem... tylko 20-letnim mężczyzną. Jest to tym bardziej zaskakujące, bo zachowuje się on naprawdę jak kawał chama, a w jego wieku jednak pewne zagrania w odniesieniu do kobiety po prostu już nie przystoją. Paweł pojawia się na całe szczęście dość rzadko [i to w takim stopniu, że jak tak dalej pójdzie, to po prostu go nie klasyfikuję i problem z głowy...], ale jeśli już jest, to za każdym razem oznacza to lekcję wypełnioną szarpaniną, przywoływaniem go do porządku, pyskówkami z jego strony i niemożnością poprowadzenia normalnych zajęć dla reszty towarzystwa. Dziś jednak wspominam o nim, bo jest autorem wymówki, która rozłożyła mnie na łopatki :)
Paweł pojawił się dziś na polskim po dluższej nieobecności [żeby była jasność - nieusprawiedliwionej], rozsiadł się w ławce, oczywiście bez zeszytu [o ile w ogóle taki posiada...] i zdawał się kompletnie ignorować moją obecność, rozmawiając pełnym głosem z kolegą z sąsiedniej ławki. Nie dałam się sprowokować, spokojnie sprawdziłam listę obecności, po czym zapytałam, czy ktoś zgłasza nieprzygotowanie. Zero reakcji. Ponowiłam pytanie głośno i wyraźnie jeszcze 2 razy, żeby nie było nieporozumień, a kiedy w dalszym ciągu nikt nic nie zgłaszał, wywołałam do odpowiedzi Pawła - bo przecież nie ma żadnych ocen, nie był na klasówce, a tu już prawie mija drugi miesiąc nauki. Młodzieniec wyglądał na bardzo zaskoczonego i chyba na początku nie bardzo wiedział, co się dzieje. Przypomniałam mu więc spokojnym głosem, że nauczyciel zawsze może zapytać z trzech ostatnich tematów, toteż zapraszam go na rozmowę.
- Ale przecież mnie nie było. - odparł Paweł.
- Wiem o tym, ale na polskim pojawiasz się sporadycznie, nie mogę więc wstrzelić się akurat w taki moment, żebyś był na trzech ostatnich lekcjach i na czwartej cię pytać.
- Ale jak mogę cokolwiek wiedzieć, skoro mnie nie było!
- Jeśli cię nie ma, to twoim obowiązkiem jest uzupełnić materiał. Pytałam, czy ktoś jest nieprzygotowany, nie zgłaszałeś. - mój głos cały czas był spokojny i rzeczowy.
- No to chcę teraz zgłosić. - ucieszył się.
- Teraz jest za późno.
- Jak to? Ale ja nie byłem z ważnego powodu.
- Widzę, że te godziny są nieusprawiedliwione. - stwierdziłam pokazując mu dziennik.
- Psy mnie zgarnęły i siedziałem na dołku! Rozumie pani? Wie pani, co to jest dołek? To co mam zrobić?! Pójść do nich po usprawiedliwienie nieobecności w szkole?!
Muszę przyznać, że mało się nie roześmiałam. Różne już usprawiedliwienia słyszałam, ale nieobecność z powodu zatrzymania przez policję to jednak dla mnie nowość. Zachowałam jednak powagę i odparłam takim samym, spokojnym i rzeczowym tonem.
- Nie interesuje mnie, z jakiego powodu cię nie było. Jeśli cię nie ma, musisz uzupełnić materiał, a jeśli tego nie zrobisz, możesz zgłosić dwa nieprzygotowania w semestrze. Nie skorzystałeś z tego prawa, a zatem mogę cię pytać.
A dalej było do przewidzenia - 3 pytania z ostatnich lekcji, cisza, niedosteteczny. Uczciwie i zgodnie z regulaminem szkoły.
Na odchodnym dowiedziałam się, że jestem walnięta i że nie da się ze mną dogadać.
- Oczywiście, że się da, tylko trzeba wiedzieć, jak. - odpowiedziałam niezmienionym tonem. - Pamiętaj, że akcja zawsze wywołuje reakcję. Jeśli jesteś wobec kogoś nie w porządku, to nie oczekuj, że ta osoba odpłaci ci życzliwością i pójdzie ci na rękę, skoro nie musi.
Hmm... Czy ja ich naprawdę muszę uczyć tak elementarnych zasad współżycia społecznego...?
Musisz. Nikt ich tego nie nauczyl, wiec ktos musi byc pierwszy. Padlo na Smoczyce. No i nie wiedza jakiego maja pecha :)
OdpowiedzUsuńPowodzenia :)
Pytanie było z serii retorycznych :) No cóż, jestem nauczycielem, więc płacą mi za uczenie. Jak widać na załączonym obrazku - nie tylko gramatyki i literatury...
OdpowiedzUsuńInnymi słowy orka na ugorze.
OdpowiedzUsuń