Ale nie o tym ma być post. Policjant spisał protokół, a jakże - a przy okazji miałam okazję poznać jego punkt widzenia w kwestii różnych przykrych zachowań młodzieży. W skrócie można by to sprowadzić do stwierdzenia, że jednostki odmienne od reszty społeczeństwa zawsze były i będą gnębione i nie bardzo wiadomo, czyja to wina, bo tak po prostu jest i tyle, tacy są ludzie. "Dorośli są okrutni, to co się dziwić dzieciom" - stwierdził, a na moją uwagę, że owszem, bo przecież uczą się właśnie od dorosłych, tylko podniósł brwi ze zdziwienia. Użył dość interesującej metafory: oto mamy młodą kawkę, która uszkodziła sobie skrzydło i wypadła z gniazda. Znalazł ją człowiek, wyleczył, odkarmił, a potem wypuścił na wolność. Co się stanie z tym ptakiem, kiedy wróci do swoich? Ano inne kawki wyczują, że "coś z nią nie tak", nie będą chciały jej zaakceptować. Wyrzucą ją z gniazda, albo nawet zadziobią. Mój komentarz, że człowiek to jednak nie kawka, ponieważ posiada pewną wrażliwość i umie w sposób bardziej świadomy kierować swoim postępowaniem, chyba go nie przekonał. Opowiedział potem, że miał w podstawówce kolegę, typ "mózgowca" - w piątej klasie przerabiał z matematyki materiał klasy ósmej. Niestety, był przy tym "dupowaty", więc robili mu z innymi chłopcami z klasy "kawały". Nie wdawał się w szczegóły, ale "kawały" musiały być konkretnego kalibru, bo sprawa skończyła się sądem rodzinnym, a tamten został w końcu zabrany przez ojca i przeniesiony do innej szkoły. Policjant wtraził też zdziwienie, bo ten "mózgowiec" ostatecznie skończył jakieś kiepskie liceum, nie poszedł na studia, a teraz pracuje w hipermarkecie... Dodał też - choć wcale nie prosiłam go o ocenę całej sytuacji - że nie czuje się specjalnie winny, bo taka jest kolej rzeczy, chłopak był inny, to obrywał. Jeśli ktoś był winny, to jego ojciec (jak rozumiem dlatego, że wychował "dupowatego" syna), ewentualnie sam mózgowiec, bo sobie pozwalał na takie traktowanie. Stwierdził też, że gdyby jego dziecku coś takiego robili, to znalałby delikwenta, wpakował do bagażnika, wywiózł do lasu i go porządnie postraszył, żeby mu się odechciało. I już, trudno, takie życie, nic się na to nie poradzi.
Milczałam podczas jego opowieści, a kiedy wyraźnie widać było, że oczekuje na mój komentarz, powiedziałam tylko, że mam kompletnie inny punkt widzenia i że nie chcę się nad tym rozwodzić. Smutno mi tylko, tak całkiem obiektywnie, kiedy pomyślę o młodym, zdolnym chłopaku, który zamiast skończyć studia, pracuje na kasie w sklepie, bo coś go po drodze złamało...
Przeraził mnie ten brak autorefleksji. Ten mężczyzna - pomimo tego, że upłynęło wiele lat, zdążył dorosnąć, dojrzeć - nie widzi absolutnie związku między przemocą, której był sprawcą, a spieprzonym życiem jego kolegi. A jeśli już, to czyja to wina? Nikogo. Albo życia. Albo samego chłopaka. No bo mógł się postawić, nie?
Po kilku latach pracy w jednostkach oświatowych wiem jedno - nie ma czegoś takiego, jak "typowa ofiara". Przy odrobinie pecha, w niesprzyjających okolicznościach lub determinacji sprawców - KAŻDY może zostać zastraszony, zgnojony. Bez wyjątku. Tylko, że o wiele łatwiej jest obarczyć za taki stan samą ofiarę - bo często okazuje się, że sami mamy "coś za uszami", też komuś kiedyś "robiliśmy kawały", więc jak teraz mielibyśmy przyznać, że to było złe...? Wkurzają mnie komentarze typu "tak już jest, nic się na to nie poradzi". Gówno prawda. Jak się nie spróbuje, to się nie poradzi, jasne. Dlatego prawo powinno tak działać, by jednak można było coś zrobić.
Tak wiem, jestem pewnie zbyt wielką idealistką. Ale kurde, sama przez cały okres dorastania miałam status dziwadła. Na szczęście dzięki atmosferze w domu wiedziałam, że mam prawo czytać sobie na przerwach Shakespeare'a, a nie gadać o kosmetykach i ciuchach, więc jak ktoś się z tego powodu ze mnie nabijał, to wzruszałam ramionami. Byłam wręcz wydawałoby się podręcznikowym kandydatem na ofiarę - ale się nią nie stałam. BO MIAŁAM OPARCIE W DOROSŁYCH. Z kolei - nigdy nie sprawiało mi radości gnębienie innych osób, odmiennych ode mnie, słabszych. Nie potrzebowałam sobie w ten sposob podbudowywać ego. Dlaczego - skoro moja samoocena leżała i kwiczała? Ano dlatego, że DOROŚLI NAUCZYLI MNIE, że tak się nie robi.
Można? Można. "Się nie da" to bardzo wygodna wymówka. Da się, da. Tylko trzeba zacząć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz