Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 17 września 2015

Szczepienia

    Dziś wywlekam temat w pewnych kręgach kontrowersyjny, a dla mnie jak najbardziej na czasie - szczepienia ochronne dla dzieci.
   Na wstępie westchnąć mogę jedynie, że zazdroszczę w tej materii i moim rodzicom, i dziadkom, bo problemu nie mieli. Wiadomo było wszem i wobec - są obowiązkowe szczepienia w określonym wieku, koniec i kropka, idzie się z dzieckiem do przychodni i już. Albo całą sprawę załatwia szkoła w trakcie zajęć lekcyjnych. Sama pamiętam to nerwowe czekanie w kolejce do pielęgniarki - chyba w drugiej klasie podstawówki - w przypadku gruźlicy, bo najpierw próba tuberkulinowa, która miała zawyrokować, czy cię trzeba szczepić, czy nie. A tej szczepionki bał się każdy, ponieważ bolała i ślad po niej babrał się tygodniami. A potem i tak ostatecznym argumentem podczas każdej kontaktowej zabawy - czy to w berka, czy w piłkę - był pełen wyrzutu zwrot: "Eeej, tylko nie bijemy w szczepionkę!". Tjaa... Nota bene wtedy jeszcze nie wiedziałam [no bo skąd?], że jeśli chodzi o gruźlicę, to jestem mutantem z naturalną odpornością [o tym, skąd to wiem, traktuje jeden z najstarszych postów na tym blogu]. I zawsze pielęgniarki się dziwiły, że próba tuberkulinowa wychodzi u mnie tak, jak by jej w ogóle nie robiły - tzn. śladu zero i mój organizm twierdzi, że nigdy na oczy nie widział ani szczepionki, ani prątka gruźlicy. Ale mniejsza z tym.
    Teraz owszem, w dalszym ciągu przewiduje się cykl obowiązkowych szczepień ochronnych, a do tego jest cała masa dodatkowych szczepionek na rozmaite choroby, które można sobie wykupić i zaaplikować, jeśli ktoś ma taką wolę. Żeby było jeszcze zabawniej, to i te obowiązkowe też są w trzech wersjach - tzn. jedna jest refundowana, a dwie pozostałe ekstra płatne. A rodzic ma sam zdecydować, którą każe podać dziecku. Nie ważne, że nie jest lekarzem i nie zna się na medycynie, nie ważne, jakie ma wykształcenie i czy chociażby potrafi czytać ze zrozumieniem dostępne w tym temacie materiały. Ma zdecydować i tyle, a weźmy pod uwagę, że nie chodzi tu o decyzję w sprawie błahej, tylko dotyczącej zdrowia dziecka.
    Co tu dużo mówić, burdel w temacie szczepień jest ogromny. Uważam się za osobę inteligentną [co kiedyś zostało nawet zmierzone testem Wechslera, a co :)] - a i tak po przestudiowaniu tematu jestem w tej materii głupsza, niż byłam. Zgodnie z zasadą złotego środka [ponieważ uważam, że od czasów Arystotelesa nie wymyślono niczego lepszego :)] odrzucam poglądy skrajne, od których buzuje Internet. 
    Z jednej strony są portale - nie będę podawać linków, by nie robić im reklamy - które odsądzają szczepionki od czci i wiary, oskarżając je o powodowanie śmierci łóżeczkowej, cieżkiego kalectwa, autyzmu lub w najlepszym przypadku "tylko" o obniżenie naturalnej odporności dziecka. Straszy się tu rodziców wszelkimi plagami egipskimi w tym temacie oraz instruuje, jak walczyć o prawo do nieszczepienia dziecka w sądzie.
    Z drugiej strony - są witryny sponsorowane przez firmy farmaceutyczne, którym rzecz jasna zależy, by sprzedać jak największą ilość każdej wyprodukowanej szczepionki. Tam z kolei straszy się rodziców konsekwencjami nieszczepienia. Czytając to odnosi się wrażenie, że codzienne wyjście z dzieckiem na spacer jest śmiertelnie groźne, bo wystarczy ułamek sekundy, aby zostało ono wprost zbombardowane przez wszelkiego rodzaju rotawirusy, pneumo- i meningokoki, setki odmian wirusów grypy, nie wspominając o "poczciwej" odrze, śwince czy różyczce. Ergo jeśli rodzic nie chce skazać swojego dziecka na niechybną śmierć - albo chociaż na ciężką chorobę z powikłaniami - przy pierwszej wizycie w pobliskim parku, powinien od pierwszych miesięcy życia aplikować mu wszelkie dostępne na rynku szczepienia. Oczywiście - płacąc za nie z własnej kieszeni...

    Co ja na to wszystko? Generalnie popieram samą ideę szczepień. Jak by nie patrzeć, przed ich wynalezieniem śmiertelność dzieci była ogromna, a cmentarze są pełne malutkich grobów z początków XX wieku - ofiar gruźlicy czy odry. Wiele groźnych chorób udało się w ten sposób wyeliminować i żaden rodzic nie musi drżeć ze strachu przed polio czy czarną ospą, a dzieciaki mogą spokojnie babrać się w ziemi bez obawy o tężec. Całe pokolenia, łącznie z moim, były szczepione i jakoś masowo nie dostaliśmy autyzmu, nie zostaliśmy wszyscy kalekami. Zresztą, w tych kwestiach nie ma wiarygodnych dowodów w postaci badań na to, że szczepionki rzeczywiście zwiększają ryzyko tych chorób. Powikłania na pewno się zdarzają, ale tak jest w przypadku KAŻDEJ ingerencji medycznej w organizm człowieka. Jeśli ktoś ma pecha i odpowiednie uczulenie, to przyjęcie głupiej dawki paracetamolu też może go zabić, ale to jeszcze nie powód, by na wszelki wypadek nikt inny nie miał go stosować.
   Z drugiej strony też nie należy panikować i szczepić na wszystko, jak popadnie. Np. nie widzę sensu uodporniania się na grypę, a to z tego względu, że i tak co roku pojawiają się nowe mutacje jej wirusa, więc jest bardzo prawdopodobne, że i tak nie wstrzelimy się w tą, co akurat zaatakowała. Tu ewentualnie można rozważyć, jeśli mamy do czynienia z kimś, kto ma wyjątkowo niską odporność i rzeczywiście jego organizm może sobie z grypą nie dać rady - ale przeciętny człowiek i tak ją zwalczy, jeśli o siebie zadba i zapakuje się na 3 dni do łóżka. No właśnie - wszystko zależy od konkretnego przypadku. Dajmy na to nie zamierzam szczepić Myszy przeciw rotawirusom [a to musiałabym zrobić już niedługo, bo deadline to 12 tydzień życia dziecka] - po co, skoro nie wyślę jej do żłobka i będzie przez 2 lata siedziała praktycznie w domu? Według wszelkiego prawdopodobieństwa nie będzie miała gdzie tego złapać.
    Jestem za tym, by jak najbardziej uodparniać na "tradycyjne" choroby, przeciw którym szczepi się od pokoleń. Skoro działa, to po co to zmieniać? Natomiast jeśli chodzi o szczepienia dodatkowe, to sprawa jest indywidualna. Zobaczymy, jaką Mysza będzie miała odporność, jak często będzie się przeziębiać, jaki tryb życia prowadzić. Jeśli uznam, że jest w grupie podwyższonego ryzyka złapania jakiegoś paskudztwa, to ją przeciw niemu zaszczepię. Np. niewykluczone, że kiedy będzie starsza, to będę ją chciała uodpornić na żółtaczkę [to można złapać praktycznie wszędzie, gdzie są skupiska ludzkie] czy kleszczowe zapalenie mózgu [żebym nie drżała po każdej wycieczce do lasu]. Ale to się zobaczy.

    A podsumowując to uważam, że w tej kwestii nie powinno być jednak tak, że ostatnie zdanie należy do rodziców. Kiedy idziesz do lekarza, to on nie pyta cię, jaki lek zapisać - ufasz, że to on jest od tego by wiedzieć, która piguła jest na co. Możesz odmówić leczenia na własne ryzyko, ale generalnie jeśli szukasz pomocy medycznej, to postępujesz zgodnie z zalecenami. I tak też w kwestii szczepionek. Jestem magistrem polonistyki, a nie medycyny, nie będę więc w tej kwestii polemizowała z lekarzami. Komuś trzeba wierzyć.

4 komentarze:

  1. I to jest podejście godne pochwały :)
    Istnieje coś takiego, jak "odporność populacyjna"- jeśli 9 na 10 dzieci jest szczepione, to i to 10.nie złapie choroby, bo wirus zwyczajnie nie ma superwarunków do namnażania i infekowania.
    Problem zaczyna się, gdy ilość zaszczepionych dzieci w populacji drastycznie spada. W obecnym kontekście "polityczno- uchodźcowym" wzrasta jednak ryzyko kontaktu z osobą nieszczepioną. Przecież za chwilę te dzieci będą (mam nadzieję) chodzić do normalnych szkół.
    Zdrowy rozsądek, przede wszystkim. Ja swojego młodszego szczepiłam ma HIB-a dodatkowo po przedszkolnych przejściach ze starszym (nie, nie złapał akurat tego, ale pierwszy rok w przedszkolu skończyliśmy w marcu), ale nie odnoszę wrażenia, że jakoś specjalnie mniej chorował. Pneumokoki też sobie darowaliśmy,a o szczepionce na rota i ospę wietrzną się wtedy tylko wspominało (Młodszy ma już 15 lat). Przeżyliśmy.

    OdpowiedzUsuń
  2. I z tego powodu, co piszesz, podstawowe szczepienia powinny być absolutnie obowiązkowe, bo to jest kwstia bezpieczeństwa całej społeczności. Nie ma, że rodzic się nie zgadza - jak by dziecko było ciężko chore, a rodzic odmówiłby jego leczenia, to by mu sądownie dziecko zabrali. Tutaj sprawa jest podobna, bo też chodzi o zdrowie.

    Ja się dopiero wgryzam w temat. Na razie zdążyłam zgłupieć przy decyzji, czy wybrać szczepionki tradycyjne, czy skojarzone 5w1. Każdy radzi co innego. I dlatego zazdroszczę mojej mamie, która po prostu brała mnie do przychodni i finał.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja co do samej kwestii szczepien jestem na tak, zwlaszcza po konsultacjach z dr. Aleksandrem, ktory jest mikrobiologiem. Jak on mowi szczepic, to znaczy ze szczepic. I nie dawac antybiotykow z byle powodu, bo gdy bedzie bardzo potrzebny, to nie zadziala. Wcale mnie nie dziwi metlik, jaki maja niektorzy rodzice... Jakis czas temu u syna mojego kolegi (tutaj, w Bcn) zdiagnozowano ''autyzm'', ktory okazal sie zatruciem rtecia, ktorej organizm dziecka nie nie wydalil (a byla jakims mikroskladnikiem jakiejs tam szczepionki). On oczywiscie jest oredownikiem, zeby nie szczepic, tylko ze ja bym nie zaryzykowal. Eksperymenty na wlasnym dziecku sa niedopuszczalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tej rtęci też czytałam. W była w starszych generacjach szczepionek, Teraz się już ich w Polsce nie stosuje.
      Z antybiotykami też jestem tego zdania, co Ty, bo to jest jednak jak bomba atomowa spuszczona na organizm. Dlatego jestem zła, że Mysza musiała na dzień dobry dostać 5 dni antybiotyku - a wszystko przez te 41 godzin od odejścia wód płodowych do cesarki.

      Usuń