Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 21 sierpnia 2015

O "instynkcie macierzyńskim"

    Do napisania dzisiejszego posta zainspirował mnie wpis Królowej Matki [tej od Bandy Czworga]. Zaglądam na jej bloga dość regularnie, bo ma styl pisania, który dobrze mi się czyta: kpiąco-ironiczno-dowcipny, a przy tym jej przemyślenia są inteligentne, oryginalne i na ogół ciekawe [inna sprawa, że jako matka czterech chłopaków to Królowa ma o czym pisać, oj ma... :)]. Rzecz jasna zdarza mi się kompletnie z nią nie zgadzać - raz nawet się lekko ścięłyśmy w komentarzach pod jednym z postów - ale przecież nie o to chodzi, by czytać tylko przemyślenia ludzi o poglądach identycznych, jak moje. No i właśnie całkiem niedawno Królowa Matka opublikowała wpis o sporo mówiącym tytule Anty-doradczo. Zachęcam oczywiście do przeczytania, natomiast w telegraficznym skrócie naświetlę, jaki jest jego główny temat, ponieważ moja polemika ze stanowiskiem autorki jest punktem wyjścia dzisiejszego wpisu.
    Otóż upraszczając Królowa Matka jest zdania, że w kwestii opieki nad dzieckiem oraz jego wychowania kobieta najlepiej zrobi, jeśli zda się na swój własny instynkt. Przywołuje tutaj radę położnej z Oddziału Neonatologicznego, która w ten sposób odparła świeżoupieczonym matkom na pytania o pielęgnację noworodka: "Niech panie robią, co czują. Matka nigdy nie zrobi swojemu dziecku krzywdy. Jeśli nie chce, oczywiście." Dalej autorka dowodzi na przykładzie swojej własnej rodziny, że wszelkie doradzanie w tej materii jest o kant d*** rozbić, bo i tak każde dziecko jest inne, więc fakt, że coś zadziałało - albo i nie :) - to czysta loteria, a nie prawidłowość. Dostaje się więc tutaj ostro wszelkim "doradzaczom", spieszącym pouczać młode mamy, jak mają zadbać o swoje dzieci. A wszystko to w zwyczajowym dla Królowej Matki ironiczno-kpiącym stylu.

    Czytając wspomniany wpis Dragonka przypomniała sobie, jak wstała ze szpitalnego łóżka 2 sierpnia, czyli niespełna pół doby po przyjściu na świat Myszy. Jak podniosła się chwiejnych nogach po znieczuleniu w rdzeń kręgowy, z rwącą od bólu raną na podbrzuszu i z mięśniami kręgosłupa dającymi czadu tak, jak by ktoś w nie przyładował z całej mocy z glana na koncercie metalowym. Z jakim trudem przesuwała stopy trzymając się parapetu, a potem ścian, by zrobić jeszcze jeden krok, a potem następny i następny... Robiła to wszystko w głowie mając jedną myśl: MUSZĘ jak najszybciej dojść do siebie, żeby NAUCZYĆ SIĘ, jak mam się zająć Myszą. No właśnie... Trzeba Ci bowiem wiedzieć, Drogi Czytelniku, że do momentu urodzenia się małej moje doświadczenie w kontaktach z niemowlętami było dokładnie zerowe. No tak się jakoś złożyło i już. Małe dziecko do tej pory miałam na rękach dosłownie dwa razy - raz, kiedy trzymałam do chrztu [jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w moim kontekście, ale to osobna historia :)] mojego starszego bratanka, a dwa, kiedy z tymże samym dzieckiem pozowałam do rodzinnej fotografii. W obu przypadkach niemowlę po prostu włożono mi na ręce, bacznie sprawdzając, czy nie mam go aby przypadkiem jak upuścić, a potem zaraz zabrano. Tyle, koniec, finito. Aż tu nagle sama zostałam matką, od której oczekuje się, że będzie wiedziała, jak ma dziecku zmienić pieluchę, jak nakarmić, jak ponosić do beknięcia, jak uspokoić, gdy płacze, jak położyć na brzuszku [dobre na stawy biodrowe!], jak przebrać, jak wykąpać... A skąd niby matka ma to wszystko wiedzieć i umieć zrobić? No jak to skąd, przecież istnieje coś takiego, jak magiczny instynkt macierzyński. Innymi słowy, kobieta po urodzeniu dziecka tych umiejętności nabiera w jakiś przedziwny czarodziejski sposób i już.
    No cóż... Może i są takie kobiety - nie wiem, nie jestem przecież każdą istotą żeńską na świecie. W moim przypadku to się nic a nic nie sprawdziło. Żadna tajemna matczyna mądrość na mnie nie spłynęła, więc stałam bezradna koło "mydelniczki" Myszy zachodząc w głowę, jak jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. I wcale nie pocieszyłaby mnie rada tamtej położnej, że powinnam robić, co czuję, bo jako matka nie zrobię małej krzywdy. A guzik prawda. Pielęgnacja niemowlęcia to CZYNNOŚCI MANUALNE jak każde inne, a zatem nie są darem nie wiadomo skąd, tylko muszą być jakoś przekazane, zademonstrowane. W przeciwnym razie będą wykonane źle i będzie to miało swoje konsekwencje.
    Jeśli nie podtrzymam noworodkowi bezwładnej głowy, to ryzykuję uszkodzeniem szyi.
    Jeśli nie chwycę pewnie drugą ręką za zadek, to mogę dziecko upuścić.
    Jeśli przy przewijaniu źle podniosę tyłek i będę łączyła nogi, to uszkodzę stawy biodrowe.
    Jeśli ktoś nie pokaże mi, jak prawidłowo wyczyścić zadek, nasmarować kremem i założyć pampersa, to dziecko będzie miało odparzoną, czerwoną pupę i będzie płakało.
    Jeśli nie zobaczę, jak szybko i sprawnie ubrać bezwładne niemowlę [pamiętając o nieszczęsnej głowie!], to zmiana głupiego bodziaka zajmie z 15 minut i skończy się rykiem dziecka na cały oddział, a także moją frustracją. 
    Jeśli ktoś nie doradzi mi, jak odpowiednio ubrać dziecko, to je albo przegrzeję, albo wychłodzę.
    Jeśli nie dowiem się, w jaki sposób przemywać solą fizjologiczną zaropiałe oczko, to ryzykuję, że infekcja przeniesie się i na drugie zdrowe. 
    I tak dalej, i tak dalej...

    Tzw. instynkt nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli jestem w jakimś temacie kompletnie zielona, to oczekiwanie, że nagle mnie cudownie olśni, jest nieporozumieniem. KAŻDA czynność wykonywana przy Myszy i KAŻDA jej reakcja była dla mnie nowością. Pamiętam, jak drugiego czy trzeciego dnia w szpitalu przywieźli mi ją po podaniu antybiotyku leżącą na brzuszku. A mnie ręce opadły z bezradności... bo do tej pory nauczyłam się ją podnosić TYLKO z pozycji leżącej na plecach! Jak mam zatem ułożyć ręce? Za co trzymać? Jak przewrócić? Skończyło się oczywiście zawołaniem położnej, która na całe szczęście nie kazała zdać się na to, co czuję, tylko sprawnie POKAZAŁA mi, co i jak. I przez pierwsze dni życia mojej córki tak było za każdym razem, kiedy chciałam coś przy niej zrobić, bo każdą czynność wykonywałam po raz pierwszy w życiu. Na szczęście położne w ogromnej większości [poza jednym, jedynym wyjątkiem przez 8 dni] były cierpliwe, spokojne, rzeczowe i wcale nie dawały odczuć młodej, ekstremalnie niedoświadczonej matce, że przecież to wszystko łatwizna, więc skąd ta panika, nie przychodź babo z byle pierdołą, tylko sobie radź, jak czujesz. Tłumaczyły, pokazywały, nie okazywały irytacji - a ja dzięki temu wiedziałam, że jesteśmy bezpieczne i pod dobrą opieką. A łatwo i tak mi nie było, bo pierwsze dni po porodzie to taka huśtawka nastrojów spowodowana hormonami, że nie da się tego opisać. Kto nie przeżył, ten nie zrozumie. Człowiek płacze o byle co i sam ze sobą nie może wytrzymać. Gdyby mi do tego zafundowano jeszcze podejście "a radź sobie sama", to chyba wyskoczyłabym oknem z oddziału. 

    Myślę, że na podejście pod tytułem "rób, co czujesz" rzeczywiście może sobie pozwolić doświadczona matka czworga dzieci, ale na pewno nie kobieta, która urodziła po raz pierwszy, a niemowlęta do tej pory oglądała głównie na ekranie telewizora. Ogromnie się cieszę, że w szpitalu miałam się do kogo zwrócić po pomoc, a oprócz tego w ciągu dnia była ze mną Seniorka, która co prawda zarzekała się, że przez 30 lat zdążyła wszystko zapomnieć, jeśli chodzi o obsługę noworodka, ale oczywiście tak nie było :) To wspaniale, kiedy można skorzystać z czyjegoś doświadczenia, a nie dochodzić do wszystkiego samemu ryzykując, że popełni się błąd. Nie mam zamiaru eksperymentować na własnym dziecku, które jest słabe, bezbronne i w 100% zależne ode mnie. 
    I powiem więcej: w przyszłości też będę chętnie zasięgała rad bardziej doświadczonych ode mnie osób. Jest moja mama, moja bratowa, inne mamy z bliższej i dalszej rodziny, są położne, są wreszcie różne poradniki, książki. Nie znaczy to, że z każdej rady muszę niewolniczo skorzystać, ale zawsze mogę ją wziąć pod uwagę, przemyśleć, zmodyfikować. Jasne, że dzieci są różne i to, co zadziałało u jednego, może się okazać nieskuteczne przy innym. Tyle to ja wiem chociażby po pracy w Zoo :) To jednak nie powód, by całkowicie odrzucać doświadczenie osób, które "już to przerabiały". Gdyby człowiek nie uczył się na cudzych błędach i nie przekazywał innym swojej wiedzy, to świat w ogóle nie ruszyłby z miejsca. 
    Nie mam instynktu macierzyńskiego. Mam za to uczucia i jestem niegłupia. To musi wystarczyć :)
      

7 komentarzy:

  1. A moze Ty sprawdz czy Tatus nie ma lepiej rozwinietego instynktu? A nuz widelec spudlowalo i trafilo akurat w niego? A tak na powaznie, to przy czwartym dziecku tez bys juz nie miala problemow, a teraz sie nie przejmuj. Internety wiedza wszystko to Ci podpowiedza. Czy skorzystasz czy nie, to juz Twoja wolna wola. W kwestii oczka, to ona ma to chyba po Mamusi jak ''widze'' :D Bedzie dobrze. Kto pyta nie bladzi. Kto nie pyta ten glupi. A Ty podobno nieglupia jestes. I tego sie bedziemy trzymac. Powodzenia Mamuska!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tatuś ma instynkt tacierzyński jak cholera :) Jak jest w domu, to nic mi nie daje przy Myszy zrobić. I sam mówi, że gdybym miała np. świetną pracę, za którą mogłabym utrzymać dom, to on z radością zostałby w domu i zajmował się małą cały czas.
    Właśnie o to mi chodziło - jak ktoś ma czworo dzieci, to sobie może robić, co czuje. Ja póki co jestem jeszcze lekko bezradna, choć oczywiście nie aż tak już, jak na początku. Co do oczka,mojego, to nie kojarzę... Aloisa powinnam pozdrowić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aloisa zostaw przy mojej tesciowej. O ile pamietam, to ty masz jakies tam problemy z oczkiem nie? Nie zeby zaraz ''o jednym oku, byle w tym roku'', ale gdzies mi tam te dzwony w jakims kosciele bija :)

      Usuń
    2. Aaa, erozja rogówki :) Widzisz, jest tak ładnie zaleczona, że nawet o niej nie pamiętam. Ostatni nawrót był w listopadzie 2014.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimie, nim odpowiem na Twój wpis - a zrobię to naprawdę bardzo chętnie, bo lubię polemiki z Czytelnikami - chcę prosić, byś się podpisał/-a, zgodnie z zasadami bloga, o których jest mowa z boku strony. W przeciwnym razie będę musiała skasować Twoją wypowiedź.

      Usuń
    2. Odpowiedź została usunięta nie ze względu na treść, lecz dlatego, że autor się nie podpisał. Czekałam na to 4 dni.
      Bardzo proszę wszystkich Czytelników o podpisywanie się pod postami. Bardzo chętnie podyskutuję, ale muszę wiedzieć, z kim.

      Usuń