Zgodnie z obietnicą - część druga smoczego wykładu o tematyce wychowawczej. Nim jednak do niego przejdę, chciałam podkreślić z całą mocą jedną kwestię. Otóż zarówno w poprzednim poście, jak w obecnym, jak i również w kolejnych z tej serii, przedstawiam swoje poglądy na temat wychowywania dzieci i młodzieży. Tylko tyle, lub aż tyle, jak kto woli. Prezentuję Wam mój punkt widzenia, podaję argumenty i zapraszam do wymiany poglądów w komentarzach. Nie mam ambicji nawracania nikogo siłą na moją modłę, bo każdy ma swój rozum, jest odpowiedzialny za siebie i za swoje dzieci, więc niech robi co chce, dopóki nie przekracza granic prawa. Bardzo chętnie podyskutuję z osobami, które mają odmienne poglądy od moich - ale na gruncie merytorycznym, przy zachowaniu szacunku dla drugiej strony. Jeśli rozmówca a priori przyjmuje wobec mnie postawę "rodzica" - nie zna się gówniara, co ona tam może wiedzieć, wariatka jakaś - i w związku z tym traktuje mnie protekcjonalnie, ironizuje, a na końcu obraża, to niech się nie spodziewa, że spuszczę uszy po sobie, bo to nie leży w smoczej naturze :)
W skrócie mogę to ująć tak:
1. Dragonka prezentuje na SWOIM blogu SWÓJ punkt widzenia poparty argumentami.
2. Dragonka chętnie podyskutuje, natomiast nie jest zainteresowana kłótnią, wbijaniem szpil i wymianą uszczypliwości.
Tyle w ramach dygresji.
Temat, który dziś poruszę, w zasadzie miał się pojawić nieco później, ale został wywołany przez komentarz Andrzeja pod poprzednim wpisem. Chodzi mianowicie o kwestię karania. Będzie to poniekąd dotyczyło również kwestii bicia, ale nie wyłącznie.
Życie w społeczeństwie opiera się na rozmaitych zasadach - zauważcie, że także jako osoby dorosłe musimy robić pewne rzeczy [lub nie robić] pod groźbą określonych kar. Jestem więc przekonana, że człowieka nie da się wychować bez "negatywnych bodźców", czyli kar właśnie. Ten pogląd podzielają także i zwolennicy bicia dzieci, jednak w tym momencie moje drogi z nimi się rozchodzą. Uważam bowiem, że zastosowanie kary cielesnej jest drogą na skróty i służy tylko osiągnięciu szybkiego rezultatu, natomiast perspektywicznie nie przynosi zbyt wiele dobrego, nie mówiąc o tym, że jest mało skuteczne. Bicie bowiem owszem, pokazuje, że danej rzeczy nie wolno robić, ale nie pokazuje w żaden sposób, DLACZEGO nie wolno. A już najgorzej, jeśli karze cielesnej nie towarzyszy potem żadna rozmowa czy pokazanie pozytywnego przykładu postępowania. Wtedy przekaz dla dziecka jest prosty: przemoc jest ostatecznym argumentem, kiedy nie mamy żadnego innego. Nie słucham mamy dlatego, że jest mądra, tylko dlatego, że jest SILNIEJSZA. A czy o to rodzicowi tak naprawdę chodzi?
Kara, aby była skuteczna, powinna powinna spełniać dwa założenia:
1) Musi być adekwatna do popełnionego czynu. Nie może być zatem ani zbyt surowa, ani zbyt łagodna. Jeśli jest zbyt surowa, to staje się zemstą i wywołuje poczucie buntu. Dziecko po takiej karze nie przemyśli swojego postępowania, tylko utwierdzi się w przekonaniu, że zostało niezrozumiane i niesprawiedliwie potraktowane. Następnym razem więc co najwyżej włoży więcej energii i pomysłowości w to, by nie dać się przyłapać.
Jeśli natomiast kara jest zbyt łagodna, to rzecz jasna dziecko nie potraktuje jej poważnie. Kiedy więc przyjdzie mu ochota znów zrobić "to coś zakazanego", to po prostu to zrobi i wliczy ewentualną karę w koszty.
2) Musi być związana z tym, czego dotyczy. Nie zawsze jest to pewnie możliwe, ale jeśli sytuacja na to pozwala, to taka kara uczy najwięcej. Jest bowiem konsekwencją, a nie od dziś wiadomo, że człowiek najlepiej uczy się na błędach. Tutaj chyba najlepiej będzie, jeśli wyjaśnię o co mi chodzi na konkretnych przykładach.
- Rodzic na wywiadówce dowiaduje się, że dziecko chodziło na wagary. Najlepszą karą w tej sytuacji będzie pozwolenie, by poniosło konsekwencje, czyli nie usprawiedliwianie mu tych nieobecności. Niech ma przerąbane u wychowawcy, niech ma obniżone zachowanie, odebrane przywileje czy co tam jeszcze regulamin szkoły przewiduje. Trudno. Tak zadecydowało, to tak ma.
Tymczasem ja - jako wychowawca - bardzo często obserwuję reakcje rodziców, po których skrzydła mi opadają. Mamusia w domu owszem, dostaje szału, spierze delikwenta, zrobi mu szlaban na komputer... a potem grzecznie pisze usprawiedliwienie! I gdzie tu sens?
- Przychodzi sąsiad na skargę, że dziecko podczas zabawy wybiło mu piłką szybę. Jaki sens ma w tym momencie spuszczenie smarkaczowi lania? Niech poniesie konsekwencje i tę szybę odkupi. Jeśli nie ma własnych pieniędzy, to są inne sposoby. Miało dostać w prezencie super adidasy albo nową grę komputerową? No to będzie biegać w starych a z gry nici, bo pieniądze zostaną wydane na pokrycie kosztów szyby.
- Przykład z mojego własnego dzieciństwa: jako kilkuletnie smoczątko dorwałam się do flamastrów i wysmarowałam nimi drzwi do łazienki, w dodatku potem chciałam zwalić winę na starszego brata. Nie było bicia, nie było krzyków. Było wiadro z wodą, płyn do czyszczenia i szorstka gąbka. Pomazałaś, to szoruj, aż będą czyste... Zapewniam Was, wymycie uwalanych flamastrem drzwi do łazienki przez dziewczynkę w wieku przedszkolnym zajęło sporo czasu, kosztowało dużo wysiłku i nauczyło ją, że od rysowania są kartki w zeszycie.
Na zakończenie niniejszych dywagacji mam malutki bonus, który pewnie rozbawi tych z Was, którzy mimo wszystko popierają stosowanie kar cielesnych. Do takich osób należy również i Hipopotam, więc czasem sobie na ten temat dyskutujemy, a ostatnio rzecz jasna częściej, skoro produkuję się w tej kwestii na blogu. Przedstawiłam mu ostatnio mój wywód dotyczący tego, że idealna kara powinna wiązać się z czynem, za który jest przewidziana - a Błotny Ssak wymyślił mi przykład przewinienia, za które zgodnie z moim założeniem należałoby ukarać właśnie laniem. Wyobraźcie sobie sytuację, w której na podwórku wasze dziecko sprałoby kogoś słabszego od siebie. W takim wypadku rodzic, jako silniejszy, też mógłby je zbić, żeby mu pokazać, co to znaczyło dla tamtego pokrzywdzonego.
Muszę przyznać, że tu niechętnie przyznałam mu rację - aczkolwiek z pewnymi wątpliwościami. Dalej bowiem nie wyobrażam sobie SIEBIE SAMEJ w roli rodzica, który na spokojnie przekłada dziecko przez kolano i spuszcza mu manto. A poza tym tu nie Babilon, a rodzic to nie Hammurabi. Co, jeśli smarkacz złamał mu rękę...?
"A co jeśli złamie mu rękę... ' - porażka wychowawcza? Skąd u dziecka takie zachowania, jeśli w domu nie posiada takich wzorców?
OdpowiedzUsuńWzorce to nie tylko dom, niestety, a dziecka nie wychowują tylko rodzice. Poza tym mógł ją złamać przypadkiem, chciał uderzyć, ale nie chciał złamać ręki. Popchnął i tak jakoś wyszło.
UsuńTo ja się już zgłaszam, żeby się nie zgodzić! :-) Dzieci (jeżeli mówimy o osobnikach w wieku do lat nastu) nie są w stanie ponosić konsekwencji swoich czynów, bo często ich nie rozumieją. Dlatego powinny dostać po łapach, jak wsadzają palec w ogień, a nie ponosić konsekwencje i chodzić z poparzonymi łapkami. Idee wychowawcze, które tu prezentujesz sprawdzają się dobrze dopiero wśród nastolatków i to pod warunkiem, że wcześniej odebrały należyte wychowanie.
OdpowiedzUsuńPoza tym rolą rodzica jest właśnie zapobieganie konsekwencjom głupich czynów dzieci. Bo do kogo innego ma się zwrócić dziecko, gdy zrozumie, że popełniło błąd i nie umie go samo naprawić? Więc jak już dzieciątko wsadzi łapki do ognia, to czy nie należałoby mu wlać i łapki zabandażować, niż z premedytacją powiedzieć: "Teraz ponoś konsekwencje swojego czynu"?
Wiem, że moje przykłady są przerysowane, ale zawsze lubiłem przesadę. :-)
To ja już spieszę z odpowiedzią :)
UsuńNapisałam, że nie zawsze pozwolenie na ponoszenie konsekwencji jest możliwe - i zgodzę się, że w przypadku pchania łapek w ogień właśnie nie jest. Nie zgodzę się natomiast z tym, że małe dziecko w ogóle nie jest w stanie pojąć konsekwencji. Opisana moja własna akcja z flamastrami jest tego najlepszym przykładem. Bardzo jasny przekaz - pomazałaś, to szoruj. To zrozumie nawet kilkulatek.
Nie mogę się też zgodzić - a przynajmniej nie w 100% - z tym, że rolą rodzica jest zapobieganie konsekwencjom. Wg mnie rolą jest co najwyżej zapobieganie ZBYT POWAŻNYM konsekwencjom, tzn. takim, które mogłyby rzeczywiście zagrażać życiu/zdrowiu/przyszłości dziecka. To jednak najlepiej omawiać na konkretnych przykładach - podany przez Ciebie dotyczył kwestii życia lub zdrowia, więc zgadzam się z tym, że tutaj konsekwencje byłyby zbyt poważne.
Uważam, że są sytuacje, w których dziecko trzeba chronić - ale są takie, w których właśnie powinno ponieść konsekwencje [podałam trzy przykłady w poście]. Życie dorosłe polega na ponoszeniu konsekwencji, a przecież proces wychowania ma do dorosłości przygotować, bo mama nie będzie cały czas stać z boku i spieszyć z pomocą.
Wtrace sie tutaj, moze nie w kwestii kary, ale w kwestii ponoszenia konsekwencji. Moj starszy brat, bedac ok. 2 letnim brzdacem, moze mlodszym, strasznie wyciagal lapki do zarowki. Kiedy tato trzymal go na rekach, ten wrecz dostawal spazmow i histerii, zeby jej dotknac (zwlaszcza jak byla wlaczona).
UsuńOjciec mu pozwolil dotknac owej zarowki. Skonczylo sie placzem i lekkimi poparzeniami. Skonczyly sie takze spazmy i histeria.
Chciałabym odpowiedzieć Andrzejowi.
UsuńUważam, że dziecko ma prawo do bolesnych doświadczeń - jeśli ich potrzebuje. Może wsadzić w ogień - nie łapę, ale palec. Oparzyć się. Cierpieć. Po takim doświadczeniu drugiego razu nie będzie. Czy biciem osiągnie się taki poziom zrozumienia? Wątpię.
Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: Zima. Tata pali węglem w piecu kaflowym. Drzwiczki wewnętrzne są rozżarzone do czerwoności. Ja (wiek wczesnoprzedszkolny) chcę ich dotknąć. Tata ostrzega: "nie dotykaj, oparzysz się i będzie cię bardzo bolało". Ja mu nie wierzę, idę do tych drzwiczek z wyciągniętą dłonią. Tata mnie nie goni, tylko mówi: "Jeśli musisz ich dotknąć, dotknij tylko jednym palcem, nie całą dłonią. Będzie Cię mniej bolało". Zawahałam się i zwinęłam dłoń. Dotknęłam opuszkiem palca. Tata oderwał mi palec od drzwiczek i wsadził do słoika z wodą. Nie musiał mówić "A nie mówiłem". Zapamiętałam lekcję na całe życie.
Moim dzieciom, gdy były w przedszkolnym wieku opowiedziałam tę historię i zakończyłam: jeśli musicie - dotknijcie rozżarzonych drzwiczek jednym palcem. Poczujecie ból, jaki ja czułam. Żadne nie dotknęło. Nigdy.
My - rodzice - nie jesteśmy konsekwentni, nie tłumaczymy świata i nie pozwalamy ponosić dzieciom konsekwencji ich zachowań bo to zajmuje więcej czasu niż walnięcie w tyłek. Niestety.
Pozdrawiam, szczególnie Dragonellę
Katarzyna bez Bloga
(wdzięczna za dostęp do tego)
Katarzyno, dziękuję za ten komentarz. Ujęłaś to, o co mi cały czas chodzi, tylko innymi słowami.
UsuńCały czas myślę nad tym, czy rzeczywiście małe dziecko nie jest w stanie pojąć konsekwencji - i przypomniała mi się sytuacja z wakacji dotycząca mojego 4-letniego bratanka. Byliśmy wszyscy u Seniorki na wsi, ja byłam czymś zajęta przed domem, chłopczyk czymś się bawił. W pewnym momencie przybiegł do mnie kategorycznie domagając się, żebym z nim poszła, bo coś chciał mi pokazać, teraz-zaraz-juuuuuż. Pewnie bym i poszła - nie byłam aż tak zajęta, żeby nie móc tego na moment odłożyć - ale malec zwrócił się do mnie bardzo natarczywie, z żądaniem, a nie prośbą, a kiedy spokojnie odmówiłam podając powód, to bardzo się zdenerwował i był coraz bardziej natarczywy ("Musisz ze mną pójść, ciociu, musisz, musisz, musiiiisz!"). Powiedziałam mu bardzo spokojnie i poważnie mniej więcej coś takiego: "Wcale nie muszę, kochanie i nie podoba mi się twoje zachowanie. Jeśli ty jesteś niemiły dla mnie, to dlaczego ja mam być miła dla Ciebie?" - i wróciłam do swojego zajęcia. Chłopiec bardzo się zdenerwował i obraził, odszedł naburmuszony... ale za kilkanaście minut wrócił i tym razem GRZECZNIE POPROSIŁ, czy mogłabym z nim pójść, bo chce mi coś pokazać. Oczywiście - odłożyłam robotę i poszłam.
OdpowiedzUsuńKonkluzja - 4-letnie dziecko zauważyło prawidłowość, że jeśli jest grzeczne i miłe, to jego prośba zostanie spełniona, natomiast jeśli jest niemiłe, to nic nie osiągnie. Co było właśnie poniesieniem konsekwencji.
Kochana Smoczyco, wyżej wymieniony przypadek nie jest adekwatny :)) Sama jak wiesz, M.(4-letni chłopczyk) jest poza wszystkimi kanonami kwalifikującymi go jako czterolatka, jego poziom inteligencji jest poza tymi normami :))
UsuńPrzypomnialo mi sie pewne zdarzenie. Nie pamietam, ile mialem wtedy lat, ale chyba 10 albo 11, tak wiec bylem juz calkiem duzym dzieciakiem. Jakim cudem spedzalismy z moim bratem ferie zimowe w P. nie mam pojecia. Kilka dni bylismy (my 2 bez rodzicow) u ciotki. Ciotka miala 4 dzieci, ktore wychowywala sama (w tym 2 doroslych, studjujacych synow) i 2 corki. Jedna mniej wiecej w naszym wieku. Nasza kuzynka cos przeskrobala, nie mam pojecia. Efektem bylo wymierzenie jej kary: musiala przyniesc pasek, przystawic krzeslo, polozyc sie na tym krzesle a ciotka jej najzwyczajniej wlala w tylek.
OdpowiedzUsuńDo dzis pamietam uczucie UPOKORZENIA jakiego doznalem ja sam. Nie wyobrazam sobie co przechodzila moja kuzynka.
Ja też sobie nie wyobrażam i też nie chciałabym być nawet świadkiem podobnego zdarzenia. Ciarki mnie przeszły, kiedy to czytałam.
UsuńRobal, Smoczyca :) Demonizujecie takie postępowanie. Nie jestem zwolennikiem bicia dzieci, czy stosowanie "paska" jako jedyny argument w relacjach rodzic - dziecko. Moim zdaniem są sytuacje kiedy trzeba użyć argumentu "ręki", tak życiowo po prostu, pewnych rzeczy dziecku nie da się wytłumaczyć. Jak sama Smoczyco wspomniałaś, rozwój emocjonalny dziecka to długi okres czasu, więc nie wymagajmy od dzieci zrozumienia naszego punktu widzenia. Moim zdaniem, klaps, nigdy nikomu nie złamał psychiki, a czasami nawet pomógł.
OdpowiedzUsuńSzanuję Twój punkt widzenia, ale uważam inaczej. Co oboje z domowych dyskusji dobrze wiemy.
UsuńAkurat w tym przypadku nie demonizuje. Zwyczajnie opisalem moje odczucia. Rozumiem, ze nie mozna wychowywac dziecka po partnersku, poniewaz sa sytuacje, kiedy dziecko musi znac swoje granice. Ale niekoniecznie nalezy uzywac zrgumentu silowego. Rozumiem, ze czasami niektorych ponosza emocje, ale to tylko swiadczy o niedojrzalosci rodzica.
OdpowiedzUsuńA ja i tak uważam, że lepiej żeby moje dziecko dostało "w dupę" ode mnie, niż od życia. :-)
OdpowiedzUsuńTo, że dostanie od życia, to masz jak w banku :)
Usuń