Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 12 listopada 2010

Archetyp domu a lekcja w Zoo

   Zaryzykuję tezę, że nauczyciel języka polskiego przygotowujący się do lekcji ma o wiele cięższe zadanie, niż jego kolega po fachu wykładający matematykę czy fizykę. I nim mnie w tym miejscu "ścisłowcy" odsądzą od czci i wiary, postaram się ową tezę uzasadnić.
   Nadrzędnym celem lekcji zarówno polonisty, jak i matematyka, jest przekazanie określonego materiału, dostarczenie informacji, względnie wyćwiczenie jakiejś umiejętności z uczniami. Tu jednak rola "ścisłowca" się kończy, gdy tymczasem polonisty często dopiero zaczyna... Dowcip polega na tym, że ułamki, procenty czy wzory trygonometryczne są w swojej wymowie obojętne, nie budzą większych emocji [no chyba, że ktoś się ich nie nauczy, wtedy przed klasówką emocje są, a jakże...], nie wywołują skojarzeń. Literatura już natomiast jak najbardziej i wcale nie mam na myśli banalnej dyskusji pod hasłem: "Czy podobała wam się lektura, czy nie?".
   Konkrety? Wyobraźcie sobie, że każecie charakteryzować Sonię Marmieładow ("Zbrodnia i kara") albo Tomasza Judyma ("Ludzie bezdomni") dziecku alkoholika. Albo analizować Księgę Hioba komuś, kto ma w rodzinie ciężkochorą osobę. Już nie wspomnę o "ryzyku" powiązanym z opowiadaniami Tadeusza Borowskiego - II wojna śwatowa była nie tak dawno. Przykłady można mnożyć, a prawda jest taka, nauczyciel nie jest w stanie przewidzieć, z czym i komu dana historia się skojarzy. A od polonisty przecież dodatkowo wymaga się, by na swoich lekcjach kształtował określone postawy moralne, wykorzystując do tego literaturę. I on musi umiejętnie balansować między przekazywaniem konkretnej wiedzy a wskazywaniem aspektu etycznego - bo jeśli przegnie w którąkolwiek stronę, to położy lekcję...

   Nawet w zwyczajnej szkole prezentowanie literatury wymaga zdolności przewidywania reakcji uczniów, a co dopiero w Zoo... Tutaj słowo daję - NIGDY nie można być pewnym, co, w którym momencie i u kogo wywoła jaką reakcję. Żeby nie szukać daleko - omawiałam z 3 gimnazjum fragmenty "Pana Tadeusza", anegdotę Wojskiego o Doweyce i Domeyce. Czy może być coś niebezpiecznego w zabawnej historyjce o dwóch szlachcicach użerających się z powodu zbieżności nazwisk? No mnie też się wydawało, że nie... Zaczęłam więc spokojnie zajęcia od zapytania, czy zdażyła się moim podopiecznym w życiu taka sytuacja, że ich nazwisko było powodem jakiejś pomyłki lub niecodziennej sytuacji. A i owszem, zdażyło się... Brat Uli "dostał kosą", bo nazywał się tak samo, jak jakiś złodziejaszek, który zadarł z silniejszymi od siebie. A Rafałek wtrąca, że pierwsze co zrobi po skończeniu 18 lat, to zmieni sobie nawzisko na panieńskie matki, bo nie będzie się nazywał tak jak "ten sk*** mój ojciec". A ty sobie, nauczycielu, prowadź wesolutko lekcję o Doweyce i Domeyce po takich deklaracjach...

   Właśnie siedzę nad lekcją dla 2 klasy gimnazjum. Celem jest wprowadzenie pojęcia archetypu domu, a potem analiza fragmentu "Prawieku..." Olgi Tokarczuk, traktującego o budowaniu domu Misi. Podręcznik zaleca rozpoczęcie zajęć od budowania sieci skojarzeń semantycznych wokół pojęcia "dom".
   Tjaaa... Już to widzę... Jak mam pytać o skojarzenia na temat domu dziecko, które jest w bidulu? Albo takie, które ma dom, ale  boi się do niego wrócić po lekcjach? Jak mam analizować archetyp domu z grupą uczniów, dla których to pojęcie znaczy zupełnie co innego, niż dla przeciętnego człowieka? Podać definicję i cechy "ideału domu", dając jednocześnie do zrozumienia, że to jest "norma w normalnym świecie", do którego dane dziecko nie ma wstępu?
   Ot, takie dylematy polonisty robiącego konspekty zajęć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz