Uprzedzam lojalnie z góry - dzisiejszy post będzie dotyczył religii. Jak wiadomo, w Polsce chyba jeszcze tylko temat polityki wywołuje takie emocje, że ludzie kiedy się nakręcą, są w stanie niemal pozabijać swoich oponentów, bo nie potrafią znieść myśli, że ktoś może mieć na tym polu inne poglądy. Jeśli zatem, Drogi Czytelniku, jesteś osobą bardzo wierzącą i czujesz, że ciężko Ci przejść do porządku dziennego nad tym, że nie wszyscy dookoła wyznają tę samą religię, co Ty - to dla własnego spokoju pomiń ten wpis.
Nie jest tajemnicą, że zarówno Dragonka, jak i Hipopotam są ateistami. Nie mam oczywiście tego faktu wypisanego na czole, ale też nie widzę powodu, by to ukrywać - i na pewno na łamach niniejszego bloga wspominałam o tym kilka razy przy różnych okazjach. Tak jest również w życiu codziennym - nie chodzę i nie trąbię wszem i wobec, że Boga nie ma, a także nie prowadzę "krucjat" przeciwko chrześcijanom różnych odłamów, starając się ich przekonwertować na ateizm. Po prostu na co dzień dla mnie tematu nie ma, nie zajmuję się nim, bo i po co. Jeśli natomiast kwestia wiary wyniknie sama z rozmowy, to oczywiście mogę skomentować, tym bardziej, jeśli jestem o to proszona. Staram się to robić taktownie, a przede wszystkim mówić o sobie i swojej perspektywnie, nie oceniając praktyk religijnych innych osób. Wychodzę z założenia, że wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka, więc nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Boga nie ma - ale też oczekuję, że nikt nie będzie mnie nawracał czy patrzył na mnie z wyższością z tego tytułu, że nie wierzę. No i wszystko jest pięknie i ładnie, dopóki ta delikatna, ale jednak wyraźna granica nie zostanie naruszona.
No to moi kochani, ścięłam się dziś lekko na tle religijnym z historyczką Marzenką [kojarzycie, wychowawczynią mojej ulubionej męskiej 3B] - którą nota bene ogromnie lubię i która zdecydowanie jest dla mnie kimś więcej, niż tylko koleżanką z pracy. Marzena jest osobą wierzącą i praktykującą, choć oczywiście daleko jej do fanatyzmu Zofii. Jakoś do tej pory jednak kwestie religii w ogóle nie były w naszych rozmowach poruszane.
Siedziałyśmy we trzy w pokoju nauczycielskim - ja, Marzena i Renata [polonistka]. Wszystkie się genaralnie bardzo lubimy i utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty także poza pracą, czyli odwiedzamy się, umawiamy od czasu do czasu na kawę czy pizzę. Obie dziewczyny znają też i lubią Hipopotama - czyli jednym słowem, sami swoi. Rozmowa zeszła na moje i Błotnego Ssaka przygotowania do ślubu [a raczej do cywilnej legalizacji związku], który odbędzie się w maju. Opowiadałam więc dziewczynom o szyciu garnituru na miarę, o kupowaniu butów, o wybieraniu obrączek i tym podobnych rzeczach. Było miło i przyjemnie do momentu, aż Marzena nie wypaliła w pewnej chwili z rozbrajającym uśmiechem:
- Ja to poczekam, aż wy w końcu weźmiecie ślub kościelny.
- No, to się chyba nie doczekasz... - odparłam lekko.
- Oj zobaczysz, zobaczysz, jeszcze weźmiecie, ja to wiem.
- Marzenko, przecież oboje jesteśmy ateistami. Po cholerę nam ślub kościelny?
- To się wszystko może pozmieniać. Też mam kolegę, był ateistą i w końcu uwierzył. Z wami też tak będzie. - Marzena była przy tym bardzo spokojna, pewna siebie i przemawiała tonem jak do głupiego dziecka.
- Równie dobrze ty możesz przejść na islam albo na judaizm. My naprawdę nie wierzymy w Boga, to skąd ten pomysł? Przecież my nawet dziecka nie będziemy chrzcili... - tłumaczę dalej, choć już z zapewne lekką irytacją. W końcu dlaczego niby Marzena ma wiedzieć lepiej ode mnie, że zmieni mi się podejście do religii?
Na takie dictum Marzena jednak nie była przygotowana. Ślub ślubem, ale chrzest...?
- No ale jak to?! - nie mogła uwierzyć.
- No normalnie. Tak samo, jak nie obrzezałabym dziecka, gdyby to był chłopiec.
- Chyba żartujesz?! Jak można nie ochrzcić dziecka?! Przecież to jest bardzo ważne!
- Ale i ja i Hipek jesteśmy ateistami, więc po co?
- Bo to jest sakrament! - wypaliła, zupełnie, jak by to załatwiało sprawę. Próbuję zatem tłumaczyć spokojnie i po dobroci:
- Jaki jest sens, byśmy chrzcili dziecko, skoro nie wierzymy w Boga? Zrozum, "sakrament" to jest dla mnie puste słowo. Ja nie wierzę w nic, Hipek nie wierzy w nic, to nie będziemy przekazywali dziecku żadnej religii. Jeśli będzie chciało się kiedyś ochrzcić, to to zrobi, jego sprawa, wolny wybór. I tak będzie znało Biblię na wyrywki, podobnie jak mitologię grecką, bo nie wyobrażam sobie inaczej.
Marzenie jednak dalej cała sprawa nie mieściła się w głowie.
- Ale tak bez chrztu...? Biedne dziecko!
No i tu przyznaję, że się wkurzyłam, bo przegięła. Mówiłam dalej spokojnie, choć przestałam cenzurować argumenty. Skoro ona daje sobie prawo do takich ocen, to czemu ja mam być "politycznie poprawna"?
- W naszej sytuacji chrzest byłby hipokryzją. Uważmy, że Boga nie ma i koniec.
- Ale Bóg jest!
- A ja twierdzę, że nie ma. I co? Słowo przeciwko słowu.
- Skąd wiesz, że go nie ma?
- A ty skąd wiesz, że jest?
- Bo to się po prostu czuje. Jak możesz mówić, że go nie ma? Ty go po prostu nie szukasz!
No tak, niesamowita logika...
- Zgadza się, podobnie, jak nie szukam krasnoludków, kosmitów, Zeusa i Swarożyca...
- Ale jak można żyć bez Boga? - Marzenka nie dawała za wygraną. - Życie bez Boga jest strasznie puste, smutne, bezwartościowe...
- A ja uważam, że jest odpowiedzialne. Wiesz, że nikt cię nie prowadzi za rączkę, więc sama musisz się o siebie zatroszczyć. Nie masz też na kogo zwalić winy: "bo Bóg tak chciał". Sama kierujesz swoim życiem i musisz wziąć za nie 100% odpowiedzialności.
Potem szczerze mówiąc zadzwonił dzwonek na przerwę, do pokoju weszło jeszcze kilku nauczycieli, więc rozmowa siłą rzeczy została przerwana - i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że i tak nie doprowadziłaby do niczego konstruktywnego.
Co to w ogóle miało być? Czy ja komukolwiek mówię z wyższością, że postępuje nieracjonalnie modląc się do wystruganej z drewna figurki faceta, któremu wydawało się, że jest Bogiem? Albo że nie powinien w imieniu niemowlęcia deklarować, że będzie ono wierzyło w Boga - w momencie, gdy to dziecko nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata, nie mówiąc o sprawach związanych z religią? Czy ja uzurpuję sobie prawo, by twierdzić z całą stanowczością, że mój rozmówca na pewno się opamięta, przestanie pleść bzdury i zrozumie, że światem rządzą prawa biologii, chemii, fizyki - ale na pewno nie jakiś siwobrody staruszek latający na chmurce do spółki ze swoim synem urodzonym przez dziewicę, w dodatku bez udziału mężczyzny?
Zastanawiam się nad pointą, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Może poza tym - żyj i daj żyć innym. Amen :)
Każdy ma prawo do swojego zdania i Wy również :-)
OdpowiedzUsuńNie będę do niczego namawiać...
I dokładnie o to mi chodzi, Krysiu. Ja nie namawiam i nie chcę, by mnie namawiano.
UsuńO rany... Jestem wierząca i niepraktykująca. Wiem, że w doktrynach kościółkowców coś takiego jak ja nie istnieje, a jednak ciągle żyję i mam się nieźle ;)
OdpowiedzUsuńWięcej dla mnie Boga u mnie w ogrodzie, niż na celebrowanych z zadęciem mszach w zimnych i spływających złotem kościołach. Dzieci ochrzciłam, żeby ich ludzki ostracyzm nie zabił. Teraz mają wolną rękę w kwestii wiary - nie wnikam ;-)
Tak jak w wiarę lub jej brak innych osób. Jestem wyznawcą zasady: żyj i dać umrzeć innym ;-)
Po za tym - wolę uczciwych ateistów od zakłamanych katoli ;-)
Masz rację, doktryna katolicka faktycznie nie przewiduje bycia "wierzącym - niepraktykującym" :) Co ciekawe, znam takich ludzi setki i jakoś ich sumienie od tego nie zgniło...
UsuńCo do ostracyzmu, to jakoś jestem dobrej myśli. Sama miałam w podstawówce w klasie niechrzczoną koleżankę, a była to głęboka prowincja, początek lat '90. I żadnej afery nie było, normalnie się wszyscy bawiliśmy, a kiedy mieliśmy religię, to ona zwyczajnie szła sobie posiedzieć w bibliotece. Myślę, że 20 lat później w dużym mieście tym bardziej nie będzie wielkiego halo.
Poza tym - jak się ludzie będą chcieli do czegoś przypieprzyć, to zawsze znajdą powód. Jak nie religia, to co innego. Gdyby się chcieć tym przejmować, to można by oszaleć.
Och, uśmiałam się z tej rozmowy ;) Przepraszam, bo domyślam się, że to nie była przyjemna rozmowa, ale tak z boku - tak nielogiczna, że aż śmieszna. Oczekiwanie, że ateiści ochrzczą dziecko, bo to przecież sakrament, jest tak absurdalne, jak oczekiwanie, że chrześcijanie nie ochrzczą dziecka, bo to przecież narzucanie światopoglądu. Stopień niezrozumienia jest tu dla mnie kuriozalny. Nie wiem, co Twoja koleżanka chciała osiągnąć, może nawet miała dobre intencje, no ale wyszło to bardzo protekcjonalnie i niestety - niegrzecznie. Przykro mi, bo pewnie poczułaś się z tym kiepsko.
OdpowiedzUsuńMnie i mojej siostry rodzice nie ochrzcili. Nie chodziłyśmy na religię, nie poszłyśmy do komunii i żadna z nas nie ma z tego powodu zaburzeń. Nie pamiętam też żadnego ostracyzmu z tego powodu - może czasem jakieś głupie pytania, ale bez przesady. Paradoksalnie, częściej na mnie ktoś napada, odkąd przyjęłam chrzest. Naprawdę. Tak więc ostracyzmu bym się nie bała. Żyjemy w kraju, w którym większość wyznaniową stanowią katolicy, ale bez przesady, to nie jest Pakistan.
Moje dzieci też na religię nie chodzą, bo jednak różnice między katolicyzmem i luteranizmem są dość poważne i nie chcę im mieszać w głowie. Dziobalinda chodzi na etykę razem z grupą innych dzieci - z rodzin niewierzących. Nic złego się nie dzieje. Nikt nikogo nie szkaluje. Jest ok.
I nigdy by mi nie przyszło do głowy powiedzieć komuś: "Jeszcze uwierzysz, zobaczysz, zmienisz zdanie.." Niestety, ale to jest moim zdaniem zwyczajny brak szacunku :(
Właśnie też mi się tak wydaje - mieszkam w dużym mieście, a nie na wsi, gdzie ksiądz jest autorytetem nie do podważenia. Ludzie tutaj różnią się pod tyloma względami, że nie sądzę, by religia była problemem. U nas co prawda tylko z organizacją etyki jest kiepsko, ale w końcu nim Hipciosmoczylla pójdzie do szkoły, to jeszcze jakieś 6-7 lat... A przedszkola bez religii na szczęście są.
UsuńCo do Marzenki - zła na nią nie jestem, bo wiem, że mi dobrze życzy i że mówiła tak "z dobroci serca". Tylko mi trochę przykro, bo nie podejrzewałam ją o taki fanatyzm. To jest w tym najdziwniejsze, bo my się naprawdę poza tym bardzo lubimy. Tylko że do tej pory kompletnie temat religii u nas nie istniał, choć ona wiedziała, że ja jestem ateistką, a ja wiedziałam, że ona jest bardzo wierząca. Nie wiem, co jej odbiło.
A że Cię napadają - i to pewnie częściej, niż mnie - to z punktu widzenia katolika bardzo logiczne. Ateista jest stracony [no, chyba, że go oświeci... :)], natomiast Ty przecież wierzysz we "właściwego Boga", więc jeszcze tylko popracować trochę nad Tobą i się naprostuje na "jedyną słuszną doktrynę" ... :)
A, wiesz, ale te ataki to właśnie ze strony ateistów częściej, niż katolików. Było to dla mnie duże zaskoczenie, bo wychowałam się w rodzinie, w której religia nie była atakowana ani wyszydzana - po prostu jej ie było i tyle. Tym bardziej się zdumiałam, że po tym, jak zaczęłam się deklarować jako chrześcijanka, spotykały mnie nieprzyjemności. Anonimowe obraźliwe maile na adres bloga - to jeszcze byłam w stanie łyknąć. Ale jedną znajomość musiałam urwać, po tym, jak kolega zaczął na mnie napadać łącznie z twierdzeniem, że chodzenie do kościoła powinno być nielegalne, a mnie samą można by nawet... uśmiercić :/ Składam to jednak na karb jego niedyspozycji psychicznej. Nadal znakomita większość niewierzących, których poznałam bliżej lub dalej, to normalni, fajni ludzie :)
UsuńA to jestem bardzo zaskoczona, bo o ateistach miałam lepsze zdanie. Pewnie dlatego, że nie znam żadnego ateisty-fanatyka, czyli takiego, który na siłę chce zbawiać biednych chrześcijan, żeby przejrzeli na oczy... Znam dokładnie takich, jak piszesz - dla których temat religii po prostu nie jest na co dzień istotny.
UsuńA katolików - cóż, poznałam różnych. Co ciekawe natomiast, mam bardzo dobre doświadczenia jeśli chodzi o osoby duchowne [i księży, i zakonników]. Wszyscy, których znam prywatnie, to bardzo życzliwi i otwarci ludzie, którzy po prostu robią swoje, a nie biegają za mną ze święconą wodą :)
A ja też mam dobre doświadczenia z duchownymi - nie tylko luterańskimi, ale i katolickimi :) Nawet ostatnio dziękowałam księdzu z mojego liceum, do którego co prawda nie chodziłam na religię, ale poprosiłam go o rozmowę. I on rozmawiał ze mną tak miło i z szacunkiem, że jestem pewna, iż zbliżył mnie wtedy trochę na mojej drodze do Boga :)
UsuńJa znam różnych i katolików, i luteran, i niewierzących, i metodystów też ;) I myślę, że fanatyzm nie jest uwarunkowany światopoglądem, tylko charakterem człowieka. Są ludzie, który są w stanie fanatycznie wyznawać nawet ideę wolności od wszelkich idei ;)
Zdecydowanie pointa mi się podoba,
OdpowiedzUsuńa refleksji mam jeszcze parę, przede wszystkim taką, że Polska to dziwny kraj, gdzie szalenie dogmatycznie i poważnie traktujemy religię, która jest "sprawą narodu", a powinna chyba być sprawą osobistą. Myślę też, że nikomu nie jest z tym łatwo, ani katolikom, ani niekatolikom, ani ateistom, ani buddystom itd ...
Patrząc szerzej, mało jest w nas, Polakach, dystansu i zwyczajnej tolerancji, która pozwala nie wpieprzać się innym w ich życie i wierzenia, piszę to również jako osoba która w Boga nie wierzy, ale wierzących szanuje. Podobnie jak z religią, mamy z wychowaniem dzieci- każdy wie najlepiej i każdy zna prawdy absolutne i każdy niemal czuje się uprawniony do pouczania...
Ostatnio moja teściowa zapytała kiedy nasza córka idzie do komunii. Odpowiadam, że nie wiem, ale niech pogada ze swoim synem :) Bo u mnie sytuacja jest o tyle zabawna, że ja nie wierzę, ale mąż- owszem i on dba teraz o spotkania, o naukę modlitw córki :) Radzą sobie, mimo, że Młoda ostatnio powiedziała, że "do tej komunii to jeszcze nie wiem, czy pójdę, przemyślę to."
I myśli.
Myślenie to dobra rzecz :)
Pozdrawiam.
To masz o wiele trudniejszą sytuację, niż ja - musicie oboje z mężem postępować bardzo taktownie, dyplomatycznie, żeby nie zrobić Młodej sieczki z mózgu. Podziwiam i mówię to bez cienia ironii. Tak sobie kiedyś myślałam, że jak to dobrze, że i Hipo ateista, bo mi mnóstwo problemów z tego tytułu odpada.
UsuńRównież pozdrawiam i witam na moim blogu :)