Ale... ponieważ temat sam w sobie jest wdzięczny i nośny, to tak całkiem z niego nie zrezygnuję. Aby jednak kwestię urozmaicić, to podeprę się ilustracjami. Natknęłam się mianowicie gdzieś w czeluściach Internetu na galerię obrazków ukazujących momenty, które każda matka doskonale zna i rozumie. Było tego strasznie dużo i nie wszystkie sytuacje zdążyłam już przerobić na własnej skórze [czy raczej - łusce, zważyszy na smoczość], dlatego dokonałam subiektywnego wyboru. A wszystko z moimi autorskimi komentarzami. Zapraszam do oglądania i lektury :)
1) Oj tak, co prawda, to prawda... Bzdurą jest jednak według mnie wyrokowanie, jaka sytuacja życiowa jest lepsza - z dzieckiem, czy bez dziecka. Jest po prostu zupełnie inaczej - i już. To dwa światy, które niewiele mają ze sobą wspólnego. I nie ma co tłumaczyć osobie bezdzietnej, jak to jest, bo to kompletna abstrakcja, dopóki się tego stanu nie doświaczny organoleptycznie. Na pewno zafundowanie sobie dziecka implikuje zupełnie nowe sytuacje w życiu, których się nie doświadczy w inny sposób. Pozytywne, negatywne - różne. Na pewno człowiek [i Smok :)] ma okazję dowiedzieć się o sobie samym rzeczy, o które by się nigdy nie podejrzewał. Na pewno rodzicielstwo ryje beret i przemeblowuje mózg. A czy jest lepiej, czy gorzej? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, to żadna kokieteria.
Co do mnie - chyba na szczęście nastawiałam się od początku na coś znacznie bardziej hardcorowego, przynajmiej do czasu, aż Mysza od ziemi porządnie nie odrośnie. Jestem zatem dość pozytywnie zaskoczona, bo myślałam, że będzie 100 razy gorzej.
2) Tu się zgadzam w 100%, choć może akurat nie do końca z tym zestawem, co na obrazku. Zwisało mi i powiewało, czy dużo przytyję - a tak się złożyło, że schudłam. Nie miała dla mnie znaczenia płeć dziecka - choć i tak w naszym przypadku bardzo szybko było wiadomo. Teraz rzecz jasna za nic nie chciałabym mieć syna, bo Mysza jest the best :) A cyce i bez ciąży mam jak dojna krowa, więc dwa rozmiary więcej nie robią aż takiej różnicy...
Przejmowałam się natomiast bólem, bo chyba byłabym głupia, gdybym tę kwestię kompletnie olewała. Chciałam naturalnie, a i tak wyszła cesarka. No cóż, przynajmniej nie mam złych wspomnień.
3) Pod tym też się podpisuję ręcyma i nogyma. Jeśli ktoś ma drące się w niebogłosy niemowlę, które budzi się w nocy "na cyca" co godzinę, to strachu nie przeżywa. Ale z taką Myszą, która pierwszą noc przespała wtedy, kiedy jej na to pozwoliłam, czyli kiedy miała 5 tygodni...? Śpi spokojnie i cichutko jak aniołek. No właśnie, AŻ ZA SPOKOJNIE. Tyle się człowiek naczytał o nagłej śmierci łóżeczkowej, że zaczyna czasem świrować. No więc jest sprawdzanie, czy aby na pewno oddych, czy rusza się klatka piersiowa, czy się Mysza nie przydusiła etc. Może nie każdej nocy, ale mam takie napady.
4) Trzeba oddać sprawiedliwość, że im Mysza starsza, tym rzadziej się to zdarza, ale jednak... W pierwszym miesiącu życia zafajdanie świeżusieńkiej pieluchy, nim się ją zdążyło nawet dobrze zapiąć, to był standard. Rekordem były... 4 pieluchy zużyte podczas jednego przewijania :) Do tego zabawa z zasikiwaniem ręcznika po kąpieli. No boki zrywać...
5) Na temat rad i wpierniczania się nawet obcych osób do wychowania i pielęgnacji niemowlęcia to napisałam nawet kiedyś osobny post. Na tym polu bez zmian - czyli nie podchodzę do tego jakoś alergicznie. Zwykle się nawet nie irytuję. A niech sobie ludzie pogadają, a ja i tak zrobię swoje :)
6) O trzeciej w nocy nie zdażyło mi się jeszcze do Seniorki dzwonić, ale pewnie wszystko przed nami :) Ale konsultacje i gorąca linia telefoniczna się trafia. Jak do tej pory najpoważniejszym kryzysem było, kiedy ok. 3 miesiąca życia Myszy zachciało się jedzenia tylko i wyłącznie w łóżeczku [a nie na rękach] - i nim doszliśmy, że to o to chodzi, to była zagadka, czemu nie chce wpierniczać, choć głodna. Wtedy to wszyscy kombinowaliśmy, o co małej terrorystce kaman: ja, Hipo, Seniorka, nawet nasza położna :) Ale daliśmy radę.
7) Tjaa... I to pomimo faktu, że Mysza jest naprawdę spokojnym dzieckiem, które póki co ładnie śpi i w dzień, i w nocy. Dobrze, że Smocza Jaskinia jest mała, więc z kuchni czy łazienki mam dwa kroki. Tym niemniej to niemal codzienny obrazek, że Dragonka jedną ręką wiesza pranie, drugą ręką miesza w garnku, trzecią sprawdza temperaturę mleka na nadgarstku, a czwartą wciska smoczek do Myszego dzioba. A że nie mam czterech rąk...? Oj tam, drobiazg, nie czepiajmy się szczegółów :)
8) I tu tak naprawdę jest coś, co rzeczywiście zmieniło się na gorsze. Faktycznie, bycie matką w moim przypadku jest jednoznaczne z uwiązaniem w domu i nie ma co ukrywać, że jest inaczej. Raz, że wiadomo - niemowlęcia nie zostawi się samego nawet na kilka minut. A dwa - niestety, nasz wózek w połączeniu z drugim piętrem skazał mnie na więzienie. Ciężki pieron w pojedynkę i już. Owszem, świetny, zwrotny, stabilny - ale na blok z windą albo domek jednorodzinny. Każde wyjście to przedsięwzięcie logistyczne:
- zamknąć kota w łazience
- znieść stelaż
- znieść goldolkę
- szybko przewinąć i ubrać Myszę, cały czas bojąc się, by w tym czasie nikt nie zapierniczył wózka stojącego na dole
- wypuścić kota, ale jednocześnie tak go spacyfikować, by nie uciekł na klatkę, bo potem go nie zagonię do domu z Myszą na ramieniu
- zarzucić Myszę na ramię, drugą ręką zamknąć drzwi i ostrożnie zejść
- na dole opatulić dziecko i wytarabanić się z klatki
- a w powrotnej drodze czynności powtórzyć, tylko w odwrotnej kolejności [Mysza do łóżeczka - kot do łazienki - gondolka - stelaż].
Po całej operacji jęzor wisi mi do pasa ze zmęczenia. Ale to już niedługo, bo na wiosnę przesiadamy się z Myszą do lekkiej spacerówki i mam nadzieję, że to mi trochę zwróci wolność.








:-)))
OdpowiedzUsuńFajnie,że Myszka taka spokojna, masz o niebo łatwiej.
Poza tym jesteś dobrze zorganizowana.
Szczęśliwego Nowego Roku !
Dziękuję pięknie :)
UsuńJa Tobie życzę - żebyś jak najszybciej 2015 rok zapomniała i żeby nowy był o wiele lepszy, niż poprzedni.
Wszystko prawda, potwierdzam :)
OdpowiedzUsuńSzczęsliwego nowego roku, Dragonko!
Dziękuję bardzo :)
UsuńŚciskam mocno Ciebie i dziewczynki.
Mysza do lazienki, kot do lozeczka :)Ktoras ze spikerek powiedziala, ze male dzieci sa tak slodkie, ze az chcialoby sie je udusic z tej milosci do nich, a kiedy dorastaja, to sie zaluje, ze sie tego nie zrobilo :) ''Najgorsze dopiero przed nami'' :) ale co tam, badzmy optymistami, przynajmniej na poczatku roku :)
OdpowiedzUsuńKot do łóżeczka to się sam i tak ładuje, ale śpi grzecznie w nogach, więc po prostu robi Myszy za żywy termofor.
Usuń