Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 25 października 2010

Z lekturą wśród zwierząt

   Generalnie rzecz biorąc - młodzież książek nie czyta. Oczywiście nie chcę tu skrzywdzić wyjątków, które występują w przyrodzie (jak od prawie każdej reguły). Z moich obserwacji wynika, że na średnio 30-osobową klasę trafiają się 3-4 osoby, które nie dość, że zaglądają do lektur, to jeszcze czytają inne pozycje dla przyjemności. Sama miałam wychowanka (nieco niezrównoważonego psychicznie notabene), który programowe lekcje polskiego totalnie olewał, ale za to łapałam go na czytaniu dzieł Nietzschego pod ławką...
   Jaką widzę przyczynę tego zjawiska? Według mnie nie jest prawdą - a często spotykam takie zarzuty - że kanon lektur jest do bani i gdyby był ciekawszy, to młodzież by je czytała. A g...ucio prawda. W spisie można znaleźć sporo naprawdę ciekawych z punktu widzenia nastolatka książek (wiem, bo ja i moi rówieśnicy pożeraliśmy je za czasów licealnych, a starym pudłem jeszcze nie jestem!) - "Hobbit" i "Władca Pierścieni" Tolkiena, "Jeżycjada" Musierowicz, "My, dzieci z dworca Zoo" Christiane F, "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, "Inny świat" Grudzińskiego... I co? I to samo - czytają ci, którzy i tak czytają, a reszta ma w głębokim poważaniu...
   Czemu więc nie czytają? Bo to w dzisiejszych czasach "obciach". Bo czytają tylko kujony. Bo nie nauczono je w domu, że "się czyta" (tzn. nie mieli okazji zobaczyć ojca czy matki z książką). Bo trudnością dla nich jest przeczytanie czegoś dłuższego niż sms*. Bo z książką konkuruje tysiące wymagających mniejszego wysiłku intelektualnego rozrywek. Bo aby przeczytać kilkaset stron trzeba się skupić, a oni chcą wszystkiego JUŻ TERAZ ZARAZ...
   W związku z powyższym omówienie jakiejkolwiek lektury już w normalnej szkole jest nie lada wyzwaniem. A co dopiero w Zoo.

   A jak to wygląda w Zoo?
   Zadałam do przeczytania "Niemców" Kruczkowskiego. Dramat, kilkadziesiąt stron. Naprawdę niedługie, pisane współczesnym językiem. Tematyka ciekawa - wojna, studium psychologiczne różnych postaw ludzkich. Z ręką na sercu, nie jest to książka powodująca senność już na drugiej stronie.
   I CO Z TEGO?
   Oczywiście, nie przeczytał nikt, ale tego mniej więcej się spodziewałam - otwarcie mi oświadczyli, że "pani chyba z Marsa spadła, w tej szkole lektur się nie czyta". Jasne, że mogłabym w takim razie zrobić sprawdzian z treści i wstawić im lufy od góry do dołu, tylko po jakiego grzyba? Primo, musiałabym się potem z tego gęsto tłumaczyć (tak tak, JA, a nie oni...), secundo: chodzi mi o to, by oni cokolwiek z tej książki wiedzieli. Myślę sobie - no dobra małe dranie, przyniosę wam książki na lekcje, będziemy czytać po kawałki z podziałem na role, a potem omawiać na bieżąco. Wydawało mi się, że nic prostszego, w końcu w ten sposób podam im utwór na tacy.
   O jakże naiwna byłam... :)
   Na pierwszą lekcję z "Niemców" przyszły mi 3 osoby, na drugą 5, w tym tylko dwie z poprzedniego składu. Przypuszczam, że na następnej będzie podobnie. Jak w takim układzie mam nawiązać do już omówionej części sztuki, skoro co zajęcia mam inne dzieciaki? Każdą lekcję mam zaczynać jak w "Na dobre i na złe" czy innej "Modzie na sukces" od informacji, co było w poprzednim odcinku?
   Wiem z doświadczenia, że jeśli czytałabym sama utwór, to kompletnie by mnie nie słuchali, jedyną więc możliwością jest "porozdzielać role", byśmy musieli to czytać wspólnie. Pojawia się problem z wyznaczeniem chętnych - spora część tych dzieci ledwo czyta (a mają od 15 lat w górę!), a nie jestem na tyle okrutna, by wrabiać półanalfabetę w czytanie na głos... Dalej - co z tego, że zaczynamy czytać? Kompletnie nie umieją się skupić na dłużej, niż kilka minut. Efekt jest więc zwykle taki, że małpka czytająca rolę jednego z bohaterów uważa tylko wtedy, kiedy są jego kwestie - a przez resztę czasu śpi, pisze smsa, maluje po ławce lub dźga długopisem kolegę siedzącego obok. Nie ogarnia całej sceny, nie potrafi wyciągnąć żadnych wniosków, bo jak ma to zrobić, skoro wie jedynie, co się działo z "jej" postacią?
   Kiedy zatem po zmęczeniu fragmentu sztuki padają pytania: o czym rozmawiali bohaterowie? co działo się w tej scenie? - patrzą na mnie tak, jak gdybym im kazała co najmniej wyjaśnić, co to był aoryst w języku staro-cerkiewno-słowiańskim... W tym momencie Dragonka ostatkiem sił hamuje się przed krzyknięciem: "Przecież przed sekundą o tym czytaliśmy, barany! Gdybyście tyle nie jarali, to potrafilibyście się skupić!".
   Omówienie króciutkiej sceny, poskładanie wszystkiego, wyciągnięcie jakichkolwiek sensownych wniosków i zapisanie wszystkiego łopatologicznie na tablicy zajmuje podwójny polski, czyli 90 minut. A "Niemcy" - przypominam - są niewielką lekturą pisaną dość prostym językiem.
   Nawet nie chcę myśleć, co będzie przy fragmentach "Pana Tadeusza" czy innych "Krzyżakach"...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz