Uprzejmie donoszę, że hetman Żółkiewski został obroniony. I to na dwie piątki - z pracy oraz z rozmowy.
Szczerze mówiąc, to nie byłam za bardzo zestresowana, bo nie jestem typem osoby panikującej przed każdym egzaminem dla zasady, "bo tak wypada". Wiedziałam, że nie ma możliwości, abym tego nie zdała. Nie przemawia w tym momencie przeze mnie wygórowana duma, tylko czysty pragmatyzm - po prostu zdaję sobie sprawę, na jakiej zasadzie działają płatne studia podyplomowe. Podpisujesz z uczelnią umowę, w której masz zagwarantowane uzyskanie odpowiednich uprawnień [w moim przypadku - do nauczania historii] pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów [czyli uczęszczania na zajęcia oraz złożenia pracy] oraz uiszczenia w terminie stosownej opłaty. To ostatnie jest rzecz jasna dla twojej Alma Mater najistotniejsze. W praktyce sprowadza się to do tego, że jesteś klientem, który płaci i wymaga i udawanie - zwłaszcza przed samym sobą - że jest inaczej, zakrawa na hipokryzję.
Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie denerwowałam się w ogóle, ale wynikało to raczej z mojego poczucia przyzwoitości oraz świadomości faktu, że praca, którą oddałam, była na poziomie grubo poniżej smoczych możliwości. Zwyczajnie nie lubię odstawiać fuszerki, a w tym przypadku wiem, że właśnie to zrobiłam i nie czułam się z tym najlepiej. Pozostało mi tylko żywić nadzieję, że moja praca nie była najgorszą z tych, przez które musieli przebrnąć promotor z recenzentem - i chyba jednak nie było tak tragicznie, skoro postawili mi piątkę, czego przecież nie musieli robić. Kolejna kwestia, to absolutnie nie chciałam wyjść podczas obrony na niedouczonego debila czy bezczelną studentkę, która słodkim uśmiechem stara się ukryć swoją niewiedzę, świadoma faktu, że i tak ją muszą przepuścić.
Wyszło średnio na jeża. Dostałam dwa pytania związane z "życiem i twórczością" pana hetmana, z którymi jakoś sobie poradziłam - a kiedy brakowało mi konkretnych wiadomości, to potrafiłam tak pokierować rozmową, bym mogła dalej nawijać o tym, o czym wiem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że egzaminatorzy zorientowali się, w czym rzecz [w końcu to inteligentni ludzie ze stopniami naukowymi, o których ja mogę jedynie pomarzyć...], ale pozwolili mi podryfować na bezpieczne dla mnie wody.
W rezultacie mam teraz uprawnienia do nauczania dwóch przedmiotów: języka polskiego oraz historii. Nie mam złudzeń rzecz jasna co do poziomu mojej wiedzy z tego drugiego przedmiotu - nie skończyłam w tym kierunku pięcioletnich studiów magisterskich, więc przede wszystkim jestem polonistką. Nie podjęłabym się na przykład wykładania historii w dobrym liceum w klasie przygotowującej do matury z tego przedmiotu. Ale na poziomie gimnazjum i to jeszcze w Zoo...? Spokojnie mogę poprowadzić każdą lekcję bez szkody dla uczniów. I tak na moim języku polskim zawsze bardzo szeroko omawiam tło historyczne epok literackich. Zawsze byłam zdania, że dobry polonista musi być równocześnie po części historykiem.
No to jestem. A w dodatku mam nawet na to papier :)
Poza tym aktualnie walczę z przeziębieniem, które złapałam podczas odwiedzania cmentarzy dolnośląskich. Nie jest źle, dopóki się nie odezwę, bo mój głos przypomina pisk nienaoliwionych drzwi. Jak zwykle wszelkie paskudztwa siadają mi na krtani, czyli tradycyjnie najbardziej nadwyrężonej "części ciała" nauczyciela. Jeszcze nie podjęłam decyzji, czy męczę się z tym samodzielnie, czy zasuwam do lekarza po L4. Obaczym, jak się sprawa rozwinie. W piątek mam wywiadówkę, której absolutnie nie mogę opuścić. Najwyżej będę mówiła romantycznym szeptem do rodziców moich Muppeciątek :)
Gratsy!
OdpowiedzUsuńAlpha Centauri
Senkjuuu... :)
UsuńTe, Smok,troche mniej samokrytycyzmu. skoro jest piątka to może jednak nie było tak tragicznie-mogli dać 3, byle tylko zaliczyć.
OdpowiedzUsuńNo. Smoczyco-Polonico-Historyco, łapkę ściskam w geście gratulacyjnym.
A ja tez lubię egzaminy ustne, bo zawsze można zagadać egzaminatora i jakoś wybrnąć :)
A na gardełko to ja Ci powiem tak- trza było się szlajać po cmentarzach?! Nie lepiej było odwiedzić Magulca? Aaaa? A karpatki by pojedli i dobrej herbatki się napili.
No ale niech się od Ciebie te wirusy odczepią, bo jak nie to napuszczę na nie Oskara! Tak im powiedz!
Nic mi o jedzeniu nie mów - wszak byłam z wizytą u przyszłej teściowej... Ja od niej nie wyszłam, tylko się wytoczyłam :) Dużo, duuużooo i doooobre...
UsuńNie dało rady odwiedzić, grafik mieliśmy tak napięty, że mało nie popękał. Co do gardła, to niestety przeniosło się na tchawicę, w efekcie czego ledwo wydobywam z siebie głos. Jutro zasuwam do znachora.
Zdrowiej szybko! :)
OdpowiedzUsuńTeż się ZNOWU rozchorowałam... ;) Ale do szkoły chodzę normalnie. :P
Tjaaa... Bo nie musisz prowadzić lekcji i gadać przez cały czas :)
UsuńWitaj :)
OdpowiedzUsuńPodczytuję Cię od jakiegoś czasu, ale nie pamiętam, czy komentowałam :)
Co do krtani- niestety, z obserwacji zawodowych (pracuję w aptece) widzę, że coraz więcej nauczycieli na to cierpi. Nawet znajomy instruktor prawa jazdy. Na nagłą utratę głosu polecam vit. A+E do rozgryzania, emskie (fuj!) i "ratowniczą- chałupniczą" płukankę laryngologiczną. Kupujemy w aptece buteleczkę gliceryny w płynie i vit.E w kroplach. Można jeszcze A krople, ale na to potrzebna recepta. Na pół szklanki letniej wody dajemy łyżeczkę- półtorej gliceryny, 10-15 kropli witaminy E (tyle samo A, jeśli mamy), wszystko energicznie mieszamy (vit. E daje tłuste oka). Tym płuczemy gardło nawet 5x dziennie. Ma działanie nawilżające. Dla smaku- jak ktoś wrażliwy- do mikstury można dodać 1-2 krople miętowe. Koszt- kilkanaście złotych, w przeciwieństwie do podobnej płukanki wypisanej na rp.100% płatną- koło 50 PLN. Chyba,że dostaniesz receptę ze zniżką- to wtedy 7,50, ale w moich stronach lekarze niechętnie piszą zniżkowe, niestety...
Zdrowiej przed wywiadówką :)
Interesuje mnie, czy Rodzice mają podobne podejście do szkoły, jak ich dzieci? Bo jeśli tak- to chyba mogłabyś to zebranie odpuścić ;)
Witaj Cytrynko :)
UsuńU mnie po raz pierwszy, ale widziałam Cię już gdzieś. Pewnie odwiedzamy i komentujemy te same blogi.
Dziękuję Ci bardzo za ten wpis - jak to dobrze posłuchać porady od fachowca. Przepis na płukankę na pewno wykorzystam, bo każdej osobie pracującej głosem zdarzają się takie poranki, kiedy wstaje, a tu nagle narzędzie pracy odmawia posłuszeństwa.
Emskie właśnie wczoraj między innymi zapisała mi lekarka. Nie są takie złe, jeśli się je rozpuści w CIEPŁYM mleku i wypije bez długich ceregieli :)
Co do rodziców, to bywa bardzo różnie. Część rzeczywiście ma swoje pociechy tam, gdzie słoneczko nie dochodzi, więc i tak nie przyjdą, bez względu na to, co by się nie działo. Ale są tacy, którzy mimo wszystko próbują coś zrobić, by małpiątko całkiem się nie stoczyło. I dla nich warto przychodzić. Muszę być na tej wywiadówce, choćby się waliło i paliło. z chorym okiem przecież też poszłam. Moje działania jako wychowawcy są skuteczne tak naprawdę tylko wtedy, kiedy mam oparcie w rodzicach. Sama to jak bym waliła głową w mur.
Pozdrawiam i zapraszam częściej :)
Gratuluję i zazdroszczę - mój doktorat stoi gdzieś w polu i błocie :)
OdpowiedzUsuńBo doktorat to nie byle co... Praca o Żółkiewskim naprawdę została wykonana na poziomie żenującym :)
UsuńKiedy przejdziesz do Historii (przez duze H), nikt nie bedzie pamietal pracy o Zolkiewskim, a zwlaszcza o jej poziomie. Bedziesz slawna i rozchwytywana.
OdpowiedzUsuńMoje gratulacje.
Musze przyznac,z e ja z mojej podyplomowki tez mialem takie wrazenia, ale z pracy dyplomowej jestem wrecz dumny :)
A cytrynce dziekuje za porady. Chod¡ciaz pracuje glosem, to gracias a Díos nigdy nie potrzebowalem wsparcia farmaceutycznego. No moze jakis lekki bol gardla, ale zadne takie... Zreszta i tak wszyscy sie na mnie tu dziwnie patrza... Jeszcze NIGDY (tutaj :P) nie ukasil mnie zaden owad. Zazdrosc Mojej Tesciowej jest nieoceniona :)
Sciskam mocno i jeszcze raz gratuluje.
Wiesz Robalku... Złego chlorella nie bierze, hie hie hie :) A u mnie choroby związane z głosem to niestety standard.
UsuńZapomnialem o chlorelli... hie, hie, hie... :)
UsuńNo jaaak to? Przecież chlorella należy do kanionu :P
Usuń