Po Europie grasuje groźny zwierz z ogromnymi zębami, ostrymi szponami i oddechem zalatującym siarką. Zwie się KRYZYS. Owo monstrum rozmaicie daje się we znaki w różnych krajach europejskich, do niektórych ledwo zaglądając, a w innych rozgaszczając się na dobre. Dość jednak zauważyć, że blady strach przed nim padł na cały kontynent. Gdyby tylko na strachu się skończyło, to nie byłoby większego problemu - gorzej jednak, że obecność Kryzysu realnie wpływa na obniżenie poziomu jakości życia ludzi, zmuszając Europejczyków do podejmowania trudnych decyzji, byle jakoś przetrwać. I w tym miejscu zaczyna się historia o kolejnej Małpce, którą chcę Wam bliżej przedstawić.
Marcin miał ledwie kilka miesięcy, kiedy jego rodzice wyemigrowali z naszego uroczego miasta do słonecznej Hiszpanii w poszukiwaniu lepszego życia. I nic dziwnego - w tamtych czasach bowiem, czyli w połowie lat '90, to w Polsce szalało bezrobocie i generalnie było szaro, smutno, ponuro oraz bez perspektyw na poprawę sytuacji. Za to Hiszpania wydawała się rajem na ziemi, bo pomijając nawet wizję upalnego lata przez większość miesięcy w roku oraz straganów pękających w szwach od przepysznych i tanich owoców i warzyw, to przede wszystkim kraj ten uchodził za miejsce, gdzie stosunkowo łatwo można znaleźć pracę i utrzymać rodzinę na przyzwoitym poziomie. Rodzicie Marcina zabrali więc małego synka i przeprowadzili się do Hiszpanii w nadziei na lepsze jutro. I owszem - ich plan sprawdzał się w 100% przez 16 lat... dopóki w Europie nie rozgościło się owo straszne zwierzę zwane Kryzysem. A jak wiadomo, Hiszpania była jednym z pierwszych krajów, w którym się ta bestia zadomowiła. Przestało być tak fajnie i różowo, zaczęły się cięcia budżetowe, obniżanie pensji, masowe zwolnienia przy jednoczesnym braku nowych miejsc pracy. Problem ten trwa do dziś, a kto ma co do tego wątpliwości, niech posłucha o falach protestów społecznych, które co jakiś czas przewalają się przez ten skądinąd piękny kraj.
Co na to wszystko rodzice Marcina? Próbowali sobie z początku jakoś radzić, ale w sytuacji, w której dla rodowitych Hiszpanów brakuje zatrudnienia, to co dopiero mają powiedzieć emigranci...? Zmuszeni więc byli podjąć dramatyczną decyzję - po 16 latach zwinęli manatki i z dumą schowaną głęboko na dno kieszeni wrócili do Polski, którą notabene Kryzys nie doświadczył aż tak mocno w porównaniu do innych, południowych krajów Europy. I tutaj przechodzimy do dramatu Małpki nr 13, która musi z dnia na dzień odnaleźć się w nieznanej sobie rzeczywistości, bo Polskę jak dotąd znał tylko z opowiadań tudzież sporadycznych wyjazdów wakacyjnych.
Hiszpan - bo tak chłopca wszyscy w Zoo nazywają - ma 16 lat i jak dotąd nie odnotował żadnych opóźnień edukacyjnych. Chodził do zwyczajnej szkoły, uczył się przeciętnie i nie sprawiał problemów wychowawczych. U nas, z racji wieku i poziomu, zapisany został do 3 klasy gimnazjum. Nadmieniam, że nie jestem akurat jego polonistką, ale - podobnie jak to było w przypadku Miszy - spotykam się z nim raz w tygodniu na dodatkowych zajęciach pod hasłem "język polski dla obcokrajowców".
Jak się prezentuje polszczyzna Marcina? Z grubsza można powiedzieć, że jest dwujęzyczny, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Polskim na szczęście posługiwał się w domu przy rodzicach [i całe szczęście, bo gdyby go nie nauczyli w ogóle naszej mowy, to teraz byłby dramat...], ale na tym koniec. Na podwórku, z kolegami, w sklepie, w szkole - tylko hiszpański. W rezultacie on sam instynktownie traktuje język polski jako "ten drugi" i można obrazowo stwierdzić, że "myśli po hiszpańsku". To oczywiście da się zmienić - chłopak pomieszka tu trochę i role się odwrócą - ale póki co musi minąć pewien etap przejściowy, który łatwy dla Marcina z pewnością nie będzie.
Chłopak ma lekkie kłopoty z wymową ["sepleni" w charakterystyczny, hiszpański sposób, wymawiając głoski szczelinowe], ale większym problemem są braki w słownictwie. Zna podstawowe znaczenia wyrazów, ale wszelkiego rodzaju przenośnie, powiedzonka, idiomy, związki frazeologiczne po prostu leżą i kwiczą. Musi też się podciągnąć z ortografii, ale na tle innych uczniów w Zoo i tak nie pisze najgorzej. Siedzę z nim więc i ładuję mu do głowy rozmaite zasady pisowni, a potem robię wredne dyktanda. Do tego przynoszę stosy ćwiczeń poszerzających słownictwo tematyczne i uczę, jak się poprawnie buduje w języku polskim wyrazy. No wiecie: jaką końcówkę doczepić, żeby zrobił się czasownik dokonany,albo rzeczownik odczasownikowy, albo wykonawca czynności, albo imiesłów taki czy siaki tudzież przymiotnik... Pisać-napisać-pisanie-pisarz-piszący-pisany. I tak do puszczenia pawia :)
Z Marcinem jest jeszcze jeden, na pierwszy rzut oka zabawny problem, a mianowicie różnice kulturowe. Otóż chłopak, mimo że jest synem rodowitych Polaków, to wychował się w Hiszpanii, ma więc zakodowaną typowo południową mentalność, którą obrazowo można określić "maniana" [czyli - później :)]. Jak na polskie warunki jest zdecydowanie za bardzo wyluzowany, bezpośredni i beztroski, nie zdając sobie oczywiście z tego sprawy. Nie rozumie na przykład, że do nauczycieli [czy w ogóle osób starszych] nie wypada zwracać się na "ty", a wchodząc do gabinetu Głównej Szefowej nie powinno się wołać od progu roześmianego "Cześć!". Musi się też nauczyć, że kolegów z klasy nie klepie się jowialnie bez powodu po plecach, że nie należy śmiać się AŻ tak głośno i że generalnie w Polsce mówi się odrobinę cichszym tonem, mniej się gestykuluje, a facet powinien powściągać mimikę twarzy. Ot, zwykła mowa ciała południowca, ale w Polsce nie do przełknięcia bez uniesienia brwi w wyrazie zdziwienia.
Realny kłopot będzie miał niestety Hiszpan wiosną, bowiem jako uczeń trzeciej klasy gimnazjum z polskim obywatelstwem będzie musiał zdać normalny egzamin gimnazjalny na takich samych zasadach, jak wszyscy jego koledzy. O ile z przedmiotami ścisłymi z pewnością sobie poradzi - ostatecznie matematyka nie zmienia się wraz z szerokością geograficzną - to naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem zda test z języka polskiego. Naprawdę nie wiem. A nie ma żadnego paragrafu, który pozwoliłby mu zaliczać inny materiał, skoro w papierach jest Polakiem. Jedyne, co możemy dla niego zrobić, to wydłużyć mu czas pisania egzaminu, tak jak dyslektykom. Tylko że to Hiszpanowi naprawdę niewiele pomoże.
Matko Bosko, jak czytałam pierwsze zdanie posta, to myslałam,ze o jakimś smoku piszesz ;)
OdpowiedzUsuńBtw: dlaczego Hiszpan do Was trafił?
/a ta jego "południowość" - szkoda tłamsić chłopaka, jak jest taki otwarty, niech się otoczenie przyzwyczaja, a nie na odwrót ;P
O to chodziło, żeby zaczynało się jak bajka o Smoku. Efekt w pełni zamierzony :)
UsuńA Hiszpan trafił do nas z tego samego "paragrafu", co Misza - żadna inna szkoła państwowa nie chciała go przyjąć ze względu na za słabą znajomość polskiego.
Mentalność niestety będzie musiał zmienić, bo inaczej nie przeżyje w Zoo.
I jaka tu sprawiedliwość? Chłopak normalny, a tylko przez to, że ma luki w języku trafił do Zoo. To bedzie dla niego szkoła życia chyba.
UsuńAno będzie. W dodatku chodzi do klasy z Dawidkiem Złym-Psem.
UsuńAle wiesz, co jest zabawne? Marcin twierdzi, że w Polsce jest o wiele fajniej, niż w Hiszpanii - właśnie przez brak kryzysu. Mówi, że tam jest teraz smutno, wszyscy narzekają, boją się o przyszłość, mnóstwo ludzi ma depresję, myśli samobójcze. Podobno Polacy na tle Hiszpanów są bardzo roześmiani. Nie sądziłam, że coś takiego usłyszę :)
W środowisku wspinaczkowym wszyscy są na "ty" bez względu na wiek i to jest super :D
OdpowiedzUsuńA Hiszpan wydaje się być fajnym chłopakiem! :D
Pozdrawiam
To normalne i bardzo zdrowe, jeśli grupę ludzi coś łączy. W pracy też jestem na "ty" właściwie ze wszystkimi nauczycielkami [poza dyrekcją i księdzem], nawet tymi mocno ode mnie starszymi. Ale zupełnie inna kwestia, jeśli mówimy o 16-latku...
UsuńOwszem, jest bardzo sympatyczny, podobnie jak Misza. I dlatego współczuję mu, że musi być w Zoo.
Paranoja jakaś, żeby takiego chłopaka do Zoo wpakować... a nauczanie indywidualne nie wchodzi w grę?
OdpowiedzUsuńRok temu pewnie by dostał, ale teraz jest odgórny prikaz, że nikomu nie przyznają, choćby mu nogę urwało. Nie ma takiej możliwości w całym mieście. Powód? Długi, których narobił magistrat...
Usuń