Temat długi i szeroki, a ponieważ jestem świadoma, że czytelnik ma swoje prawa i zbyt długie posty mogą go po prostu nużyć, to podzielę mój wywód na kilka części. Dziś zacznę od skomentowania bodaj najczęściej słyszanego przeze mnie argumentu osób mających w tej kwestii zdanie przeciwne do mojego. Można go streścić mniej więcej w zdaniu: "Mnie w dzieciństwie bito - i co, krzywda mi się nie stała, wyszedłem na ludzi". Jak rozumiem ma to wskazywać na więź przyczynowo-skutkową, czyli "dzieciństwo + kary cielesne = dobrze wychowany człowiek" - zupełnie tak, jak by to był jakiś matematyczny aksjomat. Taki argument podważyć jest mi bardzo łatwo prostym i co ważniejsze prawdziwym stwierdzeniem: "Mnie w dzieciństwie NIE BITO i też wyszłam na ludzi". Jestem więc chodzącym przykładem tego, że aby wychować porządnego, przydatnego społeczeństwu człowieka [a za takiego się uważam], kary cielesne wcale nie są konieczne. Gwoli ścisłości: nie twierdzę jednocześnie, że z ludzi, którzy byli bici, na pewno nic dobrego nie wyrośnie, bo rzeczywiście znam mnóstwo świetnych osób pranych jako dzieci. Tyle tylko, że wysuwam tezę, że bycie dobrym człowiekiem nie jest prostą konsekwencją stosowania przez naszych rodziców kar cielesnych - skoro moim udało się to bez bicia.
Przy okazji komentowania tego argumentu nasunęła mi się jeszcze jedna refleksja. Otóż pamiętacie może wypowiedzi nauczycieli w artykule z "Newsweeka", na który powoływałam się w poprzednim poście? Mam na myśli to, że doprowadzeni do szewskiej pasji widzą oczyma wyobraźni siebie, jak łapią chamskiego gówniarza za kark i walą go z całej siły po łbie. Nie chodzi o to, że w ogromnej większości przypadków ta reakcja pozostaje w sferze marzeń i żaden z nich nie podnosi de facto ręki na ucznia [bo przecież mu nie wolno!], choćby nie wiem jak bardzo go owa ręka świerzbiała. Sęk w tym, że przed wpraniem delikwentowi powstrzymuje belfra tylko świadomość konsekwencji - bo gdyby naprawdę mógł, to najchętniej przełożyłby go przez kolano i tylko patrzył, czy równo puchnie.
Czytając to odświeżyłam w pamięci swoje najtrudniejsze konfrontacje z uczniami z pierwszego roku pracy - wyzwiska kierowane w moją stronę, poniżające komentarze, lekceważące zachowania, obraźliwe gesty. Próbowałam odtworzyć uczucia, jakie mi w takich sytuacjach towarzyszyły i analizowałam swoje reakcje. Może będziecie zaskoczeni, może mi nie uwierzycie - ale nigdy, nawet pod wpływem najsilniejszych emocji, nie naszła mnie ochota, by podlecieć do tego gnoja, który mnie właśnie obraża i zmyć mu bezczelny uśmieszek z twarzy strzałem z otwartej dłoni czy zwiniętej pięści. Owszem, w myślach obdarzałam go najbardziej wyszukanymi wyzwiskami i mówiłam mu najbardziej poniżające rzeczy, ale nie wyobrażałam sobie, że kładę kres jego chamstwu poprzez uderzenie go. Nota bene - wiecie, że w całym swoim życiu nigdy nie uderzyłam nikogo czy to celowo [żeby zrobić krzywdę], czy w przypływie wściekłości po to, by się wyładować? Serio serio - a wcale nie znaczy to, że nie miałam powodów, bo przynajmniej dwóm mężczyznom, jacy stanęli na mojej drodze, należałoby się takie lanie, żeby wylądowali na OIOM-ie... Czemu tak? To byłoby pewnie dobre pytanie dla psychoanalityka, ja jednak zaryzykuję następującą odpowiedź: otóż skoro nie pokazano mi od najwcześniejszego dzieciństwa, że jeśli nie panujesz nad negatywnymi emocjami, to możesz komuś przywalić - to ja nie tylko tego nie robię, ale też nawet nie czuję takiej potrzeby. Po prostu mam najwidoczniej zakodowane, że ludzi się nie bije i koniec. Podkreślam z całą mocą: nie jestem aniołem, odczuwam złość, frustrację, bezradność, pogardę wobec niektórych ludzi. Mogę im źle życzyć, mogę się na nich wydrzeć, zbluzgać ich, starać się im zaszkodzić - ale nie fizycznie.
Zastanawiam się, czy jestem jakąś anomalią, która nawet w emocjach nie ma ochoty nikogo bić, o wprowadzaniu tego zamysłu w życie nie wspomniawszy? Kusi mnie oczywiście, by w tym momencie wrócić do mojego równania z początku tego posta, ale przedstawić je w zmodyfikowanej wersji: "dzieciństwo + brak kar cielesnych = brak potrzeby bicia". Zdaję sobie sprawę rzecz jasna, że jeden - czyli mój - przypadek to za mało, by stwierdzić taką zależność. Pewnie trzeba by tu przeprowadzić jakiś eksperyment dotyczący zachowania dorosłych bitych/nie bitych jako dzieci, który by udowadniał lub obalał moją tezę. Tym niemniej sprawa jest warta refleksji.
Na koniec zatem wyobraźmy sobie społeczeństwo złożone z ludzi, którzy nawet jeśli są [z góry przepraszam za wyrażenie] nieziemsko na kogoś wkurwieni, to go nie uderzą - o wyrządzeniu poważniejszej krzywdy nie wspomniawszy - bo nawet nie będą mieli na to ochoty... Piękna utopia, prawda? Gdyby tak udało się wychować pokolenie osób, które nie biją, bo po prostu nie chcą?
C.D.N
Na ludzi wyrastają dzieci molestowane i poniżane w dzieciństwie, z czego nie wynika, że molestowanie i poniżanie jest złe. Pełna zgoda, że przytoczony argument za biciem jest idiotyczny. Dla mnie sprawa jest w zasadzie prosta - nie robić drugiemu człowiekowi tego, czego samemu się nie chce doświadczyć (można to też bardziej biblijnie ująć). A dziecko to jest cżłowiek, i tyle. Nie biję męża, nie biję pani na poczcie, nie biję szefa - nie biję dzieci, proste. Co nie znaczy, że czasem szlag nie trafia. Ja przyznaję, że czasami miałabym ochotę spuścić starszej lanie. Nie robię tego, bo wiem, że byłaby to ogromna krzywda dla niej i zwykła moja bezsilność. Ale myślę sobie, tak przy okazji bicia, że można i bez bicia wiele złego uczynić. Czasem wolałabym z kimś dorosłym zwyczajnie natłuc się po facjatach, zamiast się wyniszczać psychicznie przez słowa, słowa, słowa.. (ale tylko z dorosłym!).
OdpowiedzUsuńZgadzam się jak najbardziej z tym, że słowami można zrobić często o wiele większą krzywdę, niż ręką. Ale to materiał na osobną dyskusję.
UsuńWszystko pewnie się sprowadza do tego jak zostaliśmy wychowani
OdpowiedzUsuńi jak jest wychowywane dziecko.
Odtwarzamy później to zachowanie przez całe swoje dorosłe życie.
Kiedyś matematycznie próbowałam wyliczyć,
ile człowiek może zmienić w swoim zachowaniu
i wyszło ,że tylko 4 %.
I dużo to i mało ...
A jak to liczyłaś? Pytam z ciekawości, ale całkiem poważnie. Bo ja tam akurat na pewnym etapie mojego życia zmieniłam swoje zachowanie przynajmniej w 50%. Nie żartuję.
UsuńHmm czyli jesteś z tych, którzy w razie ataku na ulicy albo w przypadku gwałtu nie potrafią się bronić ani nawet krzyczeć? Dlatego ja uważam, że w pewnych sytuacjach przydaje się niewyparzona gęba i skłonność do przemocy, bo to może uratować nawet i życie.
OdpowiedzUsuńW szkole oczywiście jestem przeciwna przemocy, nawet jeżeli uczeń by podniósł rękę na nauczyciela to uważam, że nauczyciel powinien umieć skutecznie się bronić a nie oddawać, ryzyko wliczone w cenę. Pomarzyć można. Ale warto wśród młodych ludzi - szczególnie w takich placówkach - uczyć ich walki i samoobrony, bo to jedyna szansa na to, że nie będą używać siły w złym celu.
Hmm - Mario, pokaż mi, w którym momencie odmawiam człowiekowi prawa do samoobrony? Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski. A akurat przykład z atakiem na ulicy czy gwałtem nie jest zbyt fortunny, bo często w takich przypadkach nad ofiarą władzę przejmuje strach i na to nie ma mocnych. I co, obwiniać w takim razie ofiarę na zasadzie "sama jest sobie winna, bo się nie umiała obronić"?
UsuńMówię cały czas o INICJOWANIU przemocy, a nie o odpowiedzi na nią. Obrona przed atakiem jest czymś zupełnie innym - jeśli ktoś to potrafi, to dobrze i zgadzam się, że to może uratować życie.
Popraw mnie, jeśli się mylę: ty AKCEPTUJESZ świat, w którym normą jest przemoc. Przyjmujesz, że tak musi być i już, nie ma na to rady, więc jedyne, co można zrobić, to umieć mocno przywalić. Tyle, że to będzie działało tylko do pewnego czasu, dopóki nie trafisz na kogoś, komu nie dasz rady. I co wtedy? Ja Ci powiem - wtedy ta osoba zabije Cię za to, że śmiałaś się jej postawić.
Ja natomiast zastanawiam się, jak pięknie by było, gdyby ludzie NI ODCZUWALI ochoty przywalenia komuś. Ja nie odczuwam. Szkoda, że jestem w mniejszości - ale może to da się zmienić?
Ale się rozpisałaś, a nie o to mi chodziło :) Nic nie napisałam, że odmawiasz człowiekowi prawa do samoobrony. Są ludzie, którzy w opisywanych sytuacjach mają ochotę przywalić albo nawet to czynią, Ty nie masz ochoty przywalić, ale masz uczucia, które też nie do końca - moim zdaniem - są poprawne. W poprzednim poście pisałaś w jaki sposób sobie radzicie w ZOO (o wsparciu i grupie), ale faktem jest, że nie każdy się nadaje do pracy w takiej placówce, bo niby na zewnątrz jest ok, ale w środku to się kumuluje i kto wie co po latach się może zdarzyć?
UsuńJa nie mam ochoty nikomu przywalić, ale też nie mam takich odczuć jak Ty - "odczuwam złość, frustrację, bezradność, pogardę wobec niektórych ludzi. Mogę im źle życzyć, mogę się na nich wydrzeć, zbluzgać ich, starać się im zaszkodzić - ale nie fizycznie.", więc nie do końca zgadzam się z Twoją opinią, że Twoja postawa jest lepsza niż tych którzy mają ochotę przywalić. Każdy inaczej odreagowuje stres itd. i ja uważam, że lepiej mieć ochotę komuś przywalić niż tak się męczyć psychicznie jak Ty. Gdybyś chodziła na zajęcia ze sztuk walki to jest bardzo prawdopodobne, że i takie myśli dałoby się wyeliminować :) I wtedy nadal nie miałabyś ochoty nikomu przywalić, ale też nie miałabyś ochoty duchowo komuś zaszkodzić :) Bo Ty chyba wychodzisz z założenia, że na sztuki walki itp. powinny chodzić osoby agresywne mające skłonność do przemocy z nadmiarem energii?
Czy to źle, że się rozpisałam? Potraktowałam Twój głos w dyskusji poważnie i stąd dłuższa odpowiedź. Mogłam Cię zbyć jednym zdaniem, ale tego nie zrobiłam, bo szanuję Twoje stanowisko.
UsuńCały czas jednak mylisz moją - nazwijmy to - pacyfistyczną postawę z "nadstawianiem drugiego policzka", że tak posłużę się metaforą biblijną. To zdecydowanie nie jest tożsame. Napisałam: " (...) w całym swoim życiu nigdy nie uderzyłam nikogo czy to celowo [żeby zrobić krzywdę], czy w przypływie wściekłości po to, by się wyładować". Gdzie tu masz słowa mówiące o SAMOOBRONIE? Nigdy nie byłam agresorem fizycznym, nigdy też nie uderzyłam z czystej zemsty. A bronię się w razie ataku tak, jak umiem - choć faktycznie, nie jestem po żadnym kursie sztuk walki, tak jak większość ludzi mimo wszystko.
Napisałaś: "Uważam, że lepiej mieć ochotę komuś przywalić niż tak się męczyć psychicznie jak Ty". Chcę Cię uspokoić - ja się wcale nie męczę :) Serio serio. To, że nie przywalę, to wcale nie znaczy, że kumuluję złość czy inne negatywne uczucia, tylko po prostu INACZEJ JE UZEWNĘTRZNIAM. Inaczej jakim cudem po 3 latach pracy z taką młodzieżą mogłabym lubić to, co robię? To nie jest tak, że przemoc fizyczna jest jedynym sposobem wyładowania agresji - i uważam, że całe szczęście. Umiem inaczej radzić sobie ze złością i dokładnie to robię.
Co do moich negatywnych uczuć - uważam, że uczucia same w sobie nie są złe. Złe może być dopiero to, co się z nimi zrobi. Tu się jednak jak widzę różnimy:
- Ty czułabyś się nie w porządku odczuwając "złość, frustrację, bezradność, pogardę wobec niektórych ludzi", ale za to nie czujesz nic złego w tym, że kogoś uderzysz [inna sprawa, że coś mi tu nie pasuje - jeśli w takim razie nie czujesz negatywnych emocji, to skąd ta potrzeba bicia?]
- ja daję sobie pozwolenia na przeżycie tych emocji, "przerobienie ich", ale nie posuwam się do fizycznego ataku na inne osoby, czyli zadania im bólu i/lub zrobienia fizycznej krzywdy.
W kwestii sztuk walki nie bardzo mogę się wypowiedzieć, bo rzeczywiście nigdy ich nie ćwiczyłam i nie bardzo się nad tym zastanawiałam. Inna sprawa, że z racji miejsca, w którym pracuję, to pewnie kurs samoobrony by mi się przydał. Ale nawet wówczas, gdybym wiedziała, jak skutecznie obezwładnić i przywalić, to robiłabym to WYŁĄCZNIE jako osoba, która się broni. Nigdy jako agresor.
Znowu mi zarzucasz, że ja mam ochotę bić :D Przecież napisałam wyraźnie, że nie odczuwam żadnej potrzeby bicia, ale jednocześnie nie mam ochoty znęcać się nad kimś psychicznie jak Ty. ("Mogę im źle życzyć, mogę się na nich wydrzeć, zbluzgać ich, starać się im zaszkodzić"). Rozumiem, że wszelka dyskusja nie ma sensu w tym przypadku, osobiście radzę Ci jednak wybrać się do specjalisty, bo to co piszesz sugeruje że jest tu nad czym popracować... Nie piszę tego, żeby Cię urazić, po prostu zanim znowu coś odpiszesz odpierając zarzuty może to po prostu przemyśl, wybierz się a później napisz kto miał rację :) Człowiek całe życie się uczy i to chyba jest właściwy moment żeby nad sobą popracować dla własnego dobra i podpiecznych. Przecież to nie wstyd.
UsuńNapisałaś: "Dlatego ja uważam, że w pewnych sytuacjach przydaje się niewyparzona gęba i skłonność do przemocy". To tyle jako komentarz do zdania "Przecież napisałam wyraźnie, że nie odczuwam żadnej potrzeby bicia".
UsuńZdanie ""Mogę im źle życzyć, mogę się na nich wydrzeć, zbluzgać ich, starać się im zaszkodzić" po pierwsze nie oznacza automatycznie, że za każdym razem to robię. Po drugie - jeśli Twoim zdaniem każde krzyczenie na kogoś czy używanie przekleństw jest z definicji znęcaniem się psychicznym, to chyba jednak Ty masz problem ze sobą, a nie ja. W takim razie bowiem 100% ludzi powinno się udać do specjalisty. Sama nigdy nie podniosłaś głosu? Nie przeklęłaś?
Nikt Ci nie każe ze mną dyskutować, jeśli nie masz na to ochoty. Proponuję jednak trochę pokory, bo nie znasz mnie wystarczająco dobrze, by wyrokować, czy potrzebuję pomocy psychologicznej, czy nie. Zauważ, że ja Cię do specjalisty nie wysyłam [nawiasem mówiąc - do psychologa, psychiatry? Nie sprecyzowałaś...], mimo że Twoje podejście do spraw przemocy jest sprzeczne z moim.
Pierwszy wpis zaczęłaś od potraktowania mnie protekcjonalnie - "Hmm czyli jesteś z tych, którzy w razie ataku na ulicy albo w przypadku gwałtu nie potrafią się bronić ani nawet krzyczeć?". W drugim poszłaś tym samym torem zaczynając ironicznego: "Ale się rozpisałaś". W trzecim, ponieważ nie dałam się sprowokować, sugerujesz, że jestem psychopatką lub wariatką. A wszystko dlatego, że nie podzielam Twoich poglądów. I kto się tu powinien nad sobą zastanowić?
Nie spodziewałem się, że mój komentarz w poprzednim poście wywoła taką burzę ;) Uważam jednak że o takich rzeczach trzeba rozmawiać, bo jak widać jeszcze jest wiele nieścisłości do wyjaśnienia w tym temacie. Póki co bacznie będę się przyglądał tej dyskusji.
OdpowiedzUsuńA ja ci jestem bardzo wdzięczna, że Twoja odpowiedź mnie zainspirowała. Wiem, że poruszając temat przemocy wkładam kij w mrowisko, ale przecież nie chodzi o to, by mój blog był Kółkiem Wzajemnej Adoracji. Cieszę się, jeśli pod postami nawiązują się dyskusje - choć rzecz jasna nie jest to przyjemne, jeśli rozmówca wysyła mnie do przysłowiowej psychuszki za odmienne poglądy. Ale to tylko świadczy o poziomie interlokutora.
UsuńZobaczymy, co się będzie działo pod kolejnym postem z tej serii :)
Droga Dragonello!
OdpowiedzUsuńPrzeczytałem posty, przeczytałem komentarze. Nie chcę Cię oceniać, ani wysyłać do psychiatry. Podziwiam Twoją areaktywną postawę. Co jednak pozostanie z niej po piętnastu latach pracy i czy na pewno obejdzie się bez wizyt u specjalisty?
Gdy ja sam chodziłem do szkoły, nie do pomyślenia było dla mnie odpyskowywanie nauczycielowi. Dziś przemoc fizyczna nie jest niczym dziwnym. I z doświadczeń Żony wiem, że interwencje Policji w szkołach nie są niczym niecodziennym. Za moich czasów nie sama kara, ale nawet perspektywa lania paskiem, czy linijką była wystarczającym czynnikiem do utemperowania gorącego temperamentu.
Nie będę gloryfikował bicia, bo sam nie biłem nikogo. Ale dobrze wiem, że bez tej odrobiny strachu, która ustala hierarchię, nie wychowałbym Syna (właściwie pasierba) na wartościowego człowieka. Wszystko ma swój cel i swoje znaczenie, a najważniejsze są odpowiednie proporcje. Nie da się wychować żadnego stworzenia bez szczypty delikatnej perswazji. Nie mów, że nie pogonisz kota krzykiem i ścierką, gdy wyskakuje na kuchenkę z zapalonym gazem?
Kota owszem, pogonię, a nawet lekko (podkreślam!) trzepnę. Tyle, że kotu nie przetłumaczę zasad słowami, a człowiekowi można... Poza tym wskazałeś na zupełnie inny aspekt, czyli uchronienie przed bezpośrednim zagrożeniem. Gdybym miała dziecko i dostrzegłabym, że pcha rączkę w ogień, to przecież też nie mówiłabym "Nie wolno", tylko bez wahania bym je odciągnęła, nawet brutalnie. To jednak przecież nie byłaby kara.
UsuńZgadzam się z Tobą jak najzupełniej, że perswazja - ja to nazywam "z nauczycielska" autorytetem - jest niezbędna. Mam jednak cały czas nadzieję, że niekoniecznie musi się to opierać na biciu.
Co ze mną będzie po piętnastu latach pracy, to nie mam pojęcia, zobaczymy i wtedy pogadamy, bo "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". Chcę tylko podkreślić jedno - bo chyba wyszedł tu jakiś dziwny obraz mojej osoby. Ja nie jestem kłębkiem nerwów, który kumuluje w sobie złość, bo nie pozwala sobie na uderzenie kogoś, kto na to zasłużył. Ja po prostu inaczej tę złość wyładowuję. Inaczej, ale SKUTECZNIE.
Jak? Odgaduję się innym nauczycielom, Seniorce, Hipkowi. Czasem sobie popłaczę, a czasem sobie wrzasnę albo przeklnę. Jak jestem za bardzo nabuzowana, to idę na spacer albo biorę się za zmywanie. A myśli mogę po wszystkim uporządkować prowadząc bloga. I to mi naprawdę wystarcza.
Myślę, że cały błąd w Twoim rozumowaniu polega na przeszacowaniu zdolności umysłowych uczniów w stosunku do kota. Obawiam się, że koty są jednak inteligentniejsze. :-)
UsuńJeszcze raz powrócę do tego, co napisałem może niezbyt jasno. Nie chodzi mi o bicie, ale o KARĘ. Nie można wychować dziecka nie stosując kar za złe zachowanie, a tylko same nagrody za wypełnianie OBOWIĄZKÓW. Nie ma więc co się dziwić, że coraz więcej młodych ludzi jest nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie, albo tworzy swoje własne, często spaczone, twory socjalne.
A tak na koniec, to mam jeszcze pytanie: Czy nie myślałaś nigdy, żeby poszukać pracy w której nie musisz odreagowywać, odgadywać, płakać, wrzeszczeć i przeklinać? Nie ważne jak dobrze radzisz sobie ze stresem, on i tak odciśnie swoje piętno.
I nie traktuj każdego komentarza, jako ataku na siebie. Nie wszystkie mają to na celu, nawet jeżeli wyrażają odmienne poglądy. I nie każdego trzeba reedukować! :-)
Andrzej, spokojnie, nie traktuję, nawet mi to przez myśl nie przeszło. Potrafię odróżnić sytuację, w której komuś zależy na wymianie poglądów - od tej, w której rozmówca chce mi za wszelką cenę udowodnić, że się nie znam/jestem głupia/jestem wariatką etc.
UsuńCo do kar, to wyważamy otwarte drzwi, bo także jestem zdania, że człowieka nie da się wychować bez karania. Mój post jest jedynie głosem mówiącym, że ta kara nie powinna [z różnych względów] oznaczać bicia. Choć może inaczej - od kar jeszcze lepsze jest pozwalanie, by dziecko poniosło konsekwencje swojego złego postępowania, o ile to jest w danej sytuacji możliwe. Ale właśnie o tym ma być następny post.
W kwestii pracy - bardzo wiele zajęć wiąże się ze stresem [jeśli nie wszystkie...]. Generalnie życie jest stresujące :) Jasne, że moja praca potencjalnie jest bardziej "stresogenna", niż dla przykładu pani w okienku na poczcie, tylko że takie zajęcie nie dawałoby mi satysfakcji. Choć taka pani z okienka na poczcie też pewnie musi jakoś odreagować, jeśli trafi na klienta, który ją zmiesza z błotem...
Ja naprawdę lubię być nauczycielem i póki co nie chciałabym wykonywać innego zajęcia. A że uczę kryminalistów? Tak wyszło. Jeśli będzie za ciężko, to odejdę, ale na razie nie jest.
Aha, Puma dziękuje za słowa uznania :):):)
UsuńNajpierw podziękuję za dopuszczenie mnie do grona szczęśliwców :-)
OdpowiedzUsuńA co do tematu... Jestem zdania, że bicie jeszcze (chyba) nie wielu osobom pomogło, a wręcz przeciwnie, zaszkodziło. Widzę to po sobie i całej reszcie ludzi, o których wiem, że byli bici w dzieciństwie. Choć z drugiej strony uważam, że jeśli dziecko dostało raz lub dwa razy klapsa w dzieciństwie, to raczej traumy z tego powodu mieć nie będzie. Moja znajoma dostała od ojca dwa razy klapsa, do tej pory pamięta za co i uważa, że były to klapsy zasłużone.
Bicie jako metoda wychowawcza? Jasne, bo jest najprostsza i zawsze dostępna, nie trzeba się zastanawiać, żeby coś wytłumaczyć dziecku itd. Kiedyś myślałam, że to domena ludzi z podstawowym lub zawodowym wykształceniem, ludzi, którym obcy jest inny sposób rozwiązywania problemów. Dziś już wiem, że tak nie jest. I to mnie najbardziej przeraża. Znam kilka rodzin, które na pewno nie są patologiczne, rodzice po studiach, z dobrymi zawodami, pracami, płacami... i co z tego. Nie umieją, nie chcą, nie potrafią, nie czują takiej potrzeby, żeby inaczej wychowywać swoje dzieci... Szkoda
Pozdrawiam serdecznie i obiecuję częściej odbierać (bez użycia przemocy) komputer mojemu prawie mężowi... Będzie to ciężkie, bo jest on informatykiem, ale postaram się :-)
A ja się cieszę, Motylku, że jesteś. Ten blog istnieje dla Czytelników.
UsuńZgodzę się, że jeśli ktoś oberwał bardziej symbolicznie kilka razy, to nic mu się złego z psychiką nie stanie. Gorzej, jeśli temu biciu towarzyszy poniżający rytuał - albo jeśli rodzic przekroczy granicę "symbolicznego klapsa", aż w końcu zrobi krzywdę.
I rzeczywiście, to nie ma chyba wiele wspólnego z wykształceniem, tylko z umiejętnością panowania nad emocjami. I oczywiście ze światopoglądem. W Niemczech epoki przednazistowskiej [a więc początek XX wieku] pisano całe podręczniki pedagogiczne, naukowo udowadniające konieczność bicia dzieci w zasadzie już od kołyski [!], a także instruowano, w jaki sposób bić. Pisali to ludzie wykształceni, oczytani, często z tytułami naukowymi.
Może zainwestujcie w drugi komputer?
Tak, inwestycja jest przewidziana... ale to ciut później. Jeszcze ślub przed nami :-) (wcale nie jakiś wypasiony). Choć z drugiej strony z tym jednym komputerem nie jest wcale tak źle. To jednak zjadacz czasu a gdy jest jeden i musi być podzielony na dwoje + inne czynności, które trzeba wykonać w ciągu dnia, to jednak nie odczuwam, żebym była okradana z czasu na własne życzenie...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam