Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 18 stycznia 2013

Aż chce się bić

    W najnowszym numerze "Newsweeka" jest artykuł o przemocy [bo już nawet nie agresji...] uczniów względem nauczycieli. Tekst zatytułowano wymownie "Aż chce się bić". Poniżej zamieszczam link do wydania internetowego, w skrócie jednak artykuł traktuje o bezradności szkoły wobec chuligańskich - a wręcz często niebezpiecznych - zachowań młodzieży. Wymowa tekstu jest delikatnie mówiąc niewesoła: że jest coraz gorzej, że dzieciaki pozwalają sobie na co chcą i nie ma na nie mocnych, a jeśli sprowokowanemu belfrowi puszczą nerwy, to on ma przerąbane, a nie nastoletni prowokator. Żeby było jasne - mowa tu o NORMALNYCH szkołach, a nie takich, jak nie przymierzając Zoo, czyli placówkach dla "trudnej młodzieży". Odmalowano codzienność zwyczajnych, rejonowych podstawówek i gimnazjów, do jakich, Drogi Czytelniku, sam posyłasz swoje dziecko [o ile je masz]:


    Może się to wydawać dziwneale po przeczytaniu powyższego artykułu dotarło do mnie bez wątpienia jedno. Mianowicie: ucząc w Zoo w razie spotkania się z chamskim czy nawet zagrażającym mi zachowaniem nastolatka, jestem w o wiele lepszej sytuacji, niż nauczyciele ze zwykłych szkół. Niezły paradoks, prawda? Twierdzę, że wchodząc do klasy, w której na palcach jednej ręki można policzyć dzieciaki nie będące pod nadzorem kuratorskim, w której przynajmniej kilkoro uczniów ma bogatą policyjną kartotekę [lub nawet wyroki w zawieszeniu], a wszyscy są mniej lub bardziej potrzaskani emocjonalnie - jestem bezpieczniejsza, niż moi koledzy i koleżanki po fachu ze zwykłych placówek edukacyjnych. Zwariowałam? Zapewniam, że nie. I na dowód tego podam Wam kilka argumentów.

   Po pierwsze [primo :)] - przez samą świadomość, z jaką młodzieżą mam do czynienia, jestem w jakiś sposób przygotowana na to, że mogę być przedmiotem ataku. Mam to niejako wkalkulowane w prowadzenie lekcji i w związku z tym odruchowo zwracam uwagę na rzeczy, których zwykły belfer pewnie by nawet nie zauważył. Moje zmysły są wyostrzone, by wyłapać potencjalne zagrożenie i zareagować na nie odpowiednio wcześnie. Przykłady? Wzmożona czujność, kiedy w klasie robi się podejrzanie za cicho. Obserwowanie, co uczniowie robią z rękami. Nasłuchiwanie, co się dzieje za ścianą [bo może nauczyciel prowadzący lekcję obok potrzebuje interwencji?]. Automatyczne chowanie klucza od sali do kieszeni spodni, by nawet na sekundę nie zostawić go bez nadzoru. I tak dalej, i tak dalej - pewnie nawet nie jestem w stanie wymienić Wam wszystkiego, bo po prawie 3 latach pracy pewne rzeczy robię automatycznie, nawet się nad nimi nie zastanawiając.
    Tymczasem nauczyciel w zwyczajnej szkole nie jest psychicznie przygotowany na to, że może mu się coś stać. Owszem, zapewne nie spotyka się z atakami na siebie tak często, jak ja - ale właśnie z tego powodu, jeśli już coś takiego się wydarzy, to jest bezradny i zaskoczony. Czuje się wtedy tak, jak ja w pierwszym miesiącu pracy w Zoo. Mówiąc zatem wprost: ja z agresywnymi zachowaniami mam do czynienia o wiele częściej, niż typowy belfer - ale jeśli on się z czymś takim spotka, to "walnie" go to 100% mocniej, niż mnie.

    Po drugie [primo :)] - w mojej szkole nikt nie ma złudzeń, z jaką młodzieżą pracujemy i w związku z tym przez lata wypracowano pewne procedury reagowania na niebezpieczne sytuacje. Jasne, że nie wszystko da się z góry przewidzieć, ale jednak wiem mniej więcej, jak mam zareagować, kiedy małpce odbije na lekcji. Oczywiście to do mnie należy ocena, czy sprawa może poczekać do przerwy, czy mam "wzywać posiłki" już-teraz-zaraz, tym niemniej wiem, czym dysponuję. 
    W zwyczajnych szkołach niestety najczęściej procedur reagowania na zachowania agresywne brakuje - bo to byłoby równoznaczne z przyznaniem, że do "naszej kochanej, bezpiecznej szkoły" uczęszczają bandyci. No wstyd i hańba, nie można pozwolić, by wystraszyły się normalne dzieciaki... W rezultacie udaje się, że problemu z przemocą nie ma, a kiedy coś się złego wydarzy, to sprawę się umiejętnie wycisza. 

    Po trzecie [primo ultimo :)] - w Zoo nauczyciele stanowią zgrany zespół, co wielokrotnie już podkreślałam. Wszyscy jak tu uczymy zdajemy sobie sprawę, kto do nas trafia i dlatego nie obwiniamy samych siebie o agresywne zachowania uczniów. To nieprawda, że jeśli ktoś sobie tu nie radzi, to znaczy, że się nie nadaje. Tu KAŻDY czasem sobie nie radzi - więc reszta belfrów jest od tego, żeby pomóc temu, kogo akurat przygniotło. Jeśli ktoś miał trudną sytuację na zajęciach, to siada w pokoju nauczycielskim, a obecni w nim akurat koledzy i koleżanki po fachu "robią mu grupę wsparcia". Czyli: pozwalają się spokojnie wygadać, dopóki nie opadną emocje, a następnie wspólnie zastanawiają się, co z tym fantem zrobić. Każdy pomaga, jak umie. Dla przykładu - świeżo przed feriami spontanicznie pomagałam nauczycielce praktyki zawodowej z 15-letnim stażem pracy w Zoo ładnie zredagować Notatkę Służbową, z którą potem miała iść na policję złożyć zeznania. Umiem ładnie i logicznie pisać, to przynajmniej tak się przydałam...
    W normalnych szkołach niestety często nauczyciele ze sobą rywalizują, podgryzają się nawzajem, a jeden tylko czeka na potknięcia drugiego. W takiej sytuacji każdy udaje, że jest super - a jeśli zdarzy się coś złego, to nikomu nie może się poskarżyć i nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Wie, że jeśli to zrobi, to zostanie w najlepszym razie zlekceważony, a w najgorszym usłyszy tradycyjny komentarz, że powinien poszukać sobie innej pracy.
    
    I wreszcie po czwarte - w Zoo nie pracujemy pod presją osiągania wyników. Małpki trafiają do nas z takimi zaległościami i są tak zdemotywowane w kwestii nauki, że już sam fakt ukończenia przez nich wreszcie szkoły będzie sukcesem pedagogicznym. A jeśli nawet i to się nie uda, to też nikt nauczycielowi głowy nie urwie. Nie muszę się zatem gęsto tłumaczyć przed dyrekcją z każdej wystawionej na semestr czy koniec roku jedynki [co było normą w liceum, w którym zaczynałam pracę] i udowadniać, że to JA zrobiłam wszystko, by delikwent jednak zdał. Nikt mnie nie kontroluje, czy wyrabiam się z materiałem i co udało mi się zrealizować na zajęciach. Prawda jest taka, że robię to, co akurat jestem w stanie i na co pozwala mi sytuacja. Czasem mogę zrealizować normalną lekcję - a czasem muszę odpuścić i po prostu z uczniami pogadać, bo są tak nabuzowani, że zmuszenie ich do zajęcia się Mickiewiczem czy innymi wykresami zdań pojedynczych jest niewykonalne i już.
    Jak to jest w zwyczajnych szkołach, to sami wiecie. Wyścig szczurów, presja czasu, lecimy z materiałem. Szkoła musi być wysoko w rankingu, bo od tego najczęściej zależy ilość dzieciaków - co się przekłada wprost proporcjonalnie na wysokość subwencji oświatowej oraz na etaty dla nauczycieli. Wysokie wyniki na egzaminach zatem to "być, albo nie być". Nieważny rozwój emocjonalny, nieważna więź, nieważna wychowawcza misja szkoły - wyniki, wyniki, WYNIKI!

     Te trzy lata temu nie sądziłam, że tak będę ceniła pracę w Zoo. A jednak... :)

10 komentarzy:

  1. po przeczytaniu artykułu z newsweek'a utwierdzam sie w przekonaniu, że przywrócenie kar cielesnych w szkole nie było by takim złym pomysłem. Ja co prawda chodziłem do szkoły już za czasów bez tych kar, ale z opowiesci rodziców odniosłem wrazenie, że te kary były skuteczne i nie słyszało się o takich incydentach jak opisane w tekscie. Co ciekawe osoby które były w ten sposób karane w szkole dzisiaj twierdzą, że te kary były dobrym pomysłem. pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... Może Cię to zaskoczy, ale ja jestem zdecydowaną przeciwniczką stosowania kar cielesnych [a zauważ, gdzie pracuję!] - z kilku co najmniej powodów, ale to materiał na osobnego posta.
      A argument "ja byłem bity i wyszedłem na ludzi" mogę odeprzeć równoważnym: "Mnie nigdy nie bito i wyszłam na ludzi...". Remis.

      Usuń
  2. A ja Cię pawcio popieram w 100% :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba faktycznie następny post będzie na temat, dlaczego Dragonka mimo wszystko uważa kary cielesne za szkodliwe.

      Usuń
  3. rzecz nie w karach cielesnych, ja owszem dostalem w tylek pare razy (raz o malo nie spalilem domu :P, wiec ojca rzeczywiscie ponioslo :) ale chodzi o czas poswiecony dzieciom. Moi rodzice nigdy nie powiedzieli mi, ze nie maja dla mnie czasu. Jesli byli zajeci, prosili abym zaczekal kilka/kilkanascie minut i potem poswiecali mi swoja uwage. Zawsze dotrzymali slowa. Mama pracowala w przedszkolu, ojciec duzo jezdzil w delegacje. Tygodniami nie bylo go w domu. Ale potrafili sie nami zajac. No i sasiedzi (wychowalem sie prawie na wsi ;) tez w jakis sposob nas kontrolowali. 75% wartosci wynosi sie z domu, reszta to szkola i ulica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z tym się nie sposób nie zgodzić - dziecko nie może być puszczone samopas, potrzebuje uwagi, a także jasnych reguł. Tyle, że w moim przekonaniu te reguły nie powinny opierać się na biciu, bo to droga na skróty i przynosi w rezultacie więcej szkody, niż pożytku.

      Usuń
  4. Zgadzam się zwłaszcza z drugim primo :). Procedury w szkole są, ale co z tego, skoro mało kto wie, jak je wdrażać, to raz, a także nie ma chęci, by je wdrażać z powodów, które opisujesz ("Problem przemocy w naszej szkole jest marginalny", bla, bla, bla). Ja pracuje w szkole, w której grono jest zgrane i wspierające, i pomaga sobie ile sił, ale OFICJALNYCH procedur unika się jak ognia, bo jak to by w statystykach wyglądalo, nieprawdaż :(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tjaa... A Zoo ma takie statystyki, że tylko poprawczaki mają gorsze, więc możemy się nie patyczkować - tylko wzywać policję, jeśli jest taka potrzeba :)

      Usuń
  5. Cieszę się, że już nie pracuję w szkole.
    To tyle na podsumowanie.

    OdpowiedzUsuń