We wtorek wieczorem odebrało mi głos zupełnie - wydobywałam z siebie tylko jakieś nędzne skrzeki. Hipek przynajmniej mógł z czystym sumieniem wydawać mi polecenia w stylu: "Smoku, zamknij pysk!" :) Widmo wizyty w przychodni stało się nieodwołalne, ale ponieważ moja lekarka rodzinna w środy i tak przyjmuje po południu, to poszłam jeszcze rano do szkoły - zresztą, miałam tylko 3 lekcje. Jakoś dałam radę, zwłaszcza na początku, bo dwie pierwsze godziny to były zajęcia z moimi Muppetami, z którymi mam od września dobre układy. Nie musiałam ich nawet prosić o wyrozumiałość - wystarczyło, że się odezwałam... Po następnej lekcji jednak, z zawodówką, gardło paliło mnie jak wściekłe, a brzmiałam tak, jak bym przechodziła mutację. Żarty się zatem skończyły i trzeba było ratować narzędzie pracy.
Diagnoza była łatwa do przewidzenia - zapalenie krtani albo tchawicy. Obyło się bez antybiotyków [i bardzo dobrze - nie jestem zwolenniczką spuszczania bomby atomowej na organizm, jeśli nie ma takiej bezwzględnej potrzeby], za to dostałam baterię tabletek i syropów plus L4 do końca tygodnia. Zwłaszcza ten ostatni medykament działa cuda, bo niestety nie ma lepszego lekarstwa w takich wypadkach, jak nie rozdziawianie paszczy. Podkreślam, że zgodziłam się tylko na zwolnienie z czwartku i z piątku, mimo że pani doktor chciała mi wlepić cały tydzień [zapytała mnie współczująco: "No niech pani powie, ma pani dość tych bachorów...?"]. Stwierdziłam, że dwa dni L4 w połączeniu z weekendem powinno wystarczyć.
A co z wywiadówką? Rzecz jasna poszłam - poprzednio mogłam z chorym okiem, to co mi teraz szkodziło z chorym gardłem? Pod tym względem mam już zdaje się wyrobioną markę wśród rodziców, o czym może świadczyć komentarz jednej z matek: "Syn mówił, że pewnie tej wywiadówki nie będzie, bo pani jest chora - ale ja tam wiedziałam, że pani przyjdzie". No jakże by inaczej... Frekwencja jak zwykle szalona, czyli czworo rodziców na 17 podopiecznych, mimo że obdzwoniłam wcześniej moim ochrypłym głosem prawie wszystkich.
Przebieg standardowy - indywidualne rozmowy przy biurku składające się z uświadomienia, że pociecha ma AŻ tyle nieobecności oraz AŻ takie złe oceny. Potem jeszcze przejrzenie Zeszytu Uwag i skomentowanie zachowania, choć jak się łatwo domyślić, na zebranie i tak przyszli rodzice tych Muppetów, z którymi problemy dyscyplinarne są stosunkowo najmniejsze. To akurat całkiem oczywiste, bo jeśli uczeń wie, że jest pilnowany, to się jakoś hamuje - natomiast świadomy tego, że matka czy ojciec centralnie olewają szkołę, będzie pozwalał sobie na wszystko.
Jak zwykle staram się wpłynąć na rodziców, by nie kryli swoich dzieciaków i nie usprawiedliwiali im wagarów. Tłumaczę, że to droga donikąd, bo w ten sposób Muppety nigdy nie nauczą się ponosić konsekwencji swojego postępowania. A już najbardziej trafia mnie, kiedy rodzice z całą świadomością chcą usprawiedliwiać im pierwsze godziny, bo dzieciątko zaspało. Mówię zwykle na to coś takiego:
- A czy pani pracodawca przyjąłby wytłumaczenie, że pani zaspała i dlatego nie była w pracy o czasie? Szkoła to tak jak praca, kiedy syn/córka ma się nauczyć poważnego podejścia do obowiązków, jeśli nie tutaj?
Są rodzice, do których taka argumentacja trafia - ale niektórzy mówią tylko rozbrajająco: "Tak, tak, wiem... ale proszę usprawiedliwić, ten ostatni raz". No łapki opadają.
Mam w klasie jednego tatusia, którego postawa bardzo mi się podoba. Rodzina jest normalna, ojciec ma firmę i nieźle zarabia, matka zajmuje się domem. Jedyne, co ich wyróżnia, to ilość potomków, mają bowiem sześcioro dzieci [!] - ale skoro ich stać... Ich syn, Darek, trafił do nas w zeszłym roku z powodu wagarów, wywalony z poprzedniego gimnazjum po tym, jak dwa razy zimował w tej samej klasie. Ojciec podchodzi do wszystkiego bardzo spokojnie [przy szóstce dzieci pewnie już niejedno widział i słyszał...], aczkolwiek kontroluje syna na ile może - mam z nim stały kontakt mailowy, a teraz dojdzie i telefoniczny, bo dałam mu swój prywatny numer komórkowy, żeby mógł regularnie dzwonić i wypytywać, czy Darek był w szkole, czy nie. Co natomiast należałoby postawić innym rodzicom za wzór - żadnego usprawiedliwiania wagarów.
- On rano wychodził do szkoły i wracał o czasie. - oświadczył. - To są ucieczki, ja o tym nie miałem pojęcia. Wiedział przecież, co robi i że kiedyś się wyda.
- Proszę uświadomić synowi, że jeśli będzie miał za dużo godzin nieusprawiedliwionych, to grozi mu nieklasyfikowanie i w konsekwencji powtarzanie klasy.
- Trudno, jego wybór. Chce mieć trzeci rok do tyłu, to będzie miał. - odparł ojciec bardzo spokojnie.
No i tak to powinno wyglądać. Inaczej Muppet nigdy nie nauczy się odpowiedzialności.
Ale dziś pojechałam dydaktyką... :) Musicie mi to wybaczyć, to na pewno z powodu choroby :)
życzę zdrowia!
OdpowiedzUsuńA niektórzy rodzice to porażka. Skąd te gnojki mają brać przykład?
pozdro :]
Dzieci przeważnie naśladują dorosłych, choć rzecz jasna są wyjątki - patrz cacus tego Darka, który ma normalną rodzinę z uczciwie zarabiającym ojcem, a mimo to wylądował u nas. Syn, nie ojciec :)
UsuńOj Smokum, Smoku, nie dbasz o siebie, muszę wziąć Hipka na poważną dydaktyczną rozmowę
OdpowiedzUsuńOj tam oj tam... Znam swój organizm, twarda jestem. Dam radę spokojnie wrócić jutro do pracy.
UsuńŻyczę zdrowia i cierpliwości w stosunku do rodziców i ich potomków.
OdpowiedzUsuńNa brak głosu polecam HOMEOVOX :)
B-na
Dziękuję za życzenia i poradę :) Pozdrawiam.
Usuńwracaj szybko do zdrowia.... ja w tym roku z zawalonym gardłem nie moglam sobie powzwlic nawet na 2 dni i męczylam się z niegroźną w sumie chorobą 2 tygodnie:/ no i powodzenia z bachorkami.... ja trzymam kciuki zeby moje mnie jutro nie dobily...
OdpowiedzUsuńWitam "nową" dawną Czytelniczkę :)
UsuńNie chcę gderać, ale z gardłem u nauczyciela nie ma żartów... Ja też jestem z tych, co to pracują nawet, kiedy są chorzy - patrz moja historia z okiem - ale gardło stanowi wyjątek. To jest narzędzie pracy, o które trzeba dbać. Gdy już mi siada coś na struny głosowe, to wszystko inne przestaje być ważne. Skoro mam zapierdzielać do 67 roku życia, to krtań muszę oszczędzać.
No cóż... I Tobie też radzę... Z nieleczonych infekcji gardła robią się guzki śpiewacze i potem będziesz skrzeczała jak Senyszyn...
Poki co jest już ok... ale następnym razem na pewno na zwolnienie pojde.... ;) w tym roku w mojej szkole w tym czasie był prawdziwy atak chorób wszelakich i dyrektor juz warczał na wszystkich nawet tych zdrowych więc wolałam na zwolnienie nie isc zwlaszcza ze pracuję w tej szkole dopiero od 2 lat... ale co racja to racja z gardłem nie ma żartów...
UsuńWspółczuję głupiego dyrektora w takim razie... Dopiero by zobaczył, gdyby mu się tak cała kadra pochorowała.
UsuńDwa lata - czyli za rok umowa na stałe?
umowę już mam a do tego delegacja na podyplomówkę z oligofrenopedagogiki z zatrzeżeniem, że zwróci mi koszty a ja u niego będę przynajmniej 3 lata pracować...
UsuńEee, to spokojnie możesz iść na L4, nie zwolni Cię :) No ale to moje gratulacje, w czasach niżu mieć umowę i jeszcze opłacaną podyplomówkę. Ja za swoją o zwrot mogę tylko pomarzyć.
Usuń