Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 11 maja 2013

Mam Chusteczkę haftowaną

    Blog Dragonelli nie ma - i mieć nie będzie - charakteru recenzenckiego. Nie takie jest jego główne przesłanie, a poza tym fachową ocenę szeroko rozumianych tekstów kultury pozostawmy profesjonalistom, takim jak np. Mag. Dzisiejszy post zatem będzie absolutnie nietypowy, bo dotyczący książki, którą właśnie wchłonęłam w tempie ekspresowym.


Joanna Sałyga, Chustka, wyd. ZNAK, Kraków 2013

    Książka jest papierową wersją bloga autorki, który prowadziła w czasie walki z chorobą nowotworową w okresie od 10 kwietnia 2010r. do 29 października 2012. Link do tej witryny cały czas znajduje się u mnie po prawej stronie w kolumnie "Blogi, które czytam". Pomimo że ostatni wpis pochodzi z 5 marca br. i że ponad wszelką wątpliwość więcej postów tam nie będzie, na razie nie mam zamiaru usuwać adresu tego bloga.
    Książkę zamówiłam tak szybko, jak tylko pojawiła się na stronie internetowej wydawnictwa. Przyszła w czwartek wieczorem. Czytanie rozpoczęłam w piątek w szkole na okienku [przy okazji obiecując już jej pożyczenie Wiceszefowej oraz Krysi od Praktyk Zawodowych], kontynuowałam w tramwaju wracając do Pomarańczowej Jaskini [świadoma tego, że ryzykuję puszczenie pawia, jako że Smokowi absolutnie nie wolno czytać w pojazdach mechanicznych], potem wieczorem przed snem, dopóki nie padłam, a resztę skończyłam dziś rano - w międzyczasie pilnując gulaszu [który mimo to wyszedł całkiem dobry]. 400 stron wchłoniętych nie wiadomo kiedy. 

    Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na bloga Joanny. Przypuszczalnie odesłała mnie tam któraś ze stron internetowych traktujących o leczeniu raka. Jak to bywa z dobrymi, wartościowymi witrynami - wpadłam, poczytałam, zostałam. I śledziłam wpisy aż do śmierci Chustki, a potem jeszcze dłużej, bo przez jakiś czas bloga aktualizował jeszcze jej mąż, zwany tutaj Niemężem. Dołączyłam do "czytaczy" w momencie, kiedy nasze prywatne racze cholerstwo było już w odwrocie i coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazywało na to, że Hipkowi jednak się uda. I tak się rzeczywiście stało. Niestety, dla Joanny medycyna nie mogła zrobić tyle, co dla nas.
    Nie mogę opędzić się od myśli, że historia związku Chustki i Niemęża jest krzywym, zdeformowanym odbiciem mojej relacji z Hipopotamem. Początek był niemal identyczny: mężczyzna i kobieta z pokaźnym bagażem rozmaitych doświadczeń życiowych poznają się w Internecie za pośrednictwem portali towarzyskich. Następuje wymiana korespondencji, potem spotkanie, na którym iskrzy jak spod kół hamującego pociągu, a potem podejmują szybką decyzję o byciu razem. I nagle jeebuuduu - sielanka zostaje brutalnie przerwana, a związek wystawiony na próbę, choć jeszcze na dobrą sprawę nie zdążył się nawet rozkręcić. W obu historiach chodzi o potencjalnie śmiertelną chorobę: u Chustki diagnoza nastąpiła w 3 miesiące po tym, jak poznała Niemęża, u nas ten czas był jeszcze krótszy, bo z tego, co pamiętam, maksymalnie 6-7 tygodni. I w obu przypadkach "zdrowe połówki" podjęły decyzję, że nie wycofują się, tylko zostają bez względu na to, co się wydarzy. I zarówno ja, jak i Niemąż nie pożałowaliśmy swoich decyzji.
    Tu jednak podobieństwa się kończą. Rak Hipopotama był w pierwotnym, początkowym stadium - Chustki już w momencie diagnozy bardzo zaawansowany. U niego leczenie miało na celu rzeczywiście LECZENIE - u niej jedynie maksymalne odsunięcie śmierci. On z każdym dniem wracał do zdrowia i nabierał sił - ona słabła i znikała. On żyje - ona nie...
   To tak, jak by ktoś kuźwa napisał początek, a potem rzucił monetą. Hipkowi i Smoczycy wypadł orzeł, niech więc zwierzaki mają się dobrze i są szczęśliwe. Chustce i Niemężowi wypadła reszka - no cóż, pech, bardzo mi przykro...

    Książkę naprawdę polecam. Nie znajdziecie tam biadolenia, użalania się nad losem ani strugania świętej bohaterki. Znajdziecie super kobitkę z krwi i kości, która doskonale wie, że jest na straconej pozycji - ale mimo to potwornie chce żyć normalnie. I robi to w doskonałym, pozbawionym patosu stylu. Myślę, że polubicie Joannę, Niemęża, Giancarla, Babcię B., a nawet Viledę. A kupując książkę, przyczynicie się do wsparcia Fundacji "Chustka", która walczy o nowoczesne standardy w leczeniu bólu towarzyszącego chorobom nowotworowym.


4 komentarze:

  1. Lubię tai książki, choć po nich długo się leczę emocjonalnie. Tak sobie poczytałam tego posta i strasznie mi się za Wami zatęskniło.
    P.S. Jaka tam ze mnie profesjonalista, ot zwykła pasjonatka skrobiąca trochę o książkach.
    Ściskam cieplutniaście

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też tęsknimy, kochanie... Dobrze, że się zobaczymy w sierpniu.
      A profesjonalistką jesteś i basta. Ja, Smok, Ci to mówię :)

      Usuń
  2. Bywalam na blogu, ale zazwyczaj to potem odchorowywalam... właściwie nawet teraz na myśl o Giancarlo zaczynam się wewnętrznie zwijac. Więc, szczerze mówiąc, pewnie nie kupie książki... chociaż może, bo cel szczytny.
    Ale boje sie myślec o czytaniu.

    Anutek

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziewczyny - może to dziwnie zabrzmi, ale ta książka w ogólnym odbiorze nie jest dołująca. Inny też jest odbiór, kiedy się to czyta w postaci papierowej, wszystko na raz - a inny, kiedy śledziło się posty i wyczekiwało niecierpliwie na wiadomości od Chustki [w sensie: jest nowy wpis, więc ona jeszcze żyje...].
    Oczywiście smutek się pojawia, bo wiesz, że to się źle skończy - ale gwarantuję, Joanna potrafi zarażać optymizmem, wolą życia. Ma fantastyczny dystans do siebie, do swojej choroby, pięknie pisze o Niemężu, o dziecku. To się trochę gubiło na blogu, a w książce wychodzi. Mimo wszystko więc namawiam na lekturę.

    OdpowiedzUsuń