- To on jest z Pokolenia Kolumbów? I jeszcze żyje?!
Tjaaa...
O śmierci Tadeusza Różewicza przeczytałam w tramwaju wracając z egzaminów gimnazjalnych. Przyjęłam to jakoś spokojniej, niż odejście pani Wisławy. Nie wiem dlaczego, ale ona wydawała mi się jakaś taka ponadczasowa, wieczna - i pewnie stąd moją pierwszą jakże głęboką refleksją po śmierci noblistki było "O k*** mać...". Natomiast informacja, że umarł Różewicz, jakoś wpisała mi się w naturalny cykl świata. Doświadczony, mądry człowiek, bez którego trudno wyobrazić sobie powojenną poezję polską, dożył spokojnie sędziwego wieku i dziś zamknął oczy po raz ostatni. Tak się toczy świat.
Nie mam pojęcia, dlaczego śmierć Szymborskiej była dla mnie swego rodzaju szokiem, a Różewicza - smutną, ale całkiem zwyczajną wiadomością. A przecież jego wiersze także są dla mnie bardzo ważne i swojego czasu nieźle zryły mi beret. Może dlatego, że twórczość Różewicza naznaczona jest śmiercią, piętnem cierpienia, od którego w mojej ocenie nie uwolnił się przez całe życie? Chyba coś w tym jest. Moje pierwsze skojarzenia z wierszami pani Wisławy to ironia, paradoks, ale też smakowanie życia z nieustannym zdziwieniem, że świat wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Tymczasem kiedy myślę "Tadeusz Różewicz", w mózgu pojawiają mi się niepokojące obrazy wypełnione krzykiem, bólem, zniszczeniem. Jego wiersze mają dla mnie coś z rozmowy, jaką prowadzi się w gabinecie psychoterapeuty, aby oczyścić się z traumy. Być może dlatego jego odejście wydało mi się częścią naturalnego procesu - ponieważ on przez całe życie nie uwolnił się od tematu przemijania.
Nie będę dziś przypominać jego najbardziej "szkolnych", znanych każdemu licealiście liryków, takich jak "Ocalony" czy "Warkoczyk" - a założę się, że przeciętnemu Kowalskiemu twórczość Tadeusza Różewicza kojarzy się właśnie z tymi tytułami [o ile w ogóle jakkolwiek się kojarzy...]. Chcę natomiast zacytować wiersz, który lubię ze względu na subtelne ciepło, jakie się z niego przebija. Prosty, ludzki przekaz, bez zbędnych udziwnień i przerostu formy nad treścią. Taki nieśmiały humanizm w różewiczowskim wydaniu.
TADEUSZ RÓŻEWICZ
"LIST DO LUDOŻERCÓW"
Kochani ludożercy
nie patrzcie wilkiem
na człowieka
który pyta o wolne miejsce
w przedziale kolejowym
zrozumcie
inni ludzie też mają
dwie nogi i siedzenie
Kochani ludożercy
poczekajcie chwilę
nie depczcie słabszych
nie zgrzytajcie zębami
zrozumcie
ludzi jest dużo będzie jeszcze
więcej wiec posuńcie się trochę
ustąpcie
Kochani ludożercy
nie wykupujcie wszystkich
świec sznurowadeł i makaronu
Nie mówcie odwróceni tyłem:
ja mnie mój moje
mój żołądek mój włos
mój odcisk moje spodnie
moja żona moje dzieci
moje zdanie
Kochani ludożercy
nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę
a mi się zrobiło zwyczajnie smutno, jak po odejściu kogoś znajomego, ale cieszę się, że miałam okazję kilka razy Go spotkać, takie wspomnienia to moje skarby. Niech mu tam dobrze będzie. A wiersz ten tysz lubię :)
OdpowiedzUsuńMnie też się zrobiło smutno, tylko jakoś tak "zwyczajnie" smutno - a pamiętam, że kiedy umarła Szymborska, to ta wiadomość była jak rąbnięcie kijem od bejsbola.A tej akcji z szampanem Ci bardzo zazdroszczę. Tylko ja bym napradę po niego poleciała :)
UsuńRózewicz wbrew pozorom stal sie wazny w pewnym momencie mojego zycia. To dzieki niemu udalo mi sie napisac egzamin maturalny na bdb :) A bylo to jednak juz baaaardzo dawno... Ale wciaz mi pozostal sentyment do Niego.
OdpowiedzUsuńOdszedl czlowiek. A moze sie po prostu nareszcie uwolnil?
Chwała Różewiczowi za Twoją maturę :) Choć znając Ciebie to z innym tematem też byś sobie świetnie poradził.
Usuń