O uczniach mojej szkoły można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że są fałszywi. Oczywiście uogólniam, bo pewnie wyjątki się trafiają, ale generalnie te dzieciaki są bardzo szczere w okazywaniu, co o tobie myślą - i to zarówno pozytywów, jak i negatywów. Mają w nosie zadasy dobrego wychowania oraz to, co wypada, a czego nie wypada robić, więc jeśli "coś do ciebie mają", to na pewno dadzą ci to odczuć - i to w najmniej wybredny sposób. I na odwrot, kiedy poczują do ciebie sympatię czy zaufanie, też ci to okażą, choć trzeba przyznać, że w czasem dość zaskakujący sposób, o czym właśnie zaczynam się przekonywać.
Najpierw jednak mała dygresja. Rzecz jasna fakt, że kogoś polubią, nie oznacza automatycznie, że stają się grzeczni, przestają robić numery, a zaczynają siedzieć prosto i używać słów: "proszę", "dziękuję" i "przepraszam". No nie wymagajmy od nich niemożliwego... Zmienia się natomiast kaliber wybryków, bo wyraźnie widać, że nie są wymierzone personalnie w nauczyciela, nie mają na celu dotknięcie go czy zrobienie mu przykrości - tylko są formą dość specyficznego żartu.
A zatem, Panie i Panowie: dużo wskazuje na to, że dwie spośród klas, które uczę, mnie lubi. Dodatkowo cieszy mnie fakt, że są to akurat klasy, które uczę już drugi rok - czyli moja osobista małpiarnia oraz 3A [ta, do której chodzą m.in. Sebastianek i Karolek]. Znaczy to bowiem, że Dragonka zyskuje przy bliższym poznaniu. Jak pewnie zdążyliście wyczytać między wierszami, nie należę do łagodnych nauczycieli i sporo wymagam [nawet w Zoo...], a to w oczywisty sposób budzi początkowo sprzeciw i bunt. Staram się jednak, by moje oczekiwania były jasne, przestrzegam też reguł, które ustaliłam i staram się traktować uczniów fair. Żeby to zaobserwować, potrzeba jednak czasu.
Zebrałam dla Was dziś garść "promyczków", czyli dowodów sympatii, z którymi się spotykam. Możecie wierzyć lub nie, ale takie pozorne drobiazgi na długo poprawiają mi humor i dają energię do dalszej pracy. Kiedy zdarza się taka perełka, to ja naprawdę czuję, że nie zamieniłabym swojego zawodu na żaden inny. Zresztą, po co ja tworzę tu jakieś górnolotne zdania... To po prostu cholernie miłe - i już :)
1) Stoję po pracy na przystanku i czekam na swój tramwaj. Naraz słyszę z innego tramwaju, który wlaśnie miał odjeżdżać z tego samego miejsca, bardzo głośne łomotanie. Patrzę - a tam trzech klientów z 3A najwidoczniej postanowiło w dość spontaniczny sposób powiedzieć mi "do widzenia". Przywarli do szyby, zaczęli w nią uderzać dłońmi, a także machać do mnie i coś wołać :) Szczerze mówiąc wyglądali w tym momencie troszkę, jak uczniowie ze szkoły specjalnej, ale oczywiście odmachałam im z takim samym zapałem, a na koniec zasalutowałam. A co... Miny ludzi na przystanku - bezcenne :)
2) Lekcja gramatyki w mojej klasie - powtórka z części zdania. Tłumaczę coś zawzięcie, a w ostatniej ławce Alkonek z kolegą gadają w najlepsze. Zwracam im uwagę raz, drugi, kolejny - nie skutkuje. Zaczyna mnie to już denerwować i zachodzę w głowę, jak ich skutecznie przywołać do porządku [spróbować ich przesadzić? przepytać i powstawiać gały?], gdy nagle jak się Emilka nie rozedrze: (uwaga, będzie niecenzuralnie) "K***, zamknąć ryje wreszcie! Na przerwie jesteście, czy co?!" Chłopaki tak zdębieli, że momentalnie ucichli, a mój banan na ustach mówił wszystko...
Notabene na tej samej lekcji dwie osoby SPECJALNIE przeniosły się do pierwszej ławki w rzędzie koło mojego biurka [które to miejsca zawsze są puste], żeby lepiej widzieć z tablicy...
3) Mam zasadę, że jeśli klasa pracuje sprawnie i w związku z tym szybciej zrealizujemy przewidziany temat, to nie wymyślam niczego na siłę, tylko daję im "czas wolny", tzn. po prostu sobie gadamy na życiowe tematy. Trafiło się tak w 3A - zaczęliśmy rozmawiać o egzaminach gimnazjalnych, a także o tym, co zamierzają robić po skończeniu szkoły. Ala i Rafał stwierdzili, że na pewno zostają w Zoo, tzn. idą tutaj do zawodówki. "Uuu... - zaczęłam współczującym tonem. - To przy odrobinie pecha dalej będziecie mieli ze mną polski...". "Czemu pecha? - zdziwili się zgodnie. - Fajnie by było, gdyby nas pani uczyła."
4) No i akcja z dzisiaj, którą szczególnie doceniam.
Znów 3A. Zajęcia przebiegły w normalnej, życzliwej atmosferze, a ponieważ już dawno ta klasa nie odstawiła mi żadnego numeru, to udało im się uśpić moją czujność. To była zarówno ich, jak i moja ostatnia lekcja. Wypuszczam ich po dzwonku z klasy, żegnamy się miło, ktoś tam mnie o coś zapytał, odpowiadam, zamykam salę, oni sobie idą. Kiedy szłam już na górę, wrócił się Karolek i mówi do mnie:
- No niech pani otworzy klasę.
- Co się stało, zapomniałeś czegoś? - spytałam.
- No niech pani otworzy...
Otworzyłam... a tam z tyłu sali spokojnie pali się na płytkach PCV plastikowy długopis. Karolek uśmiechnął się do mnie, po czym bez słowa podszedł i zgasił zalążek pożaru butem.
- Dziękuję ci. - powiedziałam całkiem poważnie.
- Ale to nie ja! - odparł w odruchu obronnym.
- Tak się domyślam, bo byś tu pewnie nie wrócił. Tym bardziej dziękuję i doceniam.
Otóż moi drodzy, ta klasa znana jest w szkole ze skłonności do odstawiania różnych numerów, czasem chamskich i niebezpiecznych. Mają na koncie między innymi zalanie sali czy rozkręcenie biurka nauczycielowi - mnie dla przykładu kiedyś zamknęli w klasie [a sami wyszli oknem], a także zabrali mi z biurka tomik wierszy, który potem znalazłam podarty w koszu na śmieci. Jak się możecie domyślić, panuje u nich niepisana zasada, że pod żadnym pozorem nie wolno wydać sprawcy, ani nawet przeszkodzić mu w zrobieniu "kawału", bo bycie kapusiem ["sprzedawcą", jak oni to określają] to najgorsze ze wszystkiego. W świetle tego prawa naprawdę zdaję sobie sprawę, czym było dla Karola wrócenie do sali i zgaszenie tego długopisu.
Hmm... A może perspektywa zostania ojcem sprawiła, że chłopak nabrał trochę rozumu?
Drago, życzę Ci jak najwięcej takich promyczków :)
OdpowiedzUsuńJa również. Magda
OdpowiedzUsuńDzięki dziewczyny :)
OdpowiedzUsuńDobrze napisane: promyczki. Niby drobiazgi, a zapadają w pamięć i potrafią osłodzić niejeden przekichany, ciężki dzień :)))
OdpowiedzUsuńpodziwiam, naprawdę podziwiam za cierpliwość i wytrwałość ;)
OdpowiedzUsuńmam nadzieję, ze też będę taka nauczycielką ;)
Ken G. - dokładnie, takie rzeczy niesamowicie dodają skrzydeł, nawet Smokom :)
OdpowiedzUsuńAnonimowy (a propos - przedstawisz się nam przy następnym komentarzu? pliiiiz :) - obyś tylko mimo wszystko nie trafiła do takiej szkoły, jak Zoo :)
OdpowiedzUsuńDostałam alergii na szkolę, Boże spraw żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce iść do budy.
OdpowiedzUsuńMiłego tygodnia życzę. Magda