Była klasówka. Dziewczę probowało ściągać na wszelkie możliwe sposoby, łącznie z tym, że skonfiskowałam jej zeszyt, który chowała pod ławką. Dostała dwa ostrzeżenia, za trzecim razem oświadczyłam, że obniżę jej ocenę za sciąganie. No i się zaczęło... Stan Ani można w zasadzie określić jednym słowem - FURIA. Przestała kompletnie nad sobą panować. Pewnie jesteście spragnieni konkretów? A proszę...
- podarła sprawdzian
- zaczęła się wydzierać, obrażać mnie i wulgarnie komentować całą sytuację: "Jesteś popierdolona!", "Możesz sobie tą kartką podetrzeć dupę!", "Sram na to!"
- kiedy to nie poskutkowało (bo zachowałam spokój), przeszła do prowokowania mnie na wszystkie możliwe sposoby, robiąc uwagi, które w jej pojęciu mogły okazać się jak najbardziej przykre. Dowiedziałam się np. że jestem koszmarnie brzydka oraz że mam obwisłe cycki.
- ponieważ dalej nie udało jej się spowodować mojego wybuchu, Ania zaczęła obrażać mnie obscenicznymi gestami, a także ostentacyjnie pluć na podłogę
i tak dalej, i tak dalej... Po kilku minutach stało się dla mnie jasne, że Ania kompletnie nie panuje nad sobą, dlatego też starałam się reagować najoszczędniej, jak umiałam, świadoma, że każde moje słowo jeszcze bardziej ją nakręci. Choć, jak widać, brak reakcji też okazał się prowokujący. Moim celem było przede wszystkim spowodować, by skończyło się "tylko" na krzykach, wyzwiskach i prowokacjach. Widziałam, że ją nosi i w każdej chwili może wstać i zareagować agresją już nie tylko słowną. Nosiło ją bardzo wyraźnie.
Nie tylko ja zresztą patrzyłam na nią okrągłymi ze zdziwienia oczami. Inne dzieciaki siedziały spokojnie nad kartkami, starając się ignorować jej zachowanie. Żadnego śmiechu, uwag, nic. Nawet dla nich było jasne, że oto mamy do czynienia z kompletnym świrem.
Po lekcji poszłam do pedagog szkolnej, potem zadzwoniłam do kuratorki Ani, powiadomiłam wicedyrekcję, napisałam notatkę służbową. I co? I niestety pewnie nic... Kuratorka zasugerowała, żebym zgłosiła sprawę na policję, ale wiceszefowa mi odradziła, bo to w tym przypadku nic nie da - za mały kaliber, nic jej nie zrobią. Mam ją jutro przysłać na rozmowę do dyrekcji, która ją postraszy, czym tylko będzie mogła, ale wątpię, czy to coś da, bo Ania przerabiała już takie rozmowy. Zresztą, to poskutkowałoby może u normalnego, czyli zdrowego psychicznie dziecka. A Ania normalna nie jest.
Dziewczynka miała kiedyś robione badania psychiatryczne, ale podobno wyszły wtedy względnie dobrze. Na powtórkę nie chce zgodzić się matka, która - przypominam - generalnie dzieckiem się nie interesuje. Dopóki Ania nie jest pełnoletnia, nic jej nie możemy zrobić. Oczywiście, dopóki nie przegnie tak, że sprawa zrobi się naprawdę niebezpieczna.
Wiecie co? Na dzisiejszej lekcji wiedziałam, że nie jestem bezpieczna. Ani ja, ani koledzy i koleżanki Ani, ani ona sama. Mam nadzieję, że jeśli będzie miało dojść do nieszczęcia, to zdążę telefonicznie wezwać pomoc - albo że będę w stanie ją obezwładnić. Jestem w końcu większa i postawniejsza... Ta dziewczyna to chodząca bomba z opóźnionym zapłonem. Obłęd w oczach, kompletny brak hamulców.
Może czas zapisać się na jakiś kursik samoobrony?
z tym kursem samoobrony to nie jest glupie, powaznie sie nad tym zastanow. Cholera, w cos ty wlazla, dziewczyno?
OdpowiedzUsuń~~**
W niezłe guano, Robalku... Z perspektywy czasu, kiedy wiem, jak się historia potoczyła [Ania przestała w rezultacie tej historii w ogóle chodzić do szkoły i teraz za "niewypełnianie obowiązku szkolnego" naprawdę ją zamkną], to już ok, ale zdarzenie samo w sobie jest przerażające. Poczekaj, aż dojdziesz do postu o rzuceniu we mnie metalową śrubą...
OdpowiedzUsuń