Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 6 listopada 2010

Małpka nr 3 - Innastraniec

   Czas na kolejną Małpkę, tym razem dość nietypową.
   W Zoo dzieci normalne to anomalie przyrodnicze. Wypada zapytać, co rozumiem przez stwierdzenie "dzieci normalne". Już wyjaśniam - to takie, które mają szczęśliwe domy z kochającymi, spełniającymi swoje zadania rodzicami, nie mają kuratora na karku i nie czekają na wyrok w sprawie pobicia lub kradzieży, nie leczą się psychiatrycznie, nie posiadają przepitych vel przepalonych mózgów i nie siedziały 2-3 lata w poprzedniej klasie w innej szkole, zanim dyrekcja naszej się nad nimi ulitowała. Normalne dzieci w Zoo nie mają czego szukać, a jeśli już się pojawiają, to wypada mieć nadzieję, że "nauka" tutaj nie zrobi im krzywdy. Jak się można domyślić nikt, kto może pójść do zwyczajnej szkoły, do Zoo się nie wybierze. Mimo to czasem trafia się takie "normalne biedacwto", które musi się tu uczyć. I dziś przedstawię Wam jedno z nich.

   Misza* jest przemiłym, grzecznym i spokojnym chłopcem, w dodatku uzdolnionym plastycznie i marzącym o nauce w liceum o profilu artystycznym. Ma jednak jeden zasadniczy problem - jest obywatelem jednego z krajów byłego ZSRR, tam się wychował i skończył gimnazjum. Jego ojciec prowadzi w Polsce prywatną firmę i dopiero rok temu udało mu się tu ściągnąć żonę i dzieci. Misza rok przesiedział w domu, ale dłużej tak być nie mogło, wszak jest niepełnoletni i podlega obowiązkowi szkolnemu. Za słabo jednak mówi po polsku, by przyjęła go jakakolwiek zwyczajna szkoła (o wymarzonym liceum plastycznym nie wspominając). I tak oto trafił do Zoo... Jest w klasie zawodowej i w ramach praktyk montuje kabiny prysznicowe, zlewy i sedesy. A ja go uczę języka polskiego...
   Nie poinformowano mnie, jak się sprawy mają, ale zorientowałam się dość szybko, co "jest nie halo". Trzeba było widzieć jego minę, kiedy - zgodnie z programem nauczania - zaczęłam z nimi we wrześniu omawiać "Lament świętokrzyski", "Bogurodzicę", a potem "Treny" Kochanowskiego... Chłopiec jest na tyle cichutki, że nawet nie poskarżył się, że siedzi jak na chińskim kazaniu, tylko dzielnie przepisywał z tablicy tak, jak umiał najwierniej i wpatrywał się we mnie wielkimi ze zdziwienia oczami. Ja natomiast poleciałam do wiceszefowej, naświetliłam jej problem i jednocześnie przedstawiłam swój pomysł na jego rozwiązanie. Pomysł został przyklepany, omówiony z rodzicami chłopca i przez nich zaakceptowany.
   Tak się - szczęśliwie dla Miszy - składa, że skończyłam drugą specjalizację polonistyki: nauczanie języka polskiego jako obcego. Czym innym jest bowiem uczenie polskiego dziecka, a czym innym obcokrajowca. Wymaga to spojrzenia "z zewnątrz" na gramatykę i słownictwo i zapewniam, polonista bez odpowiedniego przygotowania nie jest w stanie tego zrobić bez szkody dla ucznia.
   Oficjalnie wszystko jest po staremu - Misza chodzi na lekcje z klasą, prowadzi zeszyt i pracuje, jak umie, nawet próbuje pisać sprawdziany. Raz w tygodniu natomiast zostaje ze mną po lekcjach i wtedy ma miejsce właściwa nauka. O spotkaniach tych wie dyrekcja, wychowawczyni i rzecz jasna rodzice chłopca. Konspiracja jest konieczna, bo inaczej koledzy nie daliby mu żyć - już i tak ma łatkę "innastrańca", a jeszcze jak by wyszło na jaw, że jest tu na specjalnych prawach...?
   Czego uczę Miszę? Zaczęliśmy od deklinacji - dopełniacz, potem biernik (dwa najczęściej używane polskie przypadki). Końcówki, zasady, zastosowanie w zdaniach... Potem słownictwo - na pierwszy ogień dotyczące człowieka, części ciała, potem cechy charakteru. Zdążyłam mu już zrobić dwie klasówki: z dopełniacza cztery plus, "podpisanie ludka" na pięć. I oby tak dalej. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy omawiać miejscownik - rzecz jasna przyniosę mu sztandarową piosenkę do nauki tego przypadka, czyli "W kinie, w Lublinie" Brathanków :)
   Wiecie co? Czekam na te cotygodniowe zajęcia tak niecierpliwie, że aż przebieram nogami. Przysięgam, jest to JEDYNY mój uczeń w tej szkole, któremu się "chce". I słusznie. Sama mu powiedziałam: "Misza, ty masz się tak przykładać do polskiego, żebym cię tu we wrześniu za rok nie widziała".
   I mam nadzieję, że tak będzie. Szkoda go do Zoo.

* - jak myślicie, co tradycyjnie zrobiłam z imieniem? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz