Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 20 października 2011

A do odpowiedzi przyjdzie...

     Wspominałam we wrześniu w poście pt. "Raporcik", że mam niejakie dyscyplinarne problemy z moją nową pierwszą klasą zawodową. Przyjmuję to raczej ze spokojem - większości z tych delikwentów nie uczyłam [poza dwoma chłopcami: jeden miał ze mną polski w 3 gimnazjum, a drugi po prostu nie zdał i powtarza klasę zawodową], więc nie wiedzą, jakie numery u mnie przechodzą, a jakie nie. A skoro nie wiedzą, to próbują mnie "ustawić", sami ustalić reguły gry. Cóż, zobaczymy, kto silniejszy :) Z niewielkiego doświadczenia w nauczaniu w Zoo widzę, że nowe klasy trzeba po prostu sobie wychować i w pesymistycznym wariancie może to trwać i do końca pierwszego półrocza, kiedy to posypią się zasłużone jedynki i enkaele, a cwaniaczki przekonają się, że polski ze mną to jednak nie są żarty.
    Problem z zawodówką jest taki, że towarzystwo traktuje zajęcia w szkole jak pole do występów gościnnych. Czują się bardzo dorośli z racji tego, że przez 2 dni w tygodniu mają praktyki w zwyczajnym zakładzie pracy, gdzie muszą się podporządkować normalnym regułom obowiązującym w relacjach pracodawca-pracownik. Kiedy więc po dniu spędzonym na sumiennym układaniu kafelków/montowaniu zlewów/czyszczeniu pralek/lepieniu pierogów/farbowaniu włosów klientkom [w zależności od tego, jaki profil zawodowy wybrali] muszą znów zasiąść w ławce i wyjąć zeszyt do polskiego czy matematyki, to mają poczucie, że urwali się z choinki. Wydaje im się więc, że są w szkole przez pomyłkę, a wszelkie wymagania, z którymi się tu spotykają, są niepoważne. Problem polega na tym, że aby ukończyć szkołę zawodową, muszą uzyskać pozytywne noty i z praktyk, i z przedmiotów szkolnych. Taki jest program nauczania - czy im się to podoba, czy nie. A na ogół - bardzo im się to nie podoba...
    Migać od pracy na zajęciach próbują się wszyscy - na to jednak jestem przygotowana. Oni usiłują się obijać, a moje zadanie polega na tym, by im na to nie pozwolić. Dopóki całość przebiega w wesołej i kulturalnej atmosferze [oczywiście - mówimy tu o poziomie kultury dostosowanym do ich możliwości...], to nie ma większych problemów. Gorzej, jeśli zaczyna się "jawna chamówa". Wtedy z całą stanowczością muszę im uświadomić, iż fakt, że za katedrą siedzi młoda kobieta z założenia nieprzeklinająca i niepodnosząca głosu, nie oznacza automatycznie, że można jej dyktować reguły, według których przebiega lekcja.
    Ale do rzeczy. Wspominałam, że problem mam tam z kilkoma uczniami, a najbardziej z jednym, nie będącym notabene już nawet rozwydrzonym nastolatkiem... tylko 20-letnim mężczyzną. Jest to tym bardziej zaskakujące, bo zachowuje się on naprawdę jak kawał chama, a w jego wieku jednak pewne zagrania w odniesieniu do kobiety po prostu już nie przystoją. Paweł pojawia się na całe szczęście dość rzadko [i to w takim stopniu, że jak tak dalej pójdzie, to po prostu go nie klasyfikuję i problem z głowy...], ale jeśli już jest, to za każdym razem oznacza to lekcję wypełnioną szarpaniną, przywoływaniem go do porządku, pyskówkami z jego strony i niemożnością poprowadzenia normalnych zajęć dla reszty towarzystwa. Dziś jednak wspominam o nim, bo jest autorem wymówki, która rozłożyła mnie na łopatki :)
    Paweł pojawił się dziś na polskim po dluższej nieobecności [żeby była jasność - nieusprawiedliwionej], rozsiadł się w ławce, oczywiście bez zeszytu [o ile w ogóle taki posiada...] i zdawał się kompletnie ignorować moją obecność, rozmawiając pełnym głosem z kolegą z sąsiedniej ławki. Nie dałam się sprowokować, spokojnie sprawdziłam listę obecności, po czym zapytałam, czy ktoś zgłasza nieprzygotowanie. Zero reakcji. Ponowiłam pytanie głośno i wyraźnie jeszcze 2 razy, żeby nie było nieporozumień, a kiedy w dalszym ciągu nikt nic nie zgłaszał, wywołałam do odpowiedzi Pawła - bo przecież nie ma żadnych ocen, nie był na klasówce, a tu już prawie mija drugi miesiąc nauki. Młodzieniec wyglądał na bardzo zaskoczonego i chyba na początku nie bardzo wiedział, co się dzieje. Przypomniałam mu więc spokojnym głosem, że nauczyciel zawsze może zapytać z trzech ostatnich tematów, toteż zapraszam go na rozmowę.
    - Ale przecież mnie nie było. - odparł Paweł.
    - Wiem o tym, ale na polskim pojawiasz się sporadycznie, nie mogę więc wstrzelić się akurat w taki moment, żebyś był na trzech ostatnich lekcjach i na czwartej cię pytać.
    - Ale jak mogę cokolwiek wiedzieć, skoro mnie nie było!
    - Jeśli cię nie ma, to twoim obowiązkiem jest uzupełnić materiał. Pytałam, czy ktoś jest nieprzygotowany, nie zgłaszałeś. - mój głos cały czas był spokojny i rzeczowy.
    - No to chcę teraz zgłosić. - ucieszył się.
    - Teraz jest za późno.
    - Jak to? Ale ja nie byłem z ważnego powodu.
    - Widzę, że te godziny są nieusprawiedliwione. - stwierdziłam pokazując mu dziennik.
    - Psy mnie zgarnęły i siedziałem na dołku! Rozumie pani? Wie pani, co to jest dołek? To co mam zrobić?! Pójść do nich po usprawiedliwienie nieobecności w szkole?!
    Muszę przyznać, że mało się nie roześmiałam. Różne już usprawiedliwienia słyszałam, ale nieobecność z powodu zatrzymania przez policję to jednak dla mnie nowość. Zachowałam jednak powagę i odparłam takim samym, spokojnym i rzeczowym tonem.
    - Nie interesuje mnie, z jakiego powodu cię nie było. Jeśli cię nie ma, musisz uzupełnić materiał, a jeśli tego nie zrobisz, możesz zgłosić dwa nieprzygotowania w semestrze. Nie skorzystałeś z tego prawa, a zatem mogę cię pytać.
    A dalej było do przewidzenia - 3 pytania z ostatnich lekcji, cisza, niedosteteczny. Uczciwie i zgodnie z regulaminem szkoły.
    Na odchodnym dowiedziałam się, że jestem walnięta i że nie da się ze mną dogadać.
    - Oczywiście, że się da, tylko trzeba wiedzieć, jak. - odpowiedziałam niezmienionym tonem. - Pamiętaj, że akcja zawsze wywołuje reakcję. Jeśli jesteś wobec kogoś nie w porządku, to nie oczekuj, że ta osoba odpłaci ci życzliwością i pójdzie ci na rękę, skoro nie musi.
    Hmm... Czy ja ich naprawdę muszę uczyć tak elementarnych zasad współżycia społecznego...?

3 komentarze:

  1. Musisz. Nikt ich tego nie nauczyl, wiec ktos musi byc pierwszy. Padlo na Smoczyce. No i nie wiedza jakiego maja pecha :)
    Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pytanie było z serii retorycznych :) No cóż, jestem nauczycielem, więc płacą mi za uczenie. Jak widać na załączonym obrazku - nie tylko gramatyki i literatury...

    OdpowiedzUsuń