Prowadzę sobie dziś w najlepsze zajęcia z 2B - nota bene omawiamy "My, dzieci z Dworca Zoo", więc przynajmniej uczniowie są autentycznie zainteresowani. Właśnie kończyliśmy uzupełniać schemacik na temat tego, co myślała i czuła Christiane na różnych etapach używania narkotyków [i z tego wychodzą nam potem fazy uzależnienia]. Naraz rozlega się pukanie do drzwi, w których po chwili pojawia się zakłopotana głowa pani woźnej.
- Pani Smoczyco, bo paczka przyszła do szkoły na pani nazwisko. Tylko jakaś taka duża... Co z nią zrobić? Dać ją pani tutaj, czy zanieść do pokoju nauczycielskiego? - spytała.
W pierwszej chwili zdębiałam, nie mając pojęcia, co to może być. Ale potem coś zaczęło mi świtać.
- A ciężka ta paczka? Mogę zobaczyć?
Paczka nie była ciężka - spokojnie można ją było zanieść do pokoju nauczycielskiego bez żadnego problemu - ale za to rzeczywiście dość sporych gabarytów. A Dragonkę już olśniło, co to za "św. Mikołaj" nawiedził Zoo tydzień przed czasem.
Otóż, Panie i Panowie, na początku roku szkolnego trafiłam na stronę internetową propagującą grę w scrabble w szkołach. Witryna jest pod oficjalnym patronatem firmy produkującej scrabble - i wyczytałam tam, że jeśli zgłosi się chęć założenia w szkole kółka poświęconego tej grze, wypełni zgłoszenie, opatrzy pieczątkami i podpisem dyrekcji, to przyślą "pakiet startowy", czyli darmowe pudełka scrabbli do używania na zajęciach. Dragonka zatem dopełniła niezbędnych formalności, wysłała zgłoszenie... i czekała. Czekała, czekała i już myślała, że to jednak wszystko był pic na wodę, fotomontaż. W końcu deklaracja poszła we wrześniu, a mamy koniec listopada. A tu jednak się udało. I to nie byle co - przysłali 5 pudełek nowiutkich, zafoliowanych scrabbli. Trzy te duże, tradycyjne - i dwa w wersji podróżnej.
Żałujcie, że nie widzieliście miny Wiceszefowej, kiedy na przerwie wparowałam jej z tymi scrabblami do gabinetu :) No cóż, gra oczywiście jest do wykorzystania na zajęciach języka polskiego [co, jak szanowni Czytelnicy wiedzą, Dragonka z powodzeniem praktykuje już od 3 lat], ale oprócz tego biorę się za rozkręcanie kółka scrabbli z prawdziwego zdarzenia. Skoro mamy aż 5 egzemplarzy, to spokojnie mogę zacząć organizować turnieje - a Wiceszefowa obiecała, że wynajdzie mi jakieś nagrody dla zwycięzców. Trzeba zrobić akcję propagandową, rozwiesić po szkole ogłoszenia [napiszę znów do organizatorów całej akcji - może mogą przysłać nam jakieś gotowe, ładne plakaty?] i trzymać kciuki, żeby się udało. Bo wiecie, co innego granie w scrabble na lekcji [to każdy lubi choćby dlatego, że polski przepada] - a co innego zostać po zajęciach, by grać z własnej, nieprzymuszonej woli. Zobaczymy.
Na razie mam niezłą podjarkę. Smoczycy udało się wyszarpać dla szkoły 5 nowiutkich zestawów scrabbli, każdy warty jakieś 100 złotych. Nawiasem mówiąc - będzie się czym pochwalić w poniedziałek wizytatorom.

Smoku, jesteś niesamowita! :)
OdpowiedzUsuńCzasem się coś uda.
UsuńDla takich "czasów" warto robić to co się robi :)
OdpowiedzUsuń''... wszystko był pic na wodę, fotomontarz. '' Cos mi tu nie pasuje w tym zdaniu... XD (a tak poza tym gratulacje :)
OdpowiedzUsuńAle co ci Robalku nie pasuje? Jest takie powiedzenie: "pic na wodę, fotomontarz", czyli inaczej "obiecanki, cacanki", albo "bujda na resorach". Może nie znałeś, w końcu wychowałeś się w innym regionie Polski, niż ja.
UsuńAaa, już wiem, co :) Ż :) Poprawiłam i dziękuję :)
UsuńNa tyle rzadko piszę to słowo, że mi się nie utrwaliło w żaden sposób. Ale od czego mam Ciebie :)
Dragonko, jak zwykle do stóp Ci padam! Jesteś nauczycielem stulecia!
OdpowiedzUsuńA swojo drogo, ja mam mieszane uczucia co do "My, dzieci z Dworca Zoo". Pamiętam, że jak byłam w 8 klasie, to ta książka była takim mitycznym zakazanym owocem i raz koleżanka ją wypożyczyła z biblioteki na konto swojej mamy. I czytałyśmy ją wszystkie hurtem i kurde, strasznie głupie musiałyśmy być wtedy, bo nam się ta historia wydała, eee, romantyczna :( . Mam nadzieję, że Twoje Małpki jednak sensowniej reagują na tę lekturę.
Fajnie to by w takim razie wyglądało, gdybyśmy się tak spotkały - obie byśmy sobie padły do nóg. Ja Tobie oczywiście za podejście do dzieci i praktyczne realizowanie ideału mądrej matki.
UsuńNo to nie, moje małpki nie widzą w tym nic romantycznego. Zwłaszcza, że przecież nie miały tak naprawdę do czynienia z książką [poza fragmentami na lekcjach], tylko z filmem. A ekranizacja jest jednak dość brutalna. I słusznie zresztą.
Ja ten tekst wykorzystuję głównie do omawiania tematów z pofilaktyki uzależnień. O wartość literacką to już mniejsza.