Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 11 czerwca 2011

Dyrektorskie Drożdżówki

   Dziś będzie o żarciu - poniekąd.
   Temat odżywiania jest dla mnie istotny, choć Ci, którzy mnie znają osobiście, ale słabiej, w tym momencie mogą się lekko uśmiechnąć. Co tu dużo ukrywać, figury modelki nie mam i mieć nigdy nie będę i jest to po części na pewno spowodowane złymi nawykami żywieniowymi, a konkretnie uzależnieniem od cukru. Zawsze poza tym zazdrościłam osobom, którym w razie kłopotów czy stresów sznuruje się gardło i nie są w stanie nic przełknąć. Ja mam dokładnie odwrotnie - "głaszczę się" jedzeniem kiedy jest mi źle i sama świadomość tego faktu zwykle nie jest wystarczająco silną motywacją, bym sobie dała po łapach.
   Natomiast kwestia tego, CO wpierniczam - o tak, tutaj mam lekkiego hopla. Sprawdzam daty ważności, czytam etykietki tropiąc nadmiar "witaminy E" w produktach, staram się nie jeść śmieci, chemii [glutaminian sodu!] i nadmiernie przetworzonego żarcia. Z biologii na maturalnym mam cztery, z chemii pięć [choć niezasłużenie, ale to osobna historia, którą może kiedyś opowiem] i zawsze mnie interesowały tematy związane z tym, jak funkcjonuje organizm człowieka od środka. Uważam, że jak na laika i osobę z wykształceniem humanistycznym, to wiedzę o ludzkim ciele mam całkiem niezłą. Ot, takie hobby.
   Czemu o tym piszę? Otóż w trakcie porannej prasówki przy kawie [za to między innymi kocham soboty] natknęłam się na artykuł opisujący szkołę promującą zdrowy styl żywienia. Poniżej podaję link do tego tekstu, gdyby komuś chciało się przeczytać, w skrócie jednak chodzi o to, że dyrektorka tej placówki prowadzi jedyną szkołę w Polsce biorącą udział w europejskim projekcie mającym na celu wykształcenie dobrych nawyków żywieniowych u uczniów. W sklepiku szkolnym tylko naturalne produkty, w stołówce obiady gotowane z surowców dostarczanych z lokalnych źródeł, a dzieciaki na przerwach same wyciskają soki i robią surówki. Zero coli, jeśli chipsy, to z jabłek, a zamiast batoników serwowane są marchewki. I co najlepsze - WSZYSCY są zadowoleni. Tak tak, uczniowie również!




   Nie ukrywam, że dla mnie taka relacja brzmi fantastycznie i gdybym miała dziecko, to chciałabym, żeby do takiej podstawówki chodziło. Ale jako że sama jestem nauczycielem, to podczas lektury artykułu nie mogły mi się nie nasunąć refleksje dotyczące tego, jak kwestia żywienia wygląda w szkole, w której uczę.
   Zoo to szkoła biedna. Zarówno w wyposażeniu sal, jak i w warunkach lokalowych brakuje podstawowych udogodnień, które zwykłych placówkach w dużych miastach są standardem. Dzieci nie mają szatni [wyobraźcie to sobie zimą!!!], na zajęcia wychowania fizycznego jeżdżą do zaprzyjaźnionej szkoły, klasy są małe [całe szczęście, że najczęściej połowa Małpek nie przychodzi, bo gdyby tak się zmówiły i przybyły wszystkie, to nie miałyby gdzie siedzieć...], a krzesła i stoliki pamiętają głęboki PRL. Zapomnijcie o takich udogodnieniach, jak np. tablica, po której można pisać markerem - tutaj większą bolączką jest przejmujące zimno w grudniu i w styczniu, kiedy nikt nawet nie próbuje zdejmować kurtki [inna sprawa, że co niby mieliby zrobić z wierzchnimi okryciami...?]. Dyrekcja robi co może, by placówka była chociaż czysta i odremontowana, ale nie zapomninajcie, że uczą się tu małe i większe zbiry, które "tak już mają", że wszystko niszczą, więc napraw trzeba dokonywać o wiele częściej, niż w normalnej szkole.
   Co z żarciem? Stołówki oczywiście nie ma i nie będzie - brak warunków lokalowych. Działa sklepik szkolny, który znajduje się w kanciapie Pani Woźnej. Na wyposażeniu są tanie soczki w kartoniku, trochę coli, jakieś batoniki czy inny tego typu syf oraz słynne Dyrektorskie Drożdżówki. Czemu słynne? Wice-Dyra załatwiła ich wypiek gdzieś tam po znajomości, sprzedawane są za śmieszne pieniądze, a dochód z nich w całości idzie na różnego rodzaju wyjścia do kin, muzeów i teatrów dla Małpiątek, względnie na nagrody rzeczowe dla tych, które jest za co nagrodzić...
   Czemu taki nacisk na przystępną cenę drożdżówek? Ano dlatego, by każdy uczeń mógł sobie na nią pozwolić. Mamy tu sporo naprawdę biednych dzieciaków [pamiętacie post o Sebastianku?], których stypendia socjalne są wydawane przez rodziców na wódę,  a ponieważ nie ma stołówki szkolnej, gdzie mogłyby dostać obiad finansowany np. przez MOPS, to trzeba to załatwiać w jakiś inny sposób. Jasne, że mamy i drugi biegun, czyli drobne cwaniaczki i gangsterkę, handlującą kradzionymi telefonami i przemycanymi papierosami. Ot, codzienna rzeczywistość światka, który funkcjonuje na uboczu. Dzieci z zamożnych domów tu raczej nie ma, co nie znaczy oczywiście, że nie wpadają one w takie kłopoty, że szkoła taka jak nasza okazuje się dla nich w końcu ostatnim dzwonkiem przed poprawczakiem. Owszem, bogata młodzież też może mieć narąbane w papierach - tyle, że w takim wypadku rodziców stać na znalezienie im prywatnej, płatnej szkoły, w której będą miały królewskie warunki. Zapewniam, że nikt, kto ma pieniądze, nie wyśle dziecka-zbira do nas...
   Gangsterka gangsterką, ale istnienie takich Sebastianków, patrzących tęsknie na cudzą kanapkę, to wstyd i hańba dla naszego cudownego, katolickiego, prorodzinnego państwa. Darujcie ten jad kapiący mi w tym momencie z pyska, ale nie mogłam się powstrzymać.
   Śliczna, uśmiechnięta podstawówka ze świeżymi soczkami w sklepiku i ciepłym, zdrowym obiadem - contra odrapany, zimny budynek, serwujący uczniom co najwyżej drożdżówkę, bo Wice-Dyra stanęła na głowie, żeby chociaż to było.
   Obie placówki są państwowe. I obie znajdują się w tym samym kraju.

10 komentarzy:

  1. Piękny katolicki kraj... ech temat długi jak rzeka...

    W mojej miejscowości, która też nie jest najbogatsza (właśnie dogorywa ostatni bastion pracy), Pan Ważny wymyślił sobie, że wykupi stołówkę (taka MOPsowa dla najbiedniejszych) i zrobi z niej np. restauracje. Jeszcze się nie zdecydował, ale na pewno nie będzie to stołówka. Już widzę zadowolone miny tych wszystkich biednych dzieciaczków, szkoda słów.

    Polska nie jest sprawiedliwa, są równi i równiejsi. Są lepsze i gorsze miejscowości, szkoły, które "opłaca" się dofinansowywać i te dla których nic już nie zostaje. Ot życie...

    Kolejny paradoks nasz to służba zdrowia (to już temat ocean, więc tylko króciutko, tak mi się przypomniało, choć piszesz o czymś z goła innym, to jakby nie patrzeć wspólny mianownik jest ten sam: kasa). Do tej pory śmieję się, z tego co powiedział mi mój lekarz. Jestem zbyt zdrowa, żeby NFZ finansował moje leczenie, ale na tyle chora, że za parę lat (oby nie) mogę skończyć na wózku...

    Szkoła wasza jest na tyle ważna, żeby jej nie zamykać, ale i na tyle nie ważna (?), żeby opłacało się ją finansować większą gotówką....

    Samo życie... jak to mówi mój Kot: Witaj w Polsce!

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja podstawówka też była biedniutka, ale jednak nie umywała się do opisywanej przez Ciebie. I pamiętam, że dzieci wstydziły się chodzić na stołówkę po darmowe obiady - dziś wiem, że to głupie, bo i tak wszyscy się znali i wiedzieli kto jest biedny, a kto nie.

    Ja jestem z tych, którzy chudną ze stresu. Marzę o tym, żeby dobić kiedyś do wymarzonej wagi (55 kg),ale wciąż mam za słabą silną wolę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Motylek: post o służbie zdrowia też popełniłam, w październiku jest, nie wiem, czy do niego dotarłaś. A w tym, co napisałaś o Zoo, jest sporo prawdy, niestety...

    Ken. G.: natura nie jest sprawiedliwa. Jak ja bym chciała chudnąć ze stresu...
    U nas dzieciaki chyba by się nie wstydziły biegać po obiady na stołówkę. Są z rodzin przyzwyczajonych, że wiele rzeczy "im się należy" - pomoc socjalna przede wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, dotarłam, przeczytałam już cały blog :-)))

    Napisałam tu o służbie zdrowia i moim przypadku, bo tak jakoś mi podpasował pod temat.

    Pomyślałam sobie, że może nasi mądrzy włodarze wpadli na pomysł, że w Zoo nie warto inwestować, bo z tych dzieci już nic nie będzie. Jasne, lepiej żeby kradli i handlowali narkotykami. Sami się wychowają... ech szkoda słów na to wszystko. Niby wiedzą, że jest źle (wiedzą?), a i tak nic nie robią, bo po co...

    OdpowiedzUsuń
  5. Wg mnie takie szkoły jak Zoo istnieją dla wygody. Po co się zajmować każdym "trudnym przypadkiem" osobno? Lepiej spędzić bydełko w jedno miejsce, żeby się nie pałętało po ulicach i nie psuło humoru dobrym, grzecznym dzieciom. A potem, jak bydełko dorośnie i nic z niego dobrego nie wyrośnie, to się je pozamyka do więzień. Proste? A jak...

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzieciaki przyzwyczają się do wyciągania ręki i cwaniactwa, bo widzą to u rodziców, a potem rosną z przeświadczeniem, że świat ich skrzywdził, więc niech teraz płaci.

    Ostatnio z powodu upałów straciłam prawie 2 kg, a było już prawie 52. Mina mi się wyciągnęła, kiedy stanęłam na wadze. Fajnie jest być szczupłą, ale bardzo chudą już nie...

    OdpowiedzUsuń
  7. Kurde, ja też wpieprzam jak się stresuję. Na szczęście tych stresów nie jest ostatnio tak dużo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. MAG: U mnie też - odpukać - jest ich o wiele mniej, niż to bywało. Łatwiej mi nie wpieprzać na potęgę.
    No i proszę, mamy kolejną cechę wspólną. Sporo tego mam wrażenie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo podoba mi się nowa szata graficzna bloga,ale brakuje mi kalendarza (z prawej strony)-były na nim zakolorowane na czerwono dni wpisów na blogu-ułatwiało to życie i było ciekawym rozwiązaniem.
    Pozdrawiam Mnich666

    OdpowiedzUsuń
  10. Kalendarz też mi się podobał, przyznaję. Tutaj chyba nie ma takiej opcji - chyba, bo być może po prostu ja tego do tej pory nie odkryłam :)

    OdpowiedzUsuń