Próbuję omawiać z pierwszą zawodówką fragmenty III części "Dziadów" Mickiewicza. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudny w interpretacji tekst nawet dla zwykłej, licealnej młodzieży - a co dopiero dla małpiątek - ale w sumie co mi szkodzi spróbować... Nie łudziłam się oczywiście, że ktokolwiek zmęczy całość, więc zadałam im do przeczytania wybrane sceny. No i od trzech lekcji pastwimy się nad "Wielką Improwizacją".
Generalnie - ubaw po pachy. Wyobraźcie sobie, że znalazły się jednostki, które nawet przebrnęły przez tekst, po czym zgodnie stwierdziły, że: "To jest pojebane, przecież tego się nie da czytać!" oraz "Ciekawe, co ten Mickiewicz brał - bo ja też chcę taki towar...". Nie próbuję nawet komentować podobnych stwierdzeń, bo doskonale rozumiem, że dla kompletnie nieprzyzwyczajonych do kontaktu z literaturą piękną uczniów Zoo romantyzm jest generalnie niezjadliwy. Po prostu brak punktów wspólnych między światem natchnionych wieszczów-przewodników narodu a szarą rzeczywistością zaniedbanej młodzieży, której jedyną rozrywką jest obalenie browara lub taniego wina na ławce przed blokiem. Co można zrobić w tej sytuacji z wielopłaszczyznowym dramatem romantycznym? Ano pomijam - poza kilkoma niezbędnymi komentarzami na wstępie - kontekst historyczny i biograficzny, a skupiam się na buncie wobec Boga i niezgodzie Konrada na to, jak świat jest urządzony. To jakoś małpki są w stanie łyknąć.
Jak zapewne pamiętacie, o utworach literackich zwykłam opowiadać bez polonistycznego zadęcia, bo wychodzę z założenia, że jeśli małpki mają cokolwiek z tego zrozumieć, to muszę owe wielkie dzieła przełożyć na zrozumiały dla nich język. Zresztą, często inaczej się po prostu nie da, bo uczniowie i tak komentują moje słowa po swojemu. I tak w kontekście postaci Konrada przypomniałam mit o Prometeuszu:
DRAGONKA: Ten numer z ofiarą to już było dla Zeusa przegięcie, więc się wkurzył i kazał przykuć Prometeusza do skał Kaukazu. Tam codziennie przylatywał orzeł - lub sęp, w zależności od wersji mitu - i wyjadał mu wątrobę, która odrastała, bo gość miał pecha i był nieśmiertelny.
ŁUKASZ [z westchnieniem]: Codziennie nowa wątroba? Ale zajebiście, też bym tak chciał... Można pić bez końca...
Na użytek małpek natomiast opracowałam następującą definicję prometeizmu:
prometeizm - postawa, w której jeden człowiek występuje przeciwko władzy w obronie swoich ziomali.
Kolejną sceną, którą się zajmiemy, będzie "Widzenie ks. Piotra". Myślę, że będzie równie zabawnie :)
Samo życie ....
OdpowiedzUsuńJa i nauczycielka to są dwie sprzeczności,
nie na moje nerwy uczenie dzieci...
W takim razie dobrze, że nie musisz być nauczycielką, bo ten zawód zdecydowanie powinni wykonywać tylko ci, którzy tego naprawdę chcą. Inaczej umęczą się i oni, i uczniowie.
UsuńWiesz, ja zawsze byłam molem książkowym, ale jak czytałam Dziady to też się zastanawiałam co ten Mickiewicz brał ;-)
OdpowiedzUsuńŻe nie wspomnę paru innych, bardziej współczesnych pisarzy:-(
Mickiewicz to pewnie opium, jak oni wszyscy wtedy. Opium wtedy to lekarze przepisywali niemowlętom "żeby ładnie spały...".
UsuńJa o Adasiu w ogóle nie mam zbyt dobrego zdania, więc może nie będę się szerzej wypowiadała :)
Ja też nie lubię Adasia M. Też uważam, że p. Adaś musiał być mocno naćpany gdy pisał te całe Dziady... Jak sobie przypomnę czytanie tego, to ciarki mnie przechodzą! brrrrr.... :)
UsuńFajnie, że umiesz dotrzeć do tej młodzieży. Inni poloniści pewnie by wymiękli. Mnie się bardzo podoba Twoja definicja prometeizmu! :)
OdpowiedzUsuńszacun!
Nie wiem, czy umiem, staram się. Muszę mówić tak, żeby mieli szansę mnie zrozumieć.
UsuńDzięki :)