Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 21 listopada 2012

Małpka nr 13 - Hiszpan

    Po Europie grasuje groźny zwierz z ogromnymi zębami, ostrymi szponami i oddechem zalatującym siarką. Zwie się KRYZYS. Owo monstrum rozmaicie daje się we znaki w różnych krajach europejskich, do niektórych ledwo zaglądając, a w innych rozgaszczając się na dobre. Dość jednak zauważyć, że blady strach przed nim padł na cały kontynent. Gdyby tylko na strachu się skończyło, to nie byłoby większego problemu - gorzej jednak, że obecność Kryzysu realnie wpływa na obniżenie poziomu jakości życia ludzi, zmuszając Europejczyków do podejmowania trudnych decyzji, byle jakoś przetrwać. I w tym miejscu zaczyna się historia o kolejnej Małpce, którą chcę Wam bliżej przedstawić.
    Marcin miał ledwie kilka miesięcy, kiedy jego rodzice wyemigrowali z naszego uroczego miasta do słonecznej Hiszpanii w poszukiwaniu lepszego życia. I nic dziwnego - w tamtych czasach bowiem, czyli w połowie lat '90,  to w Polsce szalało bezrobocie i generalnie było szaro, smutno, ponuro oraz bez perspektyw na poprawę sytuacji. Za to Hiszpania wydawała się rajem na ziemi, bo pomijając nawet wizję upalnego lata przez większość miesięcy w roku oraz straganów pękających w szwach od przepysznych i tanich owoców i warzyw, to przede wszystkim kraj ten uchodził za miejsce, gdzie stosunkowo łatwo można znaleźć pracę i utrzymać rodzinę na przyzwoitym poziomie. Rodzicie Marcina zabrali więc małego synka i przeprowadzili się do Hiszpanii w nadziei na lepsze jutro. I owszem - ich plan sprawdzał się w 100% przez 16 lat... dopóki w Europie nie rozgościło się owo straszne zwierzę zwane Kryzysem. A jak wiadomo, Hiszpania była jednym z pierwszych krajów, w którym się ta bestia zadomowiła. Przestało być tak fajnie i różowo, zaczęły się cięcia budżetowe, obniżanie pensji, masowe zwolnienia przy jednoczesnym braku nowych miejsc pracy. Problem ten trwa do dziś, a kto ma co do tego wątpliwości, niech posłucha o falach protestów społecznych, które co jakiś czas przewalają się przez ten skądinąd piękny kraj.
    Co na to wszystko rodzice Marcina? Próbowali sobie z początku jakoś radzić, ale w sytuacji, w której dla rodowitych Hiszpanów brakuje zatrudnienia, to co dopiero mają powiedzieć emigranci...? Zmuszeni więc byli podjąć dramatyczną decyzję - po 16 latach zwinęli manatki i z dumą schowaną głęboko na dno kieszeni wrócili do Polski, którą notabene Kryzys nie doświadczył aż tak mocno w porównaniu do innych, południowych krajów Europy. I tutaj przechodzimy do dramatu Małpki nr 13, która musi z dnia na dzień odnaleźć się w nieznanej sobie rzeczywistości, bo Polskę jak dotąd znał tylko z opowiadań tudzież sporadycznych wyjazdów wakacyjnych.
    Hiszpan - bo tak chłopca wszyscy w Zoo nazywają - ma 16 lat i jak dotąd nie odnotował żadnych opóźnień edukacyjnych. Chodził do zwyczajnej szkoły, uczył się przeciętnie i nie sprawiał problemów wychowawczych. U nas, z racji wieku i poziomu, zapisany został do 3 klasy gimnazjum. Nadmieniam, że nie jestem akurat jego polonistką, ale - podobnie jak to było w przypadku Miszy - spotykam się z nim raz w tygodniu na dodatkowych zajęciach pod hasłem "język polski dla obcokrajowców".
    Jak się prezentuje polszczyzna Marcina? Z grubsza można powiedzieć, że jest dwujęzyczny, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Polskim na szczęście posługiwał się w domu przy rodzicach [i całe szczęście, bo gdyby go nie nauczyli w ogóle naszej mowy, to teraz byłby dramat...], ale na tym koniec. Na podwórku, z kolegami, w sklepie, w szkole - tylko hiszpański. W rezultacie on sam instynktownie traktuje język polski jako "ten drugi" i można obrazowo stwierdzić, że "myśli po hiszpańsku". To oczywiście da się zmienić - chłopak pomieszka tu trochę i role się odwrócą - ale póki co musi minąć pewien etap przejściowy, który łatwy dla Marcina z pewnością nie będzie.
    Chłopak ma lekkie kłopoty z wymową ["sepleni" w charakterystyczny, hiszpański sposób, wymawiając głoski szczelinowe], ale większym problemem są braki w słownictwie. Zna podstawowe znaczenia wyrazów, ale wszelkiego rodzaju przenośnie, powiedzonka, idiomy, związki frazeologiczne po prostu leżą i kwiczą. Musi też się podciągnąć z ortografii, ale na tle innych uczniów w Zoo i tak nie pisze najgorzej. Siedzę z nim więc i ładuję mu do głowy rozmaite zasady pisowni, a potem robię wredne dyktanda. Do tego przynoszę stosy ćwiczeń poszerzających słownictwo tematyczne i uczę, jak się poprawnie buduje w języku polskim wyrazy. No wiecie: jaką końcówkę doczepić, żeby zrobił się czasownik dokonany,albo rzeczownik odczasownikowy, albo wykonawca czynności, albo imiesłów taki czy siaki tudzież przymiotnik... Pisać-napisać-pisanie-pisarz-piszący-pisany. I tak do puszczenia pawia :)
    Z Marcinem jest jeszcze jeden, na pierwszy rzut oka zabawny problem, a mianowicie różnice kulturowe. Otóż chłopak, mimo że jest synem rodowitych Polaków, to wychował się w Hiszpanii, ma więc zakodowaną typowo południową mentalność, którą obrazowo można określić "maniana" [czyli - później :)]. Jak na polskie warunki jest zdecydowanie za bardzo wyluzowany, bezpośredni i beztroski, nie zdając sobie oczywiście z tego sprawy. Nie rozumie na przykład, że do nauczycieli [czy w ogóle osób starszych] nie wypada zwracać się na "ty", a wchodząc do gabinetu Głównej Szefowej nie powinno się wołać od progu roześmianego "Cześć!". Musi się też nauczyć, że kolegów z klasy nie klepie się jowialnie bez powodu po plecach, że nie należy śmiać się AŻ tak głośno i że generalnie w Polsce mówi się odrobinę cichszym tonem, mniej się gestykuluje, a facet powinien powściągać mimikę twarzy. Ot, zwykła mowa ciała południowca, ale w Polsce nie do przełknięcia bez uniesienia brwi w wyrazie zdziwienia.
    Realny kłopot będzie miał niestety Hiszpan wiosną, bowiem jako uczeń trzeciej klasy gimnazjum z polskim obywatelstwem będzie musiał zdać normalny egzamin gimnazjalny na takich samych zasadach, jak wszyscy jego koledzy. O ile z przedmiotami ścisłymi z pewnością sobie poradzi - ostatecznie matematyka nie zmienia się wraz z szerokością geograficzną - to naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem zda test z języka polskiego. Naprawdę nie wiem. A nie ma żadnego paragrafu, który pozwoliłby mu zaliczać inny materiał, skoro w papierach jest Polakiem. Jedyne, co możemy dla niego zrobić, to wydłużyć mu czas pisania egzaminu, tak jak dyslektykom. Tylko że to Hiszpanowi naprawdę niewiele pomoże.

8 komentarzy:

  1. Matko Bosko, jak czytałam pierwsze zdanie posta, to myslałam,ze o jakimś smoku piszesz ;)
    Btw: dlaczego Hiszpan do Was trafił?
    /a ta jego "południowość" - szkoda tłamsić chłopaka, jak jest taki otwarty, niech się otoczenie przyzwyczaja, a nie na odwrót ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to chodziło, żeby zaczynało się jak bajka o Smoku. Efekt w pełni zamierzony :)
      A Hiszpan trafił do nas z tego samego "paragrafu", co Misza - żadna inna szkoła państwowa nie chciała go przyjąć ze względu na za słabą znajomość polskiego.

      Mentalność niestety będzie musiał zmienić, bo inaczej nie przeżyje w Zoo.

      Usuń
    2. I jaka tu sprawiedliwość? Chłopak normalny, a tylko przez to, że ma luki w języku trafił do Zoo. To bedzie dla niego szkoła życia chyba.

      Usuń
    3. Ano będzie. W dodatku chodzi do klasy z Dawidkiem Złym-Psem.

      Ale wiesz, co jest zabawne? Marcin twierdzi, że w Polsce jest o wiele fajniej, niż w Hiszpanii - właśnie przez brak kryzysu. Mówi, że tam jest teraz smutno, wszyscy narzekają, boją się o przyszłość, mnóstwo ludzi ma depresję, myśli samobójcze. Podobno Polacy na tle Hiszpanów są bardzo roześmiani. Nie sądziłam, że coś takiego usłyszę :)

      Usuń
  2. W środowisku wspinaczkowym wszyscy są na "ty" bez względu na wiek i to jest super :D
    A Hiszpan wydaje się być fajnym chłopakiem! :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To normalne i bardzo zdrowe, jeśli grupę ludzi coś łączy. W pracy też jestem na "ty" właściwie ze wszystkimi nauczycielkami [poza dyrekcją i księdzem], nawet tymi mocno ode mnie starszymi. Ale zupełnie inna kwestia, jeśli mówimy o 16-latku...
      Owszem, jest bardzo sympatyczny, podobnie jak Misza. I dlatego współczuję mu, że musi być w Zoo.

      Usuń
  3. Paranoja jakaś, żeby takiego chłopaka do Zoo wpakować... a nauczanie indywidualne nie wchodzi w grę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rok temu pewnie by dostał, ale teraz jest odgórny prikaz, że nikomu nie przyznają, choćby mu nogę urwało. Nie ma takiej możliwości w całym mieście. Powód? Długi, których narobił magistrat...

      Usuń