Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 26 stycznia 2013

O skutkach bicia

    Opublikowałam jak dotąd dwa posty o tematyce kar cielesnych. W pierwszym wskazywałam - na własnym przykładzie - błędność założenia, że do wychowania tzw. "porządnego człowieka" lanie go w dzieciństwie jest niezbędne. W drugim przedstawiałam swój punkt widzenia na temat skuteczności karania oraz proponowałam alternatywę wobec bicia. Dzisiejszy post będzie chyba ostatnim z tej serii tematycznej [chyba - bo może w związku z ewentualnymi Waszymi komentarzami coś mi jeszcze przyjdzie do głowy?] i jednocześnie spodziewam się, że wywoła najwięcej emocji i protestów u zwolenników stosowania kar cielesnych w procesie wychowania.
    W związku z tym przed lekturą chcę jeszcze raz odesłać do wstępu, który napisałam do poprzedniego posta. Podkreślam z uporem maniaka, że prezentuję tutaj swoje poglądy, podając ich uzasadnienie. Nie jest moim celem atakowanie nikogo personalnie. Nie twierdzę, że LUDZIE stosujący kary cielesne wobec dzieci są z definicji źli, jak najbardziej natomiast jestem zdania, że bicie jest krzywdzące, szkodliwe i potencjalnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że łapiecie różnicę: potępiam zachowanie, a nie rodziców, którzy w większości [bo nie mówię tu o patologiach] mają przecież jak najlepsze intencje i biją dlatego, żeby dziecku wyszło to na dobre. Innymi słowy - Drogi Czytelniku, jeśli stosujesz te metody wychowawcze, to Dragonka nie mówi Ci, że jesteś złym, okrutnym bydlakiem, tylko, że kierując się szlachetnymi założeniami możesz zrobić dziecku krzywdę wcale tego nie chcąc. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego tak uważam, a Ty możesz przyjąć tę argumentację, albo wzruszyć ramionami i uznać, że się mylę. Twoja sprawa, Twoje dziecko, Twoja odpowiedzialność za nie.

    Kiedy byłam już mocno dojrzałą nastolatką - miałam jakieś 17 czy 18 lat - natrafiłam na książkę Alice Miller "Zniewolone dzieciństwo", w której - tu posłużę się cytatem z opisu do polskiego wydania - "demaskuje mechanizm przemocy obecny w metodach wychowawczych stosowanych wobec naszych rodziców i dziadków (tzw. czarna pedagogika) (...), kreśli sugestywny obraz zniszczeń, jakich dokonuje w człowieku przemoc i wynikających stąd zagrożeń społecznych". Ta praca składa się z dwóch części. W pierwszej autorka przedstawia, jak wyglądało wychowanie dzieci na przełomie XIX i XX wieku na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii, obszernie cytując i komentując podręczniki pedagogiczne z epoki. Ta część kończy się konkluzją, że dziecko, które w procesie wychowania padło ofiarą przemocy i upokorzenia ze strony najbliższych mu osób, jeśli nie otrzyma pomocy, to wyrośnie na dorosłego, który sam będzie stosował przemoc - albo wobec samego siebie, albo wobec innych, albo będzie robił obie te rzeczy na raz. Na poparcie tej tezy Miller w drugiej części pracy analizuje na podstawie różnych źródeł przypadki trzech osób, które jako dzieci przeszły przez piekło, a potem jako dorośli sami to piekło w rozmaity sposób tworzyli. Ci ludzie to Christiane F., autorka słynnej książki "My, dzieci z Dworca Zoo" [jako przykład autodestrukcji], Adolf Hitler [jako przykład obsesyjnej potrzeby niszczenia innych] oraz Jürgen Bartsch, niemiecki dzieciobójca na tle seksualnym [jako przykład kogoś, kto zadawał cierpienie zarówno sobie, jak i innym]. Osobom zainteresowanym tematyką wychowywania dzieci gorąco tę pracę polecam, choć jestem świadoma, że przedstawione w niej przykłady są rzeczywiście mocno skrajne  i metody, jakie były stosowane wobec trójki "bohaterów" nie mają nic wspólnego z żadną pedagogiką, tylko są torturami fizycznymi i psychicznymi w najczystszej postaci. Wiem, że porównanie "zwykłych klapsów" do doświadczeń tamtych dzieci to zestawienie wiosennego deszczyku z gradobiciem i nie jest moim celem stawianie tu znaku równości. Tym niemniej jednak mechanizmy i tok myślenia opisany przez Alice Miller, które stoją za "czarną pedagogiką", są niestety już niemalże identyczne. A skoro tak, to istnieje potencjalne ryzyko, że - trzymając się pogodowej metafory - ten deszczyk w gradobicie się przerodzi, jeśli napotka na sprzyjające warunki atmosferyczne. Kto jednak jest ciekawy, tego odsyłam do książki - ja natomiast wracam do konkretów.

    Jestem głęboko przekonana o tym, że "przemoc rodzi przemoc". Trzeba tu oczywiście umieć odróżnić agresję od przemocy, czyli zjawiska, które ma charakter intencjonalny, powtarzalny i w którym nie występuje "zamiana ról", czyli sprawca jest zawsze sprawcą, a ofiara zawsze ofiarą [to tak w wielkim skrócie - jest na ten temat mnóstwo publikacji, nawet w Internecie]. Ktoś, kto jest ofiarą przemocy, wcześniej czy później będzie z nią musiał "coś zrobić", jakoś ją uzewnętrznić. I zrobi to albo szkodząc sobie [np. niska samoocena, zadawanie sobie bólu, szkodzenie swojemu zdrowiu poprzez popadanie w nałogi], albo wyładowując ją na kimś słabszym [fizycznie lub psychicznie].
    Zapytacie: chwila chwila, ale jak to się ma do okazjonalnego klapsa? Czy to już od razu jest przemoc, która rujnuje psychikę?
    Odpowiem: i tak, i nie. Zwykłe, pojedyncze uderzenie, które nie jest zbyt mocne i które nie ma upokarzającej formy, destrukcyjne zapewne nie będzie. Tyle, że w takim razie nie odniesie skutku, bo będzie za lekką karą [patrz poprzedni post]. Dziecko takie lanie kompletnie zlekceważy i pomyśli: "To ja następnym razem zrobię to samo i najwyżej dostanę klapsa, nic wielkiego". Co wobec tego pomyśli rodzic, kiedy tylko zauważy podobne podejście? "Następnym razem sprawię mu takie lanie, że popamięta".  Problem w tym, że aby "dziecko popamiętało", to trzeba mu zadać albo dużo większy ból fizyczny, albo upokorzyć, czyli zadać ból psychiczny. A tutaj już bardzo prosta droga do takiej przemocy, która rzeczywiście może zrobić krzywdę.
    W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na potencjalne "techniczne" niebezpieczeństwo związane z biciem dziecka, a wynikające z nierównowagi sił. Weźmy pod uwagę, że bije osoba dorosła [duża, silna], a bite jest małe dziecko [mniejsze, delikatniejsze, słabsze]. To, co mamie czy tacie wydaje się "delikatnym klapsem", dla dziecka może okazać się silnym uderzeniem [bo jak to sprawdzi? Przecież nie jest w jego skórze...]. Mało tego: jeśli rodzic bije pod wpływem impulsu, emocji, gniewu, to z przyczyn naturalnych traci panowanie nad siłą uderzenia i istnieje ryzyko, że uderzy dużo mocniej, niż chciał. Stąd potem zwyczajni, kochający i wcale "niepatologiczni" rodzice naderwą ucho, zostawią sińce lub wręcz coś połamią. Oni naprawdę nie chcieli, tak jakoś "samo wyszło"...
    Skoro tak, to może lepiej "bić na zimno" - czyli po opadnięciu emocji, na spokojnie, kazać dziecku przynieść pasek, położyć się na wersalce, a następnie metodycznie mu wprać, najlepiej jeszcze głośno licząc uderzenia...? Tu przechodzimy do kwestii upokarzających rytuałów związanych z karami cielesnymi, które mogą być dużo gorsze, niż sam fizyczny ból. Cała ta otoczka - począwszy od odwlekania kary w czasie, a na jej drobiazgowym przygotowaniu i wykonaniu skończywszy - potęguje przede wszystkim strach i wyolbrzymia go w głowie dziecka. Ono czekając na karę nie zastanawia się nad swoim złym postępowaniem, tylko przeżywa to, co ma się stać. To porównanie zapewne nie spodoba się zwolennikom kar cielesnych, ale taki mechanizm strachu stosowano z powodzeniem w średniowieczu - prowadząc delikwenta do sali tortur jeszcze przed ich zadaniem, dokładnie pokazując mu, co go czeka. Znów podkreślam: nie chodzi mi o to, żeby klapsy nazwać torturami, ale o to, że w obu przypadkach wykorzystuje się to samo oddziaływanie na psychikę, a więc zadaje się podobny ból psychiczny.

    Ostatnia sprawa dotyczy pewnego niebezpiecznego skutku ubocznego, towarzyszącego karze cielesnej. Otóż bijąc dziecko pokazujemy mu bez wątpienia jedno: jeśli z różnych przyczyn nie potrafię poprzeć mojego stanowiska argumentami [np. brakuje mi ich, albo nie umiem ich wyrazić, albo uznaję, że druga strona jest za głupia, by je zrozumieć], to wolno mi wykorzystać przewagę fizyczną, czyli użyć siły. Z perspektywy dziecka tak właśnie to wygląda [na co wskazywałam już w poprzednim poście] - robię to, co rodzic każe nie dlatego, że ma rację i jest mądry, tylko dlatego, że nie mam wyjścia, bo jest silniejszy.
    Ok, w tej relacji, czyli rodzic-dziecko, ten pierwszy ma przewagę fizyczną [przynajmniej do czasu...] i dlatego narzuca swoje zdanie. Ale wystarczy wyjść na podwórko, by znaleźć inne dziecko, które będzie mniejsze, słabsze... Jeśli w zabawie nie będzie chciało mnie posłuchać, to po co się męczyć i mu cokolwiek tłumaczyć? Nie lepiej mu wprać? Przecież "tak się robi w domu". Ja jestem silniejszy, więc ja rządzę, jakie to proste...

    Jasne, że zbić jest łatwiej niż wytłumaczyć. Jasne, że efekt jest zwykle natychmiastowy. Jasne, że przy okazji możemy w ten sposób rozładować swoje własne negatywne emocje. Tylko że wychowanie dziecka jest długotrwałym procesem ciągnącym się latami, a nie jednorazową reakcją na konkretne zachowanie. Warto więc zatem zastanowić się, co w efekcie chcemy osiągnąć i czy metody, które do tego celu obraliśmy, nie przyniosą w rezultacie więcej szkody, niż pożytku.

    Dziękuję za uwagę wszystkim, którzy doczytali do końca :)

6 komentarzy:

  1. Droga Dragonello!

    Chciałem z Tobą polemizować, ale chyba jednak nie ma to sensu. :-)

    Rozbawiło mnie odwoływanie się do książki, która na potwierdzenie swoich tez stosuje wysokiej klasy statystykę trzech prób. Zdaję sobie sprawę, że taka metodyka jest powszechnie stosowana w badaniach z dziedziny psychologii, ale tego nie można nawet badaniami nazwać.

    Znam aż zbyt dużo osób, które były wychowywane bez przemocy. Przypomnę tylko, że teoria wychowania bezstresowego (bez przemocy - niech dziecko ponosi konsekwencje swoich czynów) bardzo popularna była w latach '80 (czasy mojej młodości). Szczególnie ciekawe jest to, że przodowały w takiej formie wychowania osoby wykształcone, nauczyciele akademiccy, inżynierowie, architekci. I bardzo często zdarzało mi się obserwować zupełny brak szacunku ich pociech dla własnych rodziców, a często dla otoczenia. Przemawiał do nich tylko argument siły - posłuszne były wyłącznie wobec silniejszych łobuzów.

    A teraz pora na moją statystykę:
    1) Bezstresowo wychowywany syn (~17 lat) pewnego warszawskiego profesora (dorastał w Szwecji, gdzie tatuś robił karierę naukową) w czasie kolacji, na którą było zaproszonych kilka osobistości świata nauki (głównie obcokrajowców), siedział przy stole w czapce na głowie. Po dyskretnym zwróceniu uwagi przez matkę, zerwał się od stołu, krzyknął "Have you got a problem with that?" i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
    2) Bezstresowo wychowywany syn znanego polskiego fotografa mieszkającego w USA (9 lat) będąc z wizytą u znajomych, nie słucha żadnych próśb i poleceń ojca czy gospodarzy. Bez powodu piszczy i buczy. Wchodzi do pokoi, które są zamknięte, posuwa się nawet do otwierania szaf i wyciągania z nich rzeczy. Żadne słowne upomnienia nie skutkują. Wizyta kończy się kłótnią z dzieckiem i jego ojcem i wyproszeniem ich z domu. Ojciec dziecka jest obrażony i zupełnie nie rozumie, jak można tak traktować małe dziecko.
    3) Bezstresowo wychowywana córka (13 lat) krakowskiego profesora rozbija sobie wargę. Oskarża o to kolegę z klasy. Chłopak dostaje naganę dyrektora i obniżone zachowanie. Ponieważ jest niewinny (choć generalnie chuligan) usiłuje dowiedzieć się o co chodzi, ale nikt nie chce go słuchać. Po wielokrotnych spotkaniach z rodzicami i konfrontacji, okazuje się, że dziewczynka skłamała, bo uważała, że tak będzie zabawnie. Na pytanie, czy żałuje, odpowiada, że nie, bo przecież nikomu nie stała się krzywda.

    Wszystkie trzy historie dotyczą dzieci niebitych, nie zaniedbywanych, z dobrych rodzin, których rodzice wychowywali bezstresowo w dobrej wierze. Nie będę twierdził, że brak kar cielesnych prowadzi do degeneracji młodzieży, choć moja próba statystyczna jest równie istotna jak w cytowanej książce. Po prostu nie zawsze rzeczywistość jest taka jak chcielibyśmy ją widzieć w ramach naszego ugruntowanego naukowo światopoglądu.

    Życzę Ci jednak, Dragonello, dużo szczęścia w wychowywaniu własnego potomstwa. I oby życie nie zweryfikowało Twoich postaw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Andrzeju!

      Zaczynanie polemiki stwierdzeniem, że nie ma sensu polemizować, jest trochę nie w porządku wobec adwersarza... Poza tym, skoro tak, to czemu jednak to robisz?

      W kwestii książki Alice Miller - powołałam się na nią ze względu na teorię, którą zawiera. Natomiast sama autorka z pewnością nie zbudowała tej teorii tylko na tych trzech przypadkach, skoro obroniła doktorat z filozofii, psychologii i socjologii. Tematem przemocy zajmowała się przez większość swojego życia, zresztą, jest autorką wielu publikacji o tej tematyce. W "Zniewolonym dzieciństwie" analizuje trzy przypadki, ale to nie znaczy, że nie analizowała większej ilości.

      NIGDY i NIGDZIE nie napisałam, że jestem zwolenniczką wychowywania bez zasad, bo pewnie to masz na myśli pisząc "bezstresowe'. To, że jestem przeciwniczką bicia nie znaczy, że jestem zwolenniczką pozwalania na wszystko. Bardzo wyraźnie to pisałam w poście o ponoszeniu konsekwencji, więc nie będę powielała tego, co już napisałam.

      Przedstawiłam swoje argumenty tak jasno, jak umiałam, inaczej nie potrafię - musiałabym się powtórzyć. Pomiędzy biciem a pozwalaniem na wszystko jest całe spektrum innych możliwych zachowań. Ale to też jest ulubiony argument zwolenników kar cielesnych, że kto ich nie stosuje, to wychowuje "bezstresowo". Ze skrajności w skrajność.

      Jeśli chcesz, przeczytaj spokojnie wszystkie moje trzy posty, ale bez uprzedzeń, a przede wszystkim bez założenia pt. "nie ma sensu z Tobą polemizować". Choć oczywiście, nikt Ci nie każe, bo tak jak wielokrotnie podkreślałam, Twój wybór, Twoje dziecko, Twoja odpowiedzialność.



      Usuń
    2. Zadałam sobie trud i odszukałam jeden cytat z książki Miller - to jeszcze jako odpowiedź na zarzut, że wysnuła swoją teorię na podstawie trzech przypadków:
      "Wśród wszystkich przywódców Trzeciej Rzeszy nie znalazłam żadnego, kto by nie był surowo wychowywany. Czyż nie powinno nam dać to do myślenia?" [A. Miller, Zniewolone dzieciństwo, Poznań 1999, s. 82]. Dodam, że "surowe wychowanie" oznacza tu kary cielesne i poniżanie, bo o tym traktuje cały kontekst. Zresztą, samej tej jednej publikacji pisze o bardzo wielu osobach, z tym, że drobiazgowo analizuje biografie trzech.

      Usuń
    3. Staram się być wyważony i kulturalny, ale mimo to odmienne zdanie, które starałem się przedstawić, odbierasz jak atak na swoją osobę. Czy sugerujesz, żeby spokojnie przeczytał Twoje posty bo a) nie zrobiłem tego, b) nie zrozumiałem ich, c) ośmieliłem się nie zgodzić z ich tezą, więc muszę przeczytać ponownie?

      Doktorat z filozofii czy psychologii nie jest dla mnie wykładnią nieomylności dyplomowanego. Obie te dziedziny nie są nauką w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż nie mają małą podbudowę w empirycznych doświadczeniach i zerową statystykę. Socjologia również jest raczej na pograniczu nauki i paranaukowych metod.

      Bezstresowe wychowanie dzieci nie polega na braku zasad. Odsyłam tu do wikipedii po w miarę trafną definicję. Nie chodzi mi o pozostawienie dzieci samych sobie, ani o pozwalanie im na wszystko. Chodzi o brak autorytetu rodziców w procesie wychowawczym ze względu na brak strachu przed karą.

      Nie doczekałem się żadnego komentarza, odnośnie moich trzech przykładów. Rozumiem, że są mniej wartościowe, ponieważ nie posiadam trzech stopni doktorskich, ale mimo to chciałbym poznać Twoje zdanie na temat tego, dlaczego nie dowodzą one nieskuteczności braku kar cielesnych.

      I na koniec jeszcze jedna sprawa. Powtarzasz jak mantrę, że moje dziecko, to moja sprawa. To nie prawda! To "moje dziecko" to przyszły członek społeczeństwa, obywatel kraju, płatnik podatków. To nasza wspólna sprawa w jakim świecie i jakim społeczeństwie przyjdzie nam żyć w przyszłości.

      Usuń
    4. Andrzeju, jako atak odebrałam stwierdzenie o bezsensie polemiki ze mną, a nie Twoje poglądy, do których masz prawo i ja to naprawdę szanuje. Przyznam jednak, że Twoje pierwsze stwierdzenie było dla mnie przykre. Z odpowiedzi a), b), c) wskazałabym na b), jeśli koniecznie chcesz w ten sposób stawiać sprawę. To, co niżej napisałeś o "bezstresowym wychowaniu" pozwala mi przypuszczać, że się nie rozumiemy, zwłaszcza w kwestii dotyczących ponoszenia konsekwencji swoich czynów.
      Nawiasem mówiąc, opcja c) jest niczym innym, tylko wbiciem mi szpili - "ośmieliłem się nie zgodzić z Twoją tezą". Jeśli NAPRAWDĘ masz o mnie tak złe zdanie, to nie rozumiem, po co tracisz dla mnie czas?

      O stopniu naukowym Miller wspomniałam nie dlatego, żeby wskazać na jej nieomylność, bo podobnie jak ty uważam, że tytuł naukowy nie świadczy a priori o tym, że ktoś ma rację [patrz posłanka Pawłowicz :)]. Była to odpowiedź na zarzut, że nie poparła tego badaniami. Aby zrobić doktorat [w jej przypadku - trzy] trzeba długich lat pracy naukowej, robienia wielu badań i opublikowania określonej ilości prac. A potem trzeba to wszystko jeszcze obronić. Logicznym jest więc, że osoba z trzema doktoratami musiała włożyć ogrom pracy, aby te doktoraty zdobyć.

      Uważam, że autorytet nie musi się opierać na strachu - więcej, bardzo dobrze, jeśli właśnie się na nim nie opiera. Powinien się opierać na szacunku. Rozumiem, że masz na ten temat inne zdanie i w tej kwestii zapewne ani ja nie przekonam Ciebie, ani Ty mnie.

      "Nie doczekałem się żadnego komentarza, odnośnie moich trzech przykładów. Rozumiem, że są mniej wartościowe, ponieważ nie posiadam trzech stopni doktorskich" - kolejna szpila. Czy naprawdę było to potrzebne? Czy mam odpowiadać w podobnym tonie? Nie bardzo mam na to ochotę, bo - jak zresztą napisałam we wstępie do poprzedniego posta - nie jest moim celem wymiana uszczypliwości.
      Prosisz o komentarz. Mam z przyczyn technicznych mało danych [nakreśliłeś po jednym epizodzie z życia całej trójki], tym niemniej zgodzę się z tym, że zachowanie tej trójki wskazuje na to, co ja rozumiem przez "bezstresowe wychowanie", czyli puszczenie samopas. Prawdopodobnie rzeczywiście rodzice nie wyciągają żadnych konsekwencji z negatywnego zachowania dzieci - i mają efekty. Tylko że moim zdaniem konsekwencje nie muszą oznaczać bicia, aby były skuteczne, o czym pisałam już w poprzednim poście.

      Powtarzam jak mantrę - bo inaczej to ja musiałabym załamywać ręce, że tak wiele osób bije dzieci i je poniża, a potem wyrastają z nich agresywni i poniżający innych dorośli. A jestem realistką i wiem, że sama świata nie zmienię. Nie mogę nikomu zakazać bicia i poniżania dzieci, mogę tylko mówić o swoim przykładzie i o swoich poglądach. Ktoś je przyjmuje - albo nie.

      Usuń
    5. "Tylko że moim zdaniem konsekwencje nie muszą oznaczać bicia, aby były skuteczne, o czym pisałam już w poprzednim poście." W pełni się z tym zgadzam, ale sądzę, że CZASAMI nie da się uniknąć bardziej autorytarnych metod wychowawczych.

      Pozdrawiam tak czy inaczej. :-)

      Usuń