Jest w 1B - czyli klasie Smrodka i jednocześnie tej, której wychowawczynią jest świetna historyczka Marzena - chłopak, nazwijmy go Radek. Typ cichego dziecka, które ma przedziwną zdolność wtapiania się w otoczenie i niknięcia w gronie kolegów, pomimo swojego całkiem słusznego wzrostu. Spokojny, cichy, posłuszny.
Radek ma niestety bardzo duże problemy z nauką wynikające z faktu, że jest praktycznie analfabetą. Tzn. pisać jako-tako umie [choć bardzo niestarannie, wygląda to mniej więcej tak, jak wprawki pierwszoklasisty...], ale z czytaniem to już prawdziwa tragedia. Raz jeden kazałam mu coś przeczytać na głos [czytaliśmy wspólnie tekst z podręcznika i po prostu przyszła jego kolej] - cóż, więcej tego nie zrobię, by go nie ośmieszać. No a skoro nie radzi sobie z tą podstawową szkolną umiejętnością, to pociąga za sobą kłopoty z wszystkimi innymi przedmiotami. Do tego chłopak koło listopada zaczął opuszczać lekcje [dlaczego - to stanie się jasne po lekturze całości posta] i w rezultacie nałapał tyle nieobecności, że skończyło się kilkoma enkaelami, w tym również z języka polskiego.
Ponieważ w takich przypadkach zwykle nic się nie dzieje bez przyczyny, tak i tym razem jego problemy szkolne stają się oczywiste, jeśli poznamy sytuację domową Radka. A ma on, mówiąc wprost, przerąbane. Można to streścić w dwóch słowach: alkohol i przemoc. Pije ojciec,a do tego znęca się fizycznie nad rodziną przy biernej postawie matki. Ot, smutny standard. Ja z tatusiem nie miałam wątpliwej przyjemności [w końcu jestem tylko polonistką Radka, a facetowi nie przyszło na szczęście do głowy, by przyjść do mnie na rozmowę w trakcie którejś wywiadówki], ale po pierwszym zebraniu wyczerpującą relację zdała mi Marzenka. Otóż stawił się gość o wyglądzie typowego menela - Marzena stwierdziła, że nie wiedziała, gdzie oczy podziać ze wstydu - a jego reakcją na wiadomość o kiepskich ocenach syna było: "Już ja mu w domu tak wpierdolę, że przez miesiąc na dupie nie siądzie!". Biedną historyczkę najpierw zatkało, a potem usiłowała go utemperować informując, że bicie dzieci jest w Polsce niezgodne z prawem i należałoby raczej z Radkiem porozmawiać, a także przypilnować, by regularnie chodził do szkoły. Sama jednak wiedziała, że równie dobrze mogłaby opowiadać ślepemu o kolorach... Kolejnym razem tatuś przyszedł na spotkanie z wychowawczynią pijany, więc mu się Marzenka kazała wynosić - i bardzo słusznie.
Nie wiem, jak w innych szkołach, ale w naszej takich rzeczy bez reakcji się nie zostawia. Marzena poleciała z zeznaniami do Pedagożycy, a ta jest doświadczona w podobnych sprawach i umie uruchomić pewne trybiki w machinie sądowniczo-opiekuńczej. Dla niezorientowanych: szkoła w takich przypadkach może [co ja gadam, może - POWINNA!] wystosować do sądu pismo, w którym zrelacjonuje swoje podejrzenia w kwestii stosowania przemocy wobec "małoletniego" i wnioskuje o rozpoznanie jego sytuacji rodzinnej. Trzeba to rzecz jasna zrobić odpowiednim językiem, pełnym właściwych formułek, ale jednocześnie na tyle drastycznym, by urzędowi chciało się jak najszybciej ruszyć tyłek. A to akurat Pedagożyca świetnie potrafi. Trochę to co prawda trwało, a w międzyczasie Radek przestał chodzić do szkoły, więc nie miałyśmy świeżych informacji, jak się sprawy u niego mają.
W styczniu, z okazji podsumowującej semestr wywiadówki, pojawiają się u nas nie tylko rodzice, ale również opiekunowie prawni - w tym wychowawcy z tych domów dziecka i innych placówek opiekuńczych, którzy mają w Zoo swoich podopiecznych. Pojawiła się też tradycyjnie pani z Domu Dziecka prowadzonego przez zakonników, z którym współpracujemy od lat. Zaczęła wypytywać o wychowawcę 1B i okazało się, że dzień wcześniej pod ich skrzydła trafił nie kto inny, tylko Radek. Natomiast okoliczności, w jakich się to zdarzyło sprawiły, że szczęki nam opadły - a wiem, co mówię, bo byłam przy tej rozmowie w pokoju nauczycielskim. Otóż odbyła się rozprawa w sądzie rodzinnym, podczas której chłopak rozpłakał się i stwierdził, że on do domu nie wróci i koniec. Błagał sędzinę, żeby go od razu, z miejsca zabrali obojętnie gdzie, tam, gdzie tylko jest miejsce. Sędzina na szczęście była człowiekiem, wykonała kilka telefonów by ustalić, gdzie biedaka mogą przyjąć "na już" - i tak wylądował w naszym zaprzyjaźnionym zakonnym Domu Dziecka. Rzeczywiście, pojechał tak, jak stał - nawet szczoteczkę do zębów i piżamę dostał na miejscu.
Po feriach Radek pojawił się w szkole, a jakże. I wiecie co? Aż przyjemnie na niego spojrzeć. Jeśli ktoś znał go wcześniej, to od razu zauważy różnicę, nawet po samej twarzy. Widać, że chłopak jest wyspany, spokojniejszy, mniej spięty, nareszcie się uśmiecha. Marzenka oczywiście wzięła go na rozmowę podczas przerwy i szczegółowo wypytała - a jak mu tam jest, a czy ma wygodne łóżko, a czy inni chłopcy mu nie dokuczają, a czy dobrze go tam karmią, a co jadł na śniadanie itd. Może się to wydawać zabawne, przepytywanie w ten sposób starego konia wyższego od siebie o głowę, ale myślę, że Radkowi raczej się miło zrobiło. Na odmianę jakiś dorosły się nim interesuje, zamiast go lać. A na szczęście wszystko wskazuje na to, że chłopak będzie mógł zostać w tym Domu Dziecka przynajmniej do osiągnięcia pełnoletności.
Jako pointę podzielę się jedną refleksją. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się w głowie nie mieści, jaki koszmar miał Radek w domu rodzinnym. Wiem z doświadczenia, że na ogół dzieciaki bronią swoich matek i ojców tak długo, jak się da, zaprzeczają faktom, usprawiedliwiają ich i nie dają na nich powiedzieć złego słowa bez względu na to, jakimi kanaliami by nie byli. W taki razie jak potworne piekło musiał przeżyć ten uczeń, skoro pękł - i to przy obcej osobie, będącej w dodatku urzędnikiem państwowym? Możecie sobie wyobrazić rosłego 16-latka, który płacze jak dziecko w sądzie i błaga, by nie kazali mu wracać do domu? Bo ja szczerze mówiąc nie potrafię...
Takie rzeczy nie mieszczą mi się w głowie. Pomimo, że pracuję w ośrodku pomocy społecznej i sam już niejedno widziałem, wciąż nie potrafię zrozumieć skąd w ludziach biorą się pewne zachowania, jak bestialska przemoc czy brak ludzkich uczuć w stosunku do własnych dzieci.
OdpowiedzUsuńJa w Zoo pracuję trzeci rok i też mi się to w głowie nie mieści. Ale myślę, że to dobrze - gdyby się mieściło, to znaczyłoby, że zobojętniałam. A nie chcę.
Usuń